Z kroniki wypadków jednego dnia: prezydent zabrał orła prezydentowi drugiego państwa, z czego niektórzy się bardzo cieszą, a inni się zasmucili. Sam orzeł jeszcze nie zabrał głosu. Samochód Ambasady Niemiec wjechał w samochód Telewizji Republika. Do zdarzenia doszło w Warszawie, a jakże, na Rondzie Dmowskiego. W pewnych kręgach uznawane jest to za casus belli. A ja byłem w Teatrze Polskim, gdzie aktorzy, uchodźcy z Charkowa grali "Ukradzione szczęście" Iwana Franki.
Podkowa ma swoich historyków, do których i ja należę. Od lat piszemy biogramy mieszkańców, zbieramy opowieści o domach, o ważnych wydarzeniach w życiu miasta-ogrodu, ustalamy fakty. A jednocześnie chyba coś nam umyka. I to nie byle co, tylko samo życie. Chodzi nie tylko o realia codzienności czy o obyczaje, ale też o historie ludzi, niesprawiedliwie nazywane plotkami. [...] Nikt jednak nie odważył się dotąd wykorzystać tej materii w druku. Przede wszystkim z obawy. Nie tyle nawet przed jej bohaterami lub ich potomkami, co przed innymi świadkami, którzy gotowi walczyć o to, czy budka z warzywami była po lewej, czy po prawej stronie ulicy. Barbara Walicka wybrnęła z tego znakomicie.
Przewrót majowy to jeden z tych momentów w historii Polski, o których nie mogę przestać myśleć. Jakbym był jego świadkiem i uczestnikiem. Zawsze czuję ten sam niepokój.
Z uniwersytetami było mu nie po drodze, ale wykładał na przykład w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i przy okazji stworzył taką dziedzinę wiedzy, jak socjologia teatru. Pisał dobitnie i klarownie.
W czasie wojny Aleksander Hertz znalazł się w Nowym Jorku, gdzie założył antykwariat, który prowadził do końca życia, a przy tym, zachęcony przez Jerzego Giedroycia wrócił do pisania, tak powstała jego fundamentalna książka "Żydzi w kulturze polskiej", ale też "Amerykańskie stronnictwa polityczne".
Jeszcze jeden artykuł ojca z 1937 roku. W redagowanej przez siebie wówczas gazecie PPS, „Dzienniku Ludowym” zamieścił on latem cykl korespondencji „Dwa tygodnie w Paryżu” z Wystawy Światowej Expo 1937. Inne odcinki dotyczą wrażeń z pawilonów: niemieckiego, włoskiego i sowieckiego.
Warto rozumieć to, co się mówi, a także to, co się śpiewa. Szczególnie to drugie, bo zręczna melodia potrafi zasłonić sens słów. Zwłaszcza, gdy wykonawcy mają kłopot z dykcją. Tak też jest z „nieoficjalnym”, jak się powiada, hymnem prawobrzeżnej Warszawy. To fokstrot, napisany około 1931 roku "Chodź na Pragę" Artura Golda do słów Tadeusza Stacha. [...] Jeśli nawet nie śpiewa się tej piosenki, a tylko nuci, warto pamiętać, jakie słowa czają się w melodii miłej dla ucha.
Na dnie, uporządkowanego, jak mi się zdawało, archiwum domowego odnalazła się teczka z dziwną zawartością. Są w niej wybrane felietony i artykuły mojego ojca z lat 1936-1939 i to nie wycinki, ale teksty już po wojnie przepisane z gazet. [...] Wiele z nich jest zdecydowanie niecenzuralnych. Krótko mówiąc, jest to książka o trzech zarazach: hitlerowskiej, stalinowskiej i oenerowskiej. Po co się trudził? Nie szukając odpowiedzi na to pytanie, postanowiłem rzecz przygotować do druku. Tymczasem wydobywam jeden felieton lżejszego kalibru, niewątpliwie poświęcony Sztucznej Inteligencji.
To zwykle zaczyna się na jakimś placu, na który spływają, wzbierają i łączą się: gniew, rozpacz i entuzjazm. Warszawski plac Stalina w 1956 roku, plac Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, plac Błotny w Moskwie, kijowski Majdan. Tam zaczynają się wielkie sprawy i tam kończą, albo i jedno, i drugie. Dwieście lat temu, 26 grudnia 1825 roku na plac Senacki w Petersburgu wyszli żołnierze i oficerowie. [...] Kilka lat temu w jednym z antykwariatów znalazłem rękopis listu z Petersburga, którego autor, rzecz jasna oględnie, informuje o przebiegu zdarzeń po wyroku i kaźni.
Nazywała się Dorota Zaurman i była bliską przyjaciółką mojej matki. Bardzo jej pomagała w trudnym i dla niej, i dla nas czasie po śmierci ojca. W 1969 roku odprowadziliśmy ją na Dworzec Gdański. [...] Wyjeżdżając ofiarowała mi pakiet papierowych „cegiełek” z początku lat pięćdziesiątych. Niby-banknoty z widokiem Domu Partii opatrzone były napisem „Budujemy Wspólny Dom”. [...] Dopiero po jakimś czasie przeczytałem na ich odwrocie sygnaturę: „Tow. Dorota Zaurman. GUKPPiW”. To była abrewiatura cenzury: Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. A więc kiedyś pracowała na Mysiej!
Słownik warszawski to pouczająca i wzruszająca lektura, a zasmucająca o tyle, że widać, ile słów w ciągu stu lat z okładem zgubiliśmy. Zresztą chodzi nie tylko o słowa, ale o subtelności świata doświadczanego. Miejsce, gdzie powstawał ten słownik to była jeszcze przebogata słowiarnia. No tak, muszę wyjaśnić, że ówczesna „słowiarnia” (przez analogię ze „spiżarnią”) to po naszemu pracownia leksykograficzna. Sztuczna inteligencja nie jest w stanie objąć takiego zasobu. Może nigdy nam go nie odbierze. I w tym cała nadzieja.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.