Annemarie Schwarzenbach
Pożegnanie z Léopoldville
Kiedy opowiadałam o miejscach, które kochałam, i z którymi trudno mi było się rozstać, nikt nie chciał w to wierzyć. „Tęsknisz, za Léopoldville?” mówili, „Szybko zapomnisz!”. Słyszałam to w Kabulu, w Baku, w Tbilisi, w Teheranie, w Ankarze, Bejrucie, Aleppo, w Lizbonie i w wielu innych miastach. A ja jednak tęsknię za mgłą w Nantucket i za winoroślami w Kabulu i wzbraniam się przed myślą o tym, jaka jest teraz pora roku w domu. Tutaj nigdy nie mówi się, że jest „lato” czy „jesień”, mówi się o porze suchej, dobrej lub złej i w latach odlicza się czas pozostały do końca służby. Niemniej, mimo wszystko, szybka i cudowna pociecha była tu możliwa! Można było iść na spacer piaszczystą ścieżką na krańcach miasta, wzdłuż której stało kilka nowych, od niedawna zamieszkanych domków. Nocą, w świetle księżyca, łąki za nimi zmieniały się w wielką, płynącą przez wszechświat białą równinę. Nad nimi kołysały się palmy nierzucające cieni. Można było iść i nie myśleć o mieście, wojnie i o tym, że następny dzień niechybnie nadejdzie. Tak lekkie i świeże od rosy bywały te noce, oddech bezbolesny, a ja szczęśliwa.