Bogdan Tosza
Dobrze, że żył. Na odejście Wiesława Myśliwskiego
Był człowiekiem starej daty i własnych zasad, staroświeckim na wielu poziomach. Nie miał komputera, niechętnie używał telefonu komórkowego, zostając przy starym stacjonarnym aparacie. Jego warsztat pracy stanowił mały stolik, kartka papieru, ołówek, gumka i wiekowa zastrugaczka z żyletką. Martwił się, kiedy zaczęły znikać z rynku, ale gdy powiedział to raz publicznie, jeden z czytelników usłyszawszy o jego obawach, zaopatrzył go w taką ich liczbę, że starczyło mu do końca długiego życia. Pisał ręcznie, bardzo powoli i z rozmysłem, cierpliwie wygumkowując odrzucone wersje tekstu. Wielokrotnie powtarzał, że nie zostaną po nim żadne rękopisy, a jedynie ostatecznie zaakceptowana końcowa forma. Kiedy już doczekał się własnego domu, pracował zawsze w tym samym miejscu, na poddaszu, „na górce”, jak mówił, przy niedużym stole. I musiał być w dobrym nastroju: „Mam jedną tajemnicę. Potrafię naprawdę pisać, kiedy jestem szczęśliwy”.