HOME
Piotr Mitzner

Moje Zakopane

Kilka wyjazdów w dzieciństwie, chyba rok po roku i już nie potrafię powiedzieć, co się kiedy zdarzyło. Na pewno pierwszy wyjazd był spowodowany tym, że wykryto u mnie gruźlicę. A potem już wszystko pędzi: Zakopane szykuje się do Narciarskich Mistrzostw Świata, stoję przed witryną sklepu, wpatrzony w bajecznie kolorowe pudełko farb akwarelowych (za drogie!), pierwszy pocałunek w toalecie z Wiesią N., patrzę jak spod kościoła na Krupówkach wyjeżdża kawalkada góralskiego wesela i na zakręcie panna młoda wypada z sań. Tydzień po przyjeździe okazuje się, że mam ospę i zostaję z mamą internowany na miesiąc w pokoju w Orliku. Na pocieszenie dostaję blaszane wagoniki kolejki linowej i oplatam sznurkami wszystkie meble. Przyjeżdża babcia i przywozi mi album Iskusstwo Kitaja. Pierwsze spotkanie ze sztuką Wschodu i pierwsze korepetycje z rysunku, których udziela mi babcia malarka, realistka, dla której zgorszeniem był Picasso. Miałem więc rysować góry tak, jak są, a nie do góry nogami.

Zakopane to też spotkania z osobistościami. Bogdan Tomaszewski – słynny komentator sportowy, którego głęboki głos zna cała Polska. To ważne. W Halamie (to dom ZAiKS-u) w przedpokoju stoi telefon. Żeby dodzwonić się gdziekolwiek, trzeba połączyć się z „międzymiastową” i zamówić rozmowę. Dochodzi do niej w ciągu godziny, dwóch – różnie. W zasadzie najlepiej czekać gdzieś w pobliżu. Zupełnie inaczej się sprawy mają, gdy jest akurat Tomaszewski. Kiedy on zamawia rozmowę – skutek jest natychmiastowy. Ale ile razy dziennie można spełniać funkcję telefonisty?

Mam sześć lat. Romans z Wiesią nie rozwinął się chyba dlatego, że przyjechała Irena Dziedzic, moja wielka miłość, w zasadzie jedna z dwóch, ta druga to Kalina Jędrusik. Biegam koło pokoju pani Ireny, wysiaduję w pobliżu na korytarzu, wyciągam na spacery, śpiewam przed snem: „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem…”. Niestety, mam konkurenta, to generał Józef Kuropieska. Pocieszam się tym, że on jest stary. Po odsiadce w latach stalinowskich w celi śmierci, wrócił do wojska. Szarmancki, pełen wigoru i seksapilu. Zaprosił Irenę Dziedzic na eskapadę do Morskiego Oka, w charakterze przyzwoitki wzięli moją mamę. Zbliżał się wieczór. To wtedy wymyśliłem, że napiszę balladę Powrót mamy. Zjawiła się późno w nocy, chyba lekko o mnie zaniepokojona. Co się okazało? Kiedy pod wieczór zbierali się do powrotu, droga do Zakopanego okazała się nieprzejezdna z powodu zagrożenia lawinowego. Generał mógł się wykazać. Ze schroniska zadzwonił do najbliższej jednostki wojskowej i ściągnął lekką artylerię, która odstrzeliła śnieżne nawisy i trójka wędrowców mogła wrócić do Halamy i Orlika.

Szczegóły eskapady opowiadała mi mama, wiele lat później. Oficjalna wersja w liście do ojca była następująca: „Zrobiłyśmy z Ireną bardzo miłą przejażdżkę, bo napatoczył się Kuropieska z samochodem, a on wielbi Irenę, więc nas i jakichś jeszcze znajomych zabrał wieczorem nad Morskie Oko, widok rzeczywiście jedyny w swoim rodzaju. Było bardzo miło”.

Gospodarzami schroniska w Morskim Oku byli i wtedy, i jeszcze długo później Wanda i Czesław Łapińscy. Dostałem od nich kiedyś kartkę z mądrością tybetańską: „Kto idzie w góry, idzie do matki”. Oni też pokazali mi w tajemnicy księgę gości z wpisem oddziału „Ognia”, a może podającego się za takowy.

Uraczył mnie też generał Kuropieska opowieścią o Różańskim. Było to już po jego wyjściu z więzienia. Nad ranem wracał z jakiegoś bankietu, w odświętnym mundurze i przy orderach, gdy na Placu Konstytucji zobaczył idącego do pracy Jacka Różańskiego, oczywiście była to już praca cywilna. Kilka lat wcześniej to on przesłuchiwał generała, to on go torturował. Kuropieska złapał swojego prześladowcę i zaczął tłuc, powtarzając gromadzącym się przechodniom:

– To jest największy skurwysyn w Polsce, jego trzeba zabić.

Patrol milicji nie miał tu nic do roboty, ale wezwał Żandarmerię Wojskową. Żołnierze grzecznie namawiali:

– Panie generale, trzeba wrócić do domu, położyć się spać.

W końcu udało się im namówić go, żeby odpuścił chuderlawemu cywilowi. Pointa opowieści Kuropieski była taka:

– Szkoda, szkoda…

– Żałuje pan, że go stłukł?

– Nie, szkoda, że im nie powiedziałem, kto to taki. Na pewno by pomogli.

Po przygodzie w Morskim Oku Irena Dziedzic wyjechała do Warszawy. Nie wiadomo który z nas był bardziej niepocieszony: generał, czy ja. Chyba ja, a na pocieszenie mama kupiła mi w komisie jakieś eleganckie farby akwarelowe. „Strasznie drogo mnie te amory kosztowały” – informowała ojca.

Zakopane to długi łańcuch spotkań i znajomości. Muzealne: wdowa w mieszkaniu Kornela Makuszyńskiego, na Harendzie – siostra pani Marusi Kasprowiczowej z domu Bunin. Rodzinne: w Zakopanem mieszkały dwie nieco witkacowskie staruszki z rodziny mojego ojca. Odwiedziliśmy je z mamą, już po śmierci taty, w 1969 roku. Wyprosiły mnie z pokoju i szeptem zwierzyły mamie rodzinną tajemnicę – dziadek Emil Mitzner wcale nie zginął na I wojnie światowej, jak uważał jego syn, ale zaraz po przyjściu na świat dziecka uciekł do Moskwy z młodszą siostrą swojej żony. Ta, skruszona wróciła do Warszawy, a dziadek przepadł bez wieści. Jego ślad znalazłem w XXI wieku, ale o tym, kiedy indziej.

Przyjazd do Zakopanego w lipcu 1969 roku należał do najważniejszych. Zebrani w saloniku w Astorii oglądaliśmy w telewizji lądowanie na Księżycu, a kilka dni później słuchałem w zakopiańskim kościele kazania prymasa Wyszyńskiego, który chwalił postęp techniczny i odwagę ludzkiego umysłu.

To wtedy, w Astorii Witold Wirpsza z Józefem Henem kłócili się na kartkach mojego albumu, w którym zbierałem autografy. Wirpsza radził mi: „Naucz się Piotrze pięknej sztuki wyprowadzania dorosłych z równowagi, a połowa wygranej Twoją”. Na to Hen: „Co jak co, ale sztukę wyprowadzania dorosłych z równowagi Witold Wirpsza opanował do perfekcji”. A Maciej Słomczyński z zachwytem opowiadał o genialnej młodej poetce, Baczyńskim naszego czasu. Chodziło o Ewę Lipską.

Poznałem wtedy góralskiego gawędziarza Adama Pacha i wybitnego miejscowego poetę Stanisława Nędzę-Kubińca. To były dwie góralszczyzny: cepeliowska i prawdziwa, szorstka.

Każdy przyjazd do Zakopanego łączył się z wizytą w domu przy ulicy Strążyskiej u miłych, cichych ludzi Marii i Jarosława Dąbrowieckich. On był malarzem, kolegą mojej babci, ona prowadziła kiosk z gazetami na Krupówkach. Było jednak coś niepokojącego w tym domu, gdzie obok jego landszaftów i martwych natur wisiały rysowane przez Witkacego portrety młodziutkiej, pięknej pani Marii. No tak, przecież to jego ostatni romans, to ją „najbardziej kochał”. Pokazała mi kiedyś albumy ze zdjęciami jej, ich obojga, z eksperymentalnymi fotografiami kolorowymi z lat 1937-38. Gdzie się one później podziały?

Oczywiście, jeśli Zakopane, to trudno nie natknąć się na Witkacego. A jak Witkacy to spotkania z uroczą Dunką Micińską na Sobczakówce, która w moim albumie podpisała się: „witkacolog (i nie tylko)”. Witkacy to też temat moich rozmów zakopiańskich z Anną Iwaszkiewiczową.

Pani Anna miała wtedy trochę po siedemdziesiątce, podobnie jak Alicja Sternowa, z którą razem biegały na górskie wycieczki. Iwaszkiewiczowa, o nieco słabszej kondycji zabierała ze sobą rozkładane krzesełko rybackie, by od czasu do czasu przycupnąć na jakiejś turni. W Astorii mówiono na nie: kozice.

Zakopane to spotkania malarskie. Kilka razy byłem u Tadeusza Kulisiewicza, który chętnie otwierał teki ze swoimi rysunkami. Bardziej inspirujące były i są do dziś wędrówki z Erną Rosenstein, której chciało się zabierać mnie, a to do pracowni Tadeusza Brzozowskiego (tam obmacywałem jego obrazy i zostawiłem odcisk palca na żółtej smudze), a to do Władysława Hasiora. Kiedyś wygłosił dla małego kręgu znajomych wykład (z pokazem slajdów), subiektywnie podsumowujący czwartą wystawę „Documenta” w Kassel. Było w nim dużo zabawnych i złośliwych komentarzy, świadczących o dystansie do awangardowej sztuki konkretnej, a w moim albumie napisał: „Piotrze, życzę Ci tak wielkich skrzydeł, żebyś chodzić nie mógł”.

Kiedy zapisuję zakopiańskie spotkania sam się dziwię, że jest ich tak wiele i doświadczenia były tak głębokie – tu też, w domku na samym końcu ulicy Strążyskiej, miały miejsce piękne i ciemne inicjacje erotyczne. I tylko jakoś w tych wspomnieniach mało jest samych gór. No bo też nie jestem zapalonym górołazem, szczyty dla mnie są zbyt statyczne, wolę wpatrywać się w morze. Raz tylko, kiedy wreszcie pojechałem sam do Zakopanego mając lat siedemnaście, w czerwonym swetrze i bardzo pochmurnym nastroju, to, jak na siebie, zapędzałem się dość wysoko. Widocznie to smutek i gniew na świat gnały mnie na szczyty.

PIOTR MITZNER