Równania typu A + B = ♥, w wymiarze dążącym do ∞, które każde matematyczne 0 jest w stanie rozwiązać, przeprowadziły, naszą trójkę, 18 kwietnia 2011, przez bramę i doprowadziły na dziedziniec Casa di Giulietta. Pod balkon Julii.
W sobotę, 1 października, wybraliśmy się, naszą trójką, do Albertiny, na wystawę fotografii "Portrait im Aufbruch. Photographie in Deutschland und Österreich 1900-1938". Przy okazji, załapaliśmy się na retrospektywną wystawę "Rudolf von Alt 1812-1905" - malarza krajobrazów i scenek ulicznych, Wiedeńczyka. Po wyjściu z muzeum natrafiliśmy na duży mural. Przed nim stał chłopczyk z tatą. Zrobiłam dwa zdjęcia. Na pierwszym - chłopczyk tylko patrzył na Supermena. Na drugim - sam odważył się nim zostać.
Na ostatnim piętrze naszej kamienicy przy Dobrej, pod wieczór 22 czerwca, wybuchł pożar. Zawyły syreny. Nadjechały wozy strażackie. Z okna narożnego pokoju mam dwa ujęcia – ruch na skrzyżowaniu Dobrej/Jaracza. I - Ola w wykuszu tuli Filemona, obserwuje akcję na dole. Dwa następne są już z okna na półpiętrze klatki schodowej: drzewo na - wypełniającym się błyskawicznie, ciemnym i gęstym dymem - podwórku-studni. Zrobiłam je zbiegając z trzeciego piętra. Po ogłoszeniu ewakuacji ja złapałam torbę fotograficzną, Ola - Filemona, Albrecht - marynarkę i nasze dokumenty.
Dzień rozpoczynałam od podlewania kwiatów. Najpierw pelargonie, w skrzynkach, za oknami. I zioła, w donicach, na dachu, pod oknem. To wtedy zjawiał się kot. Wracał ze swoich nocnych wypraw, do domu, naprzeciwko. Potem były rośliny na podwórku. Plus minus - pięćdziesiąt. W donicach: małe, średnie i wielkie jak drzewa. Te polewałam wężem. Rano i wieczorem. Przez cały lipiec.
Nieporozumienie, ze stycznia 1992, dobrze wyszło fotografii. Sąsiadce z góry, w kamienicy przy Szerokiej, zwierzyłam się, że chciałabym zrobić portret Jerzego Panka. Mój ulubiony grafik mieszkał na ostatnim piętrze w jednopokojowym mieszkaniu-pracowni. O terminie nie rozmawiałyśmy. Potem dowiedziałam się, że czekał na mnie następnego dnia. Dobrą stroną „zakłóceń na łączach” był malarz z nieprzyciętą brodą i w wysłużonym swetrze, kiedy już do spotkania doszło. Pierwszy portret zrobiłam jeszcze w styczniu. Od tamtego czasu często bywałam u niego w pracowni. I zawsze był po domowemu. [...] Jerzy Panek - stały model dla swoich prac - widział we mnie sąsiadkę z dołu. Nie fotografkę.
Lubię dziewczynkę, która wyczekuje lotki, żeby ta spadła na jej rakietę. I samą lotkę, która zawisła w powietrzu. Polubiłam zegar na ratuszu, w Bolesławcu, który na zdjęciu, z lipca, zawsze, pokazuje 10:36. Ostatnio polubiłam nowy szczegół. Jak w "Dziewczynce przy falochronie", Westhove 2009, dopiero dokładne przestudiowanie fotografii ujawnia ukryty fragment rzeczywistości. W oknie stoi kobieta. W jasnym fartuchu. I uśmiecha się. Do nas? Do identycznie ubranych bliźniaczek, których grę śledziłam przez obiektyw? Tak sobie?
Schody, okna, drzwi, podwórka. Często je fotografowałam. Za bramą kamienicy przy Józefa, na Kazimierzu, oczami wyobraźni widziałam stare, drewniane, schody. I takież okna. I zapuszczone podwórko. Rzeczywistość dała mi znacznie więcej. Schodząc z górnych pięter klatki schodowej, w jednej z dwu dziewczynek, przy otwartym oknie, zobaczyłam siebie. Może, dziesięcio- jedenastoletnią. Ułamki sekundy, żeby ją zatrzymać. Żeby ta, którą spotkałam, 22 czerwca, została ze mną na dłużej. Przynajmniej, na negatywie.
"Dlaczego wszyscy pamiętają tylko mój "Blaszany bębenek"? Przecież zrobiłem tyle innych filmów". Tak Volker Schlöndorff zareagował na moją uwagę, że bardzo lubię ten film. Spotkaliśmy się, 30 listopada, na umówionym - dzięki pracownicy Instytutu Goethego, pani Renacie, opiekującej się reżyserem w Warszawie - fototerminie. Miejsce znalazłam ja. Blisko. Przy placu Trzech Krzyży - na tyłach hotelu, w którym miał pokój. Ale już sam portret - wersja, którą wybrałam spośród dziesięciu ujęć - jest dziełem Volkera Schlöndorffa.
Wracając, w czerwcu 1987, znad rzeki, gdzie rośnie papirus, natrafiliśmy na sesję zdjęciową. Panna młoda, w białej sukni z długim welonem, i pan młody, w czerni, pozowali w plenerze. Po sesji, wyjęte z ram ślubnej fotografii, weselne towarzystwo przedzierało się, przez zboża i wysokie trawy do - zaparkowanych w cieniu drzew - samochodów. Złączone więzami wzajemnej pomocy.
Pismo dyrekcji Salzburger Festspiele, z 9 czerwca 1992, zakończone sympatycznym „Schön, daß wir bald in Salzburg gemeinsam arbeiten können”, dawało mi przepustkę na sale prób i scenę Landestheater. Przez tydzień robiłam zdjęcia podczas prób "Wesela" Wyspiańskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy. Nowe tłumaczenie (Die Hochzeit) przygotował Karl Dedecius.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.