Po II wojnie światowej, przybyły na wyspę w swojej inicjacyjnej pisarskiej podróży Patrick Leigh Fermor zapisze legendę o trędowatych, którzy w krytycznych dniach zbiegli z pobliskiego leprozorium i ukryli się w zalegających ulice skazanego grodu tłumach. Fermor był autorem rzeczowym. Dał obraz Martyniki treściwy, kolorowy, zwięzły. Mieszczą się w nim tradycje dumnej kreolskiej „plantokracji” i dumna nowa czarna inteligencja, i typy jak przybyły z Europy inżynier, przeklinający drzewa chlebowe za to, że dają bez wysiłku żywić się murzyńskim leniom. Jest pamięć rządów Vichy, ale też i rzadko spotykana integracja i stopienie ras, ideologia négritude i nabierające rozpędu rządy Aimé Césaire’a. Jest wypierająca z rynku rum, trzeźwa jankeska Coca-Cola. Zarosłe ślady Józefiny z jej cesarską karierą i niewolnikami. Choć najwidoczniej zajmuje go społeczeństwo, Fermor chłonie też i opisuje przyrodę: rytm pasatów, nagłe orzeźwiające deszcze, nocne połowy homarów na płyciznach – czarny strup miasta Saint-Pierre wspomni mimochodem, jak coś niewygodnego na obrzeżu, które przecież wyludniło się po katastrofie. Życie wyspy przeniosło się na jej południe, mnoży się tam i kwitnie do dzisiaj.
Rzecz o Stanisławskim stanowi w dorobku Marii Shevtsovej pewien ewenement. Jest jednak osobą szczególnie do tego autorstwa predysponowaną; nie tylko ze względu na znakomite wykształcenie, ale i na to, że sama jest osobą dwu kultur, na styku których zabłysła kiedyś gwiazda Stanisławskiego: rozumie i Rosję, i Zachód. Naturalnie widzi więc to, czego obydwie te strony nie rozumieją w sobie nawzajem. Widzi nieporozumienia i zniekształcenia, po obu stronach umie wskazać zarówno krzywe, jak i mętne lustra; zna szczególne dla obydwu stron uprzedzenia, pychy i przemilczenia. Z tej perspektywy snuje swoją opowieść – bo właśnie chce opowiedzieć o Stanisławskim na nowo. Na nowo – czyli odrzucić zwały wiedzy pozornej, pochopnych sądów, wynikających z uprzedzeń czy nieświadomości; wykorzystać wiedzę zdobytą w czasie długich posiedzeń w archiwach, w miarę jak te archiwa się otwierały. Rzucić trochę światła na te strony życia i dorobku Konstantina Siergiejewicza, które do tej pory z różnych przyczyn zostawiano w cieniu – i o niczym nie przesądzać; raczej pokazać, jak wiele jeszcze nie wiemy.
Książka Acerbiego zyskała zasłużoną sławę. To on pierwszy opisał spotkania z leśnymi fińskimi szamanami czy instytucję zwaną „sauna”; sam zanotował szereg dalszych pieśni, usłyszane melodie wykorzystał we własnych utworach – na dobry ład był pierwszym cudzoziemcem, który rodzimą fińską kulturę wziął poważnie. Pamięta mu się to do dzisiaj. Dzieło Skjöldebranda przyjęło zaś formę albumu sztychów z objaśnieniami: obydwie książki dobrze się więc uzupełniły. Goethe wziął piosenkę z francuskiej wersji. Wyszlifował ją, skondensował obrazy, zmienił frazy na nieoczywiste. Wprowadził pierwszy fiński wiersz w wysoki obieg europejskiej literatury.
"Rymy o starodawnym żeglarzu" stały się w angielszczyźnie skarbnicą cytatów [...] Nawiązywała do nich już jak do loci communes Mary Shelley w późniejszym o ledwie dwadzieścia lat "Frankensteinie". Potem przyszli młodsi romantycy, w Wielkiej Brytanii i za oceanem. A potem poszło strumieniem, pod strzechy – poprzez kulturę wysoką aż do popularnej. W abstrakcjonistycznych szkicach Alexandra Caldera, absurdalnych skeczach Monty Pythona, kolażowych animacjach Lawrence’a Jordana i pop-artowych – Raúla daSilvy; w heavy-metalowej kantacie Iron Maiden, w kampowym teledysku Tiger Lilies, w dziesiątkach innych masowo znanych dzieł widać, że starodawny żeglarz po dziś zachował „dziwną siłę mowy”.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.