fbpx
HOME
Renata Gorczyńska

Joanna Klepacka. Z podzięką za istnienie

Mędrzec Michel de Montaigne mawiał, powołując się na starożytnych stoików: „I czegóż bać się śmierci? Gdy my jesteśmy, jej nie ma, a gdy ona jest, nas nie ma”. Mimo wzajemnej wyłączności życia i śmierci słaba to pociecha dla osieroconych odejściem tak bliskiej, kochanej i wspaniałej osoby, jaką była Joanna. A może odrzućmy ten obmierzły w odniesieniu do niej czas przeszły, stosując najważniejsze w ontologii, nauki o bycie, słowo JEST. Bo choć Joanny nie ma, dalej jest z nami i w nas. Płacz przynosi chwilową ulgę, ale ważniejsza od niego jest myśl, jak wiele w naszym życiu jej zawdzięczamy i jak niezwykłym była człowiekiem.

Gdyby nie pandemia, sala pożegnań na Powązkach wypełniona byłaby po brzegi pacjentami, którym uratowała życie lub pomogła wyjść z ciężkich chorób. Joanna była lekarzem z powołania i z przekonania. Dzień w dzień walczyła z tym największym dla medyków adwersarzem i niejednokrotnie wygrywała. Od czasów studiów, w latach pracy w Pogotowiu Ratunkowym, na kolejnych stażach, specjalizacji, a następnie dziele jej życia – na oddziale sztucznej nerki Pierwszej Kliniki Akademii Medycznej, wreszcie doglądając seniorki w zakładzie dla nieuleczalnie chorych do końca szła z pomocą. Bez względu na własne choroby i towarzyszący im ból jeździła do ostatniej chwili do tego ośrodka, szkoląc personel i studiując podręczniki z zakresu geriatrii. Ruszała do przyjaciół i nieznajomych na każdy sygnał zwiastujący kłopoty zdrowotne. Potrafiła udać się z lekami i i pomocą finansową na drugi koniec Polski. W zasadzie nigdy nie przestała się dokształcać. Dzięki wiedzy, doświadczeniu, szybkości skojarzeń była niezrównaną diagnostką, ogarniając organizm ludzki holistycznie, nie tylko z punktu widzenia wąskiej specjalizacji.

Należała do ludzi hołdującym etosowi pracy, może odziedziczonym po kalwińskich przodkach, a może po Norwidzie. Co dyktowało jej taką postawę? Posłużę się cytatem z uwielbianego przez nią pisarza, Stanisława Lema, nawiasem mówiąc, także lekarza z wykształcenia: „Rozum bezrobotny to wprost jedna zmartwiona dziura, nicość, potrzebne mu są przeszkody. Szczęśliwy przy ich pokonywaniu, zwyciężywszy, wnet popada we frustrację, a nawet wariację. Trzeba mu więc stawiać przeszkody wciąż nowe, według jego miary”.

Myślę, że Joanna mogłaby się podpisać pod tą uwagą. Ona, mistrzyni ciętych ripost, ona, której umysł pracował szybko i precyzyjnie. Póki chory kręgosłup jej na to pozwalał, póki nie wszczepiono jej endoprotezy biodra, nie chodziła, lecz biegała. Wręcz z trudem można było za nią nadążyć. Ciągle słyszę stukot jej pantofelków.

Ale nie tylko o szkiełko i oko tu chodzi, choć one są naczelnymi przewodnikami ludzi myślących. Dodać do tego trzeba empatię, która dyktowała Joannie potrzebę natychmiastowego rzucenia się na pomoc drugiej istocie – człowiekowi czy zwierzęciu. Ciągle przygarniała kolejne koty, trzymała w domu worki ziarna, z energią kroiła podgardle dla dożywianych zimą ptaków. Gdy wychodziła z karmą, zlatywało się pół Ochoty jej skrzydlatych przyjaciół. Najbardziej spośród nich lubiła wrony siwe za ich mądrość i długowieczność. Przekazała potomkom wiele genów, w tym gen współczucia, które nie godzi się na cierpienie i okrucieństwo.

Joanna lubiła powtarzać piękną maksymę Immanuela Kanta: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. Także w sensie dosłownym, nie tylko metafizycznym, bo żywo interesowała się astronomią i ogromnie ją radowało, że jej wnuk obrał ten kierunek studiów. Gwiazdy unosiły ją także w kierunku futurologii. Miała umysł podzielony na kilka segmentów. Najważniejszym była oczywiście medycyna, ale wizjonerstwo wybitnych pisarzy upajało jej wyobraźnię, co stanowiło uzupełnienie pragmatyzmu na co dzień. Innym segmentem jej umysłu była historia. Wiedziała mnóstwo na temat minionych epok i ciągle ciekawiło ją, jak naprawdę było, toteż beletrystyka niespecjalnie ją pociągała. Na przykład doskonale znała dzieje królowej Joanny Szalonej, po której dostała imię. Była jednak jak najdalsza od uznania jej za swoją patronkę, czemu, znając tę przerażającą biografię, trudno się dziwić.

Jeszcze innym z jej zainteresowań była mineralogia. Z zapałem zbierała różne kamienie półszlachetne i trylobity. Ostatnimi laty poświęciła się lekturom z zakresu genetyki. Nie przestawała być ciekawa świata w całej jego złożoności.

Miała jakby dwa umysły – ścisły i humanistyczny scalone w jedno. Także w planie rodzinnym – ze względu na zawiłości losu, musiała być zarazem i matką, i ojcem. Także babką i dziadkiem w jednej osobie. Można było niekiedy odnieść wrażenie, że rozum przesłaniał jej serce, ale to złudzenie. Chciała być silna i tę siłę przekazać potomkom.

Umarła tak, jak żyła. Wbrew perswazjom rodziny i przyjaciół nie chciała zrezygnować z opieki nad starymi i schorowanymi kobietami w ośrodku pod Warszawą. Coraz bardziej męczyły ją jazdy, coraz częściej cierpiała wskutek własnych chorób, ale nie ustępowała. Nie wyobrażała sobie bezczynnego leżenia w łóżku i gapienia się w sufit. Uważała, że jej obowiązkiem jest być przydatną i potrzebną bez względu na poniesioną cenę. Był to jej osobisty triumf ducha nad materią. Mogła cieszyć się emeryturą wśród psów, kotów i kwiatów, ale wybrała inaczej.

I stało się to, co było niemal nieuniknione. W pruszkowskim szpitalu specjaliści wyciągnęli ją wprawdzie z covidu, ale osłabiony organizm nie wytrzymał. W ciągu tych ostatnich dni jej życia wymieniałyśmy lakoniczne uwagi na temat stanu naszego nie-zdrowia. Joanna niepokoiła się o mnie po kolejnej operacji ortopedycznej, której musiałam się poddać, ja drżałam dowiedziawszy się o jej chorobie. Ostatni jej wpis na whatsappie nadany 14 listopada o 13.44 brzmiał: „Czuję się lepiej”. Półtorej doby później zmarła we śnie. Tym się próbuję pocieszyć. Joanna była i moją wielką przyjaciółka, lekarką, która wyciągnęła mnie z wielu opresji.

Za jej hojność i humanizm podszyty cienkim poczuciem humoru, za pasjonujące rozmowy przy szklance czerwonego wina, za wspólny czas jestem jej dozgonnie wdzięczna.

RENATA GORCZYŃSKA