fbpx
HOME
Dawid Szkoła

Joseph Roth

Mieszkał w hotelach i jadał w bistrach, uciekał całe swoje dorosłe życie i nigdy nie miał własnego kąta. Friedrich Gubler, redaktor „Frankfurter Zeitung”, mawiał: „Roth, musi być Pan smutniejszy. Im smutniejszy Pan jest, tym lepiej Pan pisze”. Dwa razy nie trzeba było mu powtarzać, pijacy wszystko rozumieją w mig.

Każdy rozsądny człowiek wie, że najlepiej urodzić się w południowo-zachodnich regionach Europy, gdzie wiecznie świeci słońce i los jest łaskawy dla wszystkich. Joseph Roth na świat przyszedł w Brodach, czyli na północno-wschodnich rubieżach cesarstwa Franciszka Józefa, na drugim końcu kontynentu, o rzut kamieniem do carskiej Rosji. Ojca nigdy nie poznał, ten wyjechał w interesach i nie wrócił, bo zwariował. Trud jego wychowania przejęła matka, która śpiewała ukraińskie piosenki, ale nie były one wesołe. W tych stronach bowiem śpiewa się z braku radości. Istniało nawet powiedzenie „przepadł w Brodach”, które oznaczało, że ktoś znalazł się w takim miejscu – oddalonym od cywilizacji, wśród mokradeł i lasów – z którego nie ma ucieczki.

Na północy Brodów znajduje się ogromny kirkut, a na południu jest dworzec, z którego pisarz urodzony w 1894 roku wyjechał tuż przed I wojną światową na studia do Wiednia. Poza biedą niewiele przywiózł do stolicy ówczesnego mocarstwa, które w niedalekiej przyszłości miało zniknąć z map. Po cesarstwie pozostał jedynie mit, tym silniejszy, im dłużej ono nie istniało. A im dłużej nie istniało, tym było gorzej ze światem.

Czarno-żółta, saturniczna i elegancka, flaga Austrii znikła z masztów z dnia na dzień. Idea symbiozy wielu narodów, ewenement na skalę świata, nagle stała się jedynie historią. Różnorodna pod względem etnicznym, kulturowym i religijnym monarchia runęła pod ciężarem zgody w rozbieżnościach. Rotha zajmowały wówczas inne sprawy: zaczynał pisać, jak twierdził, swoje bzdury do gazet. Owymi bzdurami były felietony, zyskujące z czasem na popularności, jak sam ich autor, który stał się jednym z najlepiej opłacanych współpracowników niemieckojęzycznych gazet. Wtedy też euforycznie pisał: „Kocham kobiety w oknach, a już szczególnie blondynki”.

W 1922 roku poślubił czarnowłosą Friederike Reichler, której urodę sportretował kilka lat później w powieści Hiob. Dla ubogiego chłopca z odległych Brodów nagle zaświeciło słońce, a los stał się łaskawy. Osiągnął sukces literacki i finansowy, miał piękną żonę i świetlaną przyszłość. Gazety wysyłały go na długie miesiące do Moskwy i Paryża, aby stamtąd słał felietony, książki jego zaś sprzedawały się wyjątkowo dobrze i powoli ich autor zapisywał się w historii literatury światowej.

Jednak ludziom urodzonym pod czarno-żółtym słońcem dane jest wyłącznie – powołując się na Musila – poczucie ewentualności i niepewność. Nic nie jest stałe, nic nie jest trwałe, jak nietrwała była monarchia Franciszka Józefa i Galicja, jak wątpliwe jest ludzkie życie. Dziś nie ma śladu po kraju koronnym Królestwa Galicji i Lodomerii, zwanym potocznie Głodomerią, ani po jego mieszkańcach. Ta wielokulturowa mieszanka padła ofiarą szaleństwa ludzi i historii, jednostek i narodów.

Friedl z czasem coraz gorzej znosiła podróże męża i długotrwałe rozstania. Wspólne życie też nie należało do najłatwiejszych: brak stałego miejsca zamieszkania, godziny spędzone w samotności, kiedy mąż pisał albo przesiadywał z kieliszkiem wśród znajomych w knajpie. Schizofrenia została u niej zdiagnozowana w 1928 roku. Z czasem choroba się pogłębiła i Friedl musiała zostać zamknięta na stałe w szpitalu psychiatrycznym. Naziści zamordowali ją w 1940 roku.

Roth czuł się odpowiedzialny za chorobę żony, ale wiązał ją też – na swój dziwny sposób – z szaleństwem, które wydarzało się w sercu Europy: powolnym zdobywaniem władzy przez nazistów. Wtedy też zaczął się jego najlepszy etap w pisarstwie: stworzył Hioba i Marsz Radetzky’ego, pogrążał się w alkoholizmie, smutku i ciemności, szukał schronienia w lojalizmie habsburskim. Pił i nienawidził siebie oraz nazistów. Stefan Zweig, jego wieloletni przyjaciel, twierdził: „Joseph Roth pił – proszę mi wierzyć! – z nienawiści, gniewu, niemocy i oburzenia”.

Autor Hioba w zasadzie już nie trzeźwiał i coraz mocniej pogrążał się w marzeniu o przywróceniu cesarstwa. Powoli, jak jego żona i ojciec, oddalał się od ludzi. Krążył wśród widm i ruin. Kiedy życie wokół niego zaczęło się rozpadać, a jego kariera literacka jaśniała najmocniej, on patrzył jak cały świat pogrąża się w szaleństwie. Na nowo odnalazł wtedy swój kraj dzieciństwa – szlachetne piękno porażki – rezygnację, która w jego wypadku chwilowo przybrała nazwę monarchii Austro-Węgierskiej.

W ten sposób autor Hioba stał się najwierniejszym sługą kraju, który nie istniał od dekady. Walczył o przywrócenie Habsburgów na tron, a Otto von Habsburg, dziedzic tronu, próbował namówić go do abstynencji. Jedno i drugie działanie było podobnie pozbawione sensu. Pod czarno-żółtą flagą można było jedynie zdobyć ordery z niespełnienia i smutku, gorzkiego życia, które zawsze rozwija się inaczej niż byśmy tego pragnęli.

Historia zastaje nas nieprzygotowanych. Gdyby nasza cywilizacja – jak twierdził inny pijak – miała wytrzeźwieć w dwa dni, trzeciego umarłaby z wyrzutów sumienia. Roth wlewał w siebie kolejne sznapsy, aby do tego stanu nie doprowadzić. Został stronnikiem Habsburgów, bo ujrzał głupotę, zło i szaleństwo ówczesnego świata, który dążył do samozagłady. Roth postanowił działać w ten sam sposób. Schronienie dawała mu jedynie literatura i myśl o powrocie wieloetnicznej, wyidealizowanej monarchii Franciszka Józefa. Z tego połączenia powstało jego opus magnumMarsz Radetzky’ego, epitafium dla kraju, w którym się urodził.

Wszystko na nic. Naziści palili jego książki i zakazali udziału w niemieckojęzycznej kulturze. Ten żydowski chłopiec, wieczny tułacz, który przeszedł daleką drogę z Brodów, trochę Rosjanin, trochę Polak, trochę Żyd, trochę Rusin, obywatel C. K., kakanier, powoli pogrążał się w ciemności, podobnie jak znikało w odmętach historii jego państwo, którego obywatelem pragnął pozostać.

Zapił się na śmierć w maju 1939 roku, niedługo po Anszlusie, a tuż przed wybuchem wojny, kiedy świat wschodnioeuropejskich Żydów, którego na swój sposób był kronikarzem, miał przestać istnieć. „Galicyjski Żyd, austriacki pisarz i katolicki pijak Roth […] kochał ludzi prostych – szczególnie tych ze Wschodu, buntowników, ludzi wiary, świętych, pokonanych i mieszkańców królestwa, którego słońce już zaszło” – pisał Jörg Fauser. Zmarł w samotności z przepicia, w rubryce zawód sans profession. Jego ostatnie opowiadanie nosiło tytuł Legenda o świętym pijaku, a kończyło się zdaniem: „Daj, Panie, nam wszystkim, nam pijakom, tak lekką i tak piękną śmierć!”.

André Heller zapytał ojca o zawód Josepha Rotha, kiedy zobaczył jego zdjęcie w albumie rodzinnym. W odpowiedzi usłyszał: „Od piętnastu lat już zamieszkuje niebo pijaków jako szames bajek i kalif chmur, ale wcześniej, na ziemi, był biednym Żydem i największym pisarzem wśród ludzi przyzwoitych”.

DAWID SZKOŁA

Warto również przeczytać...
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Dzięki nim możemy nieustannie ulepszać stronę. Więcej informacji znajdą państwo w Polityce Prywatności. Więcej.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek