fbpx
HOME
Joanna Błachnio

Mur i cień

Najpierw wypowiedź nagradzanego pisarza: „To dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Wcześniej moje książki sprzedawały się w czterech i pół egzemplarza”.

Niech nieokrągła liczba znajdzie się poza zbiorem autoironicznych metafor, w którym intuicyjnie chciałoby się ją umieścić. Wzięta dosłownie, liczba ta skłania do sięgnięcia po szkło powiększające. A kiedy szkło powiększające zbliża się do papieru, najciekawszy jest moment,w którym litery i cyfry jeszcze zachowują rozpoznawalny kształt, ale już nieco rozmywają się na obrzeżach. Jeszcze nie bezkształtna masa, ale już coś innego niż niezakłócony obraz. Znaki jeszcze są sobą, ale jest to już trochę inne bycie, lekko przesunięte w stosunku do tego, co znane z potocznego doświadczenia. Jak gdyby precyzyjne narzędzie wprowadzało nas w sferę snu.

W takim granicznym obszarze Will Eaves umieszcza swoją powieść Murmur, wyróżnioną w 2019 roku brytyjską Wellcome Prize dla najlepszej książki podejmującej temat związany ze zdrowiem i medycyną. Historii, która staje się kanwą książki, nie sposób zapomnieć – ale już w drugim akapicie pisarz daje do zrozumienia, że nie o opowieść mu przede wszystkim chodzi. Bo przecież fakty są znane: wybitny uczony, matematyk i kryptolog, prekursor prac nad „myślącą maszyną”, którego wojenne zasługi, objęte klauzulą tajności, znane są jednak władzom państwowym, zostaje skazany za czyny nieobyczajne z mężczyzną. Ma do wyboru: karę więzienia albo kurację hormonalną, która pozbawi go popędu seksualnego i części męskich cech płciowych. Powieść zaczyna się w momencie, gdy kuracja jest już w toku – a jednak nazwisko Alana Turinga pojawia się u Eavesa jedynie w mottach kolejnych rozdziałów. Uczony z Murmur nazywa się Alec Pryor – poddany przymusowej terapii, widzi siebie tak: „czuję, że jestem mężczyzną odartym z męskości; bytem, ale nie ciałem. Jak Niewidzialny Człowiek, wkładam ubranie, żeby nadać sobie jakąś stałą formę. […] Sądzę, że jestem teraz czymś w rodzaju zmiennej, x”.

Dużo łatwiej niż „kim jest” odpowiedzieć na pytanie, co robi Alec Pryor, gdy państwo sobie z nim pogrywa. Alec Pryor śni. Początek tego procesu zbiega się z początkiem kuracji hormonalnej – ale niemal natychmiast sny wyzwalają się z korelacji i zaczynają istnieć całkiem autonomiczne. Najważniejszą rolę odgrywa w nich Christopher – przedwcześnie zmarły kolega i jedyna miłość Aleca – ale przenikają do innych obszarów powieści z intensywnością, która pozwala bohaterowi postawić pytanie: „czy w tamtym świecie zostaje po mnie jakiś ślad? I czy coś z tego, czym byłem we śnie, może wrócić do tego świata”? Sny stanowią budulec powieści Eavesa w tym sensie, w jakim pisał o nich w swojej poprzedniej książce, The Inevitable Gift Shop (2016). W niemożliwym do sklasyfikowania tomie, w którym mikro-prozy i fragmenty krytyki literackiej przeplatają się z poezją, a zaimek „ja” (trudniejszy przecież do pominięcia w angielszczyźnie) pojawia się sporadycznie, pomimo słowa memoir w podtytule – brytyjski autor (rocznik 1967) zauważa, że sny charakteryzują się „szczególnym, śliskim rodzajem narracji”. Bardziej niż treść liczą się tu odcienie uczuć, a najsilniejsze reakcje wywołują codzienne zdarzenia i zwyczajne przedmioty. Zupełnym przypadkiem w The Inevitable Gift Shop zjawia się na chwilę Alan Turing. Przesączanie się wątków między książkami jest ważne, ponieważ porowatość granic stanowi też zasadę konstrukcyjną Murmur. Alternatywne narracje niby istnieją tu obok siebie, ale w istocie zazębiają się i przechodzą jedna w drugą. Alec raz jest samotnym introwertykiem, innym razem ojcem rodziny – w jeszcze innym wariancie widzimy go jako ucznia Wargrave, szkoły, do której chodził razem z Christopherem. Każda z tych narracji rozgałęzia się w kilka pobocznych wątków, jak rzeka, której chwilowe dopływy nikną i wsiąkają w ziemię.

Porowatość jest też cechą książki Eavesa w jej wymiarze gatunkowym. Bo chociaż Murmur to niewątpliwie powieść, do tego ujęta w ramy dziennika głównego bohatera (od zapisków dziennikowych powieść się zaczyna i na nich kończy) – to, co się w tych ramach mieści, jest gatunkowym gąszczem. Znajdziemy tu korespondencję, literaturę grozy, elementy Bildungsroman i science fiction. Znajdziemy też, co istotne, baśń – a ściślej motywy z Królewny Śnieżki, ulubionej baśni Turinga. Nadgryzione jabłko, zatrute jabłko to jeden z wielu szczegółów, za pomocą których Eaves wiąże ze sobą alternatywne narracje. Tak – i tylko tak, w przeczuciach i niedopowiedzeniach – pisarz wprowadza do Murmur wątek śmierci Turinga. Uzupełnienie tego fragmentu należy do czytelnika.

Zawrotna wielość wątków i gatunków nie oznacza jednak dowolności. Murmur jest przecież powieścią o uczonym, którego zajmowały zagadnienia ludzkiej (pod)świadomości, a także pierwsze projekty tego, co nazywał myślącymi maszynami, a co dziś jest znane jako sztuczna inteligencja. Wraz ze śmiercią ukochanego przyjaciela bohater Eavesa stracił „bratnią duszę, może nawet duszę w ogóle” i zaczął postrzegać siebie jako rzecz, która działa w oparciu o zbiór instrukcji. Na tej samej zasadzie pracują maszyny, które w powieści raz po raz zabierają głos, domagając się uznania, że one także mają świadomość i uczucia. A skoro możliwa jest taka symetria, to co stanowi o wyjątkowości istot ludzkich? O tym pytaniu uporczywie przypomina figura „Niewidzialnego Człowieka”, nazywanego też „człowiekiem w lustrze”, która spaja wszystkie wątki powieści. Wbrew nazwie, nie jest on postacią, raczej bytem – może (pod)świadomością Aleca, która oddzieliła się na skutek granicznego doświadczenia. To on jest narratorem snów Pryora; on patrzy na niego z lustra, opisując go w trzeciej osobie. Po raz pierwszy zaznacza swoją obecność jako tytułowy „szum” (szmer, szept) codziennych, banalnych czynności, o których Alec zaczyna sobie opowiadać, jakby dotyczyły kogoś innego. „Murmur” to u Eavesa również podszepty strachu – ale też najgłębszy nurt myśli; tajemniczy proces, który wykracza poza uświadomione związki przyczynowo-skutkowe.

Drugim czynnikiem, który splata ze sobą różne wątki, jest czas. Pryor w dzienniku opisuje go jako płaszczyznę, w której ten splot się odsłania. W Murmur płaszczyzna jest tak szeroka, że łatwo stracić z oczu jej krawędzie: rozciąga się od wzmianek o czasach rzymskich po współczesność. Dzięki temu czytelniczka z trzeciej dekady XXI wieku może zobaczyć w innym świetle zjawiska, które w jej czasach przyjęło się uważać za powszednie. Na kochanków siedzących razem przy stole, ale rozmawiających z zupełnie innymi osobami, można dziś w ogóle nie zwrócić uwagi – Alecowi ten obraz zjawia się jak fantazja, w sennym błysku. Jeszcze bardziej uderzająca jest – również wzięta ze snu – scena z młodym pracownikiem agencji reklamowej, który na przyjęciu z paranaukową żarliwością opowiada o „neuromarketingu”: planach stworzenia mapy mózgu, którą można wykorzystać, żeby jeszcze precyzyjniej kierować uwagę kupujących na „towary, które dostarczają im największej przyjemności.” Słysząc to, trudno nie myśleć o „śliskiej narracji snu”. Odpowiedź Aleca przyprawia o dreszcz rozpoznania: „W pańskiej pracy nie chodzi o to, żeby określić ludzki pierwiastek naszych procesów myślowych; nie chodzi też o definicję uczuć – tylko o sprowadzenie tej definicji do zbioru danych, które będzie pan mógł wykorzystać do pisania zawłaszczających algorytmów, określających, co pańskim zdaniem chcielibyśmy kupować. Dane nie muszą być nawet w przybliżeniu ścisłe – muszą tylko być wszędzie, a kiedy będą wszędzie, okażą się prawdziwe. Świetne przyjęcie”.

Kiedy państwo poddaje jednostkę represjom, prześladując ją za to, kim jest, odruchową reakcją jest najpierw osłupienie, a potem gniew. Ale w Murmur gniew rozbłyska rzadko – za to gęsto w powieści od uczucia distress. Jeśli tak trudno ten termin przetłumaczyć, to dlatego, że polszczyzna oświetla za każdym razem tylko jedno z jego wielu znaczeń, resztę pozostawiając w cieniu. A przecież distress to nie tylko „ból”, „cierpienie”, „zmartwienie” (a także „zajęcie sądowe”) – ale wszystkie te znaczenia naraz i, jak często bywa ze słowami tak nasyconymi, jeszcze dużo więcej. Na ślad tego naddatku naprowadza etymologia: distress pochodzi od łacińskiego czasownika distringere, który znaczy „rozciągać, rozrywać”, „zatrzymywać siłą”, a także „rozpraszać” (distract). Właśnie tak: distress to stan, który chwyta człowieka z całych sił, pęta, dławi i rozprasza myśli. Tym bardziej uderzająca jest ostrość widzenia Aleca, gdy przygląda się ludziom w swoim otoczeniu – na przykład pielęgniarce, która co tydzień robi mu zastrzyki, i która „z pewnością myśli o sobie jako o jednostce obdarzonej sprawstwem i wolną wolą. (…) A zarazem «wykonuje tylko swoją pracę». (Często się słyszy to zdanie)”. Bohater Eavesa nie ma złudzeń: ludzie na ogół odsuwają się od represjonowanych, kierowani nie nienawiścią, ale intuicyjnym wstydem, bo „niejasno przeczuwają, jak słabi okazaliby się, gdyby to ich instytucje obrały sobie za przeciwników”. Dla tych, którzy wybrali inną drogę, wewnętrzna niezależność od przesyconych przemocą instytucji jest rzeczą oczywistą także dlatego, że wynika z praw logiki. Wprawdzie instytucje koniecznie chcą sobie przypisać jakąś formę racjonalności, ale ta racjonalność przegniwa, gdy tylko zostanie ubrana w słowa. Nawet wycieńczony chorobą Christopher, którego nauczyciel usiłuje nakłonić, żeby trzymał się z dala od Aleca, natychmiast dostrzega, że wywód pedagoga „byłby bardzo rozsądny, gdyby nie był tak podły”.

Nierozerwalny związek między logiką i przyzwoitością świeci najjaśniej w korespondencji Aleca z June – przyjaciółką, byłą narzeczoną i współpracowniczką z czasów wojny. Gdy zjawiają się u niej młodzi agenci wywiadu, żądając, by rozszyfrowała fragment podsłuchanej rozmowy telefonicznej z Alecem, kryptolożka nie daje się zastraszyć i wytyka im błąd kategorialny: „Rozszyfrowanie komunikatu czyni go zrozumiałym, ale nie wyjaśnia, co komunikat oznacza. Czy rozumieją panowie, o co pytają?”. To właśnie nierozerwalny węzeł i bijące z niego światło sprawiają, że taką moc mają słowa June: „Kochany, ta część ciebie, która jest poza zasięgiem, przetrwa. […] Jesteś sobą, niezależnie od tego, jak potworne rzeczy się działy i dzieją”.

Rzeczy się dzieją. A jednak w Murmur opór rośnie, mimo wszystko. Świadczą o tym także drobne szczegóły narracji – tak drobne, że najlepiej byłoby je oglądać przez szkło powiększające. Matka sąsiada, który po skazaniu Aleca wciąż przychodzi do niego na lekcje szachów, skutecznie przeciwstawia się mężowi, marzącemu o posłaniu syna do Wargrave. I sam Alec, który po skończonej kuracji znów zaczyna dostrzegać „czaplę łowiącą rybę, […] słońce na trawniku” – oraz dwa listy czytelników w „Timesie” z 3 czerwca 1953 – nie licząc prognozy pogody, jedyne fragmenty dziennika, które nie dotyczą koronacji królowej Elżbiety II. Człowiek, który jest z natury formalistą, nie kryje niesmaku, widząc, jak codzienna gazeta utrwala „zahipnotyzowaną rzeczywistość” państwowej uroczystości. W tym buncie, choćby tylko wewnętrznym, jest coś olśniewającego. Pryor przeciwko Zjednoczonemu Królestwu.

Na okłace Murmur tytułowe słowo jest podzielone na sylaby: „mur-mur”. Po zdobyciu nagrody Wellcome Will Eaves zmienił wydawcę, ale szata graficzna okładki została zachowana. Po jednej sylabie w każdym wersie, obie w tym samym kolorze, ale każda w innym odcieniu. Mur i jego cień. Takie chybotliwe kładki między językami nie mogą być niczym innym, jak tylko dziełem przypadku. A jednak istnieją. W ostatnich zdaniach powieści Eaves przestrzega przed nadmiarem słów i głosi pochwałę słuchania – warto więc przyłożyć ucho do szczeliny między polszczyzną a angielszczyzną. A wtedy może przyjdą na myśl słowa polskiej poetki: „Dawca cień / swój przewyższa, stojąc prosto. Czyż nie jest to wizualizacja /wolności? (Tamara Bołdak–Janowska, Dawca, z tomu Hop! Hop! Hop! Traktat o samotności, Wrocław 2013, s. 13)

I kiedy już chce się powtórzyć za Molly Bloom: „tak” – okazuje się, że okładkę powieści Eavesa można też czytać odwrotnie. Mur niby stoi jak stał, ale w jego cieniu trwa ruch. Pęcznieje i nadyma się krzykliwą barwą tym bardziej, im szybciej pęka. W szczelinach wzbiera szept.

Warszawa, 7 sierpnia-18 listopada 2020

 

cytaty z książek Willa Eavesa podaję we własnym przekładzie, za łaskawą zgodą Autora.

JOANNA BŁACHNIO

Warto również przeczytać...