fbpx
HOME
Anna Arno

Nowy Jork po piętnastu latach

Było późne lato 2003 roku. Babie lato, wrzesień, początek roku szkolnego. Przyjechałam na studia w Sarah Lawrence College – małym college’u pół godziny na północ od Nowego Jorku. Bałam się, ale przyjechałam, ponieważ uważałam, że trzeba od siebie wymagać więcej. W dodatku dostałam stypendium, którego wysokości nie umiałam sobie wyobrazić. Wtedy nie miałam już wyjścia.

Cały poprzedni rok snułam mrzonki o studiach w Wiedniu. Przede wszystkim było to już zagranicą, ale wystarczająco blisko, aby co tydzień przyjeżdżać do domu. Przynajmniej tak sobie wyobrażałam. Nie wyobrażałam sobie natomiast rozstania na dłużej niż dwa tygodnie, ale człowiek jest w stanie znieść więcej, niż umie sobie wyobrazić. Kiedy ostatniego dnia sierpnia po raz pierwszy miałam przekroczyć ocean, bałam się tylko jednego: że na lotnisku w Wiedniu nie znajdę przesiadki do Nowego Jorku.

Na kampusie mojej uczelni przywitała mnie Shirley Be, asystentka studentów zagranicznych. To był specjalny przywilej: osobiste powitanie. Zawdzięczałam je zapewne potokowi maili, które od początku lipca wysłałam do Shirley Be. Innych świeżo upieczonych studentów odstawiali na kampus rodzice. Czasami jechali z drugiego wybrzeża, wieźli dobytek i zaopatrzenie. Na moim łóżku w akademiku nie było pościeli, tylko goły materac, ale pierwszej nocy to nie przeszkadzało. Było ponad osiemdziesiąt stopni w skali Fahrenheita (niedługo nauczyłam się przekładać to na Celsjusze) i tak czy owak nie mogłam spać, z powodu podniecenia i różnicy czasu. Ktoś mi powiedział, że to zjawisko nazywa się jetlag. Kto inny pokazał, jak z automatu telefonicznego (które wtedy jeszcze się spotykało) wybrać zamorski numer. Ktoś nauczył, jak się otwiera drzwi, przeciągając w zamku legitymację. Przypomniałam sobie fragment wiersza Stanisława Barańczaka: „Po chwili oko się przyzwyczaja do wiewiórki szarej, a nie rudej, jak pan bóg przykazał”. Po trawnikach rzeczywiście biegały szare wiewiórki. Po raz pierwszy zobaczyłam też pręgowca – maleńkiego gryzonia, takiego jak Chip i Dale. Wieczorami nieraz coś ruszało się w krzakach; powiedzieli, że charakterystyczny smród sygnalizuje skunksa.

W akademiku przydzielono mi współlokatorki: obie miały takie samo imię. Sarah była z Pakistanu, a Sara z Kopenhagi i wszystkich nowo poznanych uprzedzała, że ją się pisze bez końcowego „h”. Shirley Be była pół – czy ćwierć – Chinką i nie mogłam się nadziwić, że można mieć takie krótkie nazwisko. Tego wieczoru, kiedy oszołomiona po raz pierwszy stanęłam na amerykańskim kontynencie, poczęstowała mnie arbuzem, ponieważ, jak powiedziała, na pewno się odwodniłam. Pewnie miała rację, bo do dziś pamiętam jego smak. Przed wyjazdem ludzie mnie przestrzegali przed genetycznie modyfikowaną żywnością. Straszyli też na inne sposoby: że się roztyję, że ze mnie zrobią feministkę, że oduczę się chodzić pieszo i wszędzie będę równie obca, szczególnie we własnym kraju. Tymczasem Shirley Be zaproponowała, że w poniedziałki w godzinach lunchu mogę usiąść przy jej stoliku, bo zagraniczni studenci znajdują wspólny język.

Fot. Anna Arno

Było gorąco i wilgotno. Poznałam słowo, które określa taką pogodę: sultry. A także kilka innych wyrażeń pierwszej potrzeby. Zaspać, spóźniać się, rzygać, być na haju, być do dupy, a także pochodzące z łaciny, eleganckie słowo procrastination, oznaczające odkładanie w nieskończoność pilnych obowiązków. Tymczasem dzieliłam pokój z Sarą z Danii. Przez łazienkę sąsiadowałyśmy również z Sekwoją. Nie mogłam uwierzyć, że poznałam prawdziwą, rdzenną Amerykankę: jej rodzice żyli w rezerwacie, a ona dostała się do college’u z dodatkowymi punktami za pochodzenie. Sekwoja była drobna i chaotyczna, nie myła łazienki, budziła się w południe i w podkoszulku biegła na pierwsze zajęcia. Często nielegalnie nocował u niej chłopak, ogromny Jaban z Jamajki. Nigdy nie widziałam większego mężczyzny. Przez drzwi słyszałam, jak sikał, słyszałam jego straszny ryk, kiedy się kłócili. Słyszałam przenikliwy pisk Sekwoi. Aż wreszcie Jaban przestał nocować w sąsiednim pokoju.

Studiowałam Platona, historię architektury i historię antysemityzmu, omawialiśmy Eichmanna w Jerozolimie. Na filozofii poznałam greckie słowa: ousia i areté i zrozumiałam, że w słowie „entuzjazm” jest cząstka, która oznacza bóstwo, że to oznacza właściwie „być wypełnionym przez bogów”. Profesor historii zaproponowała, żebym została jej asystentką, ponieważ w dyskusji użyłam słowa perspicacious, którego nie zna większość Amerykanów. Perspicacious znaczy bystry albo przenikliwy i właśnie taka bardzo chciałam być.

11 września wzięłam udział w ogólnoszkolnym apelu upamiętniającym ofiary World Trade Center. Minęły dopiero dwa lata, przyjechałam do Ameryki okaleczonej, wystraszonej, która straciła pewność siebie. Pewny siebie był tylko ówczesny prezydent słynny z braku polotu i niedokształcenia.

W drugim tygodniu września wybrałam się na Manhattan, do księgarni Coliseum Books, na promocję książki Susan Sontag. To była moja pierwsza samodzielna wycieczka do miasta: na szczęście księgarnia znajdowała się niedaleko dworca Grand Central Terminal, gdzie dojeżdżały pociągi z kampusu. Siedziałam w kucki na podłodze, niewielka przestrzeń pomiędzy półkami była szczelnie wypełniona. Oficjalna godzina spotkania dawno minęła. Ale ludzie trwali w nabożnym skupieniu. Po trzech kwadransach organizatorzy zapewnili, że autorka jest w drodze. Po godzinie i dwudziestu minutach poproszono nas o cierpliwość, ponieważ taksówka utknęła w korku. Pisarka weszła po niemal dwóch godzinach. Ale to nie była Susan Sontag, jakiej się spodziewałam. Prawdę mówiąc do tej pory mało ją czytałam: jakieś kawałki o fotografii. Ale słyszałam o niej, a przede wszystkim miałam w oczach jej portret: burzę czarnych włosów z białym pasmem z przodu, mocne rysy, niepokorną twarz kobiety w sile wieku. To była postać, z której można było sobie zrobić idolkę. Tymczasem Susan Sontag, którą zobaczyłam, wyglądała raczej jak babcia mojej koleżanki. Ściągnięte w kucyk, całkiem siwe włosy, szara, pomarszczona twarz. Była w długiej spódnicy i oliwkowym swetrze. Wiedziałam, że wiele lat temu „wygrała z rakiem piersi” i mimo woli wpatrywałam się w miejsce tego zwycięstwa. Szok był jednak ogromny: przed publicznością księgarni stała zmęczona, starsza osoba. Ale kiedy zaczęła mówić o swojej ostatniej książce, Widok cudzego cierpienia, znów była mocna, przejmująca; zapomniałam o „rozczarowaniu” wizerunkiem. Zmarła nieco ponad rok później. W kolejnych latach czytałam jej eseje. Czytałam wspomnienia jej bliskich. O tym, jak zmagała się z chorobą, naprawdę jak lwica, osoba zdesperowana, niepogodzona, jak bogini. Po prostu nie przyjmowała śmierci, świadomości, że dar życia mógł zostać jej odebrany. Wtedy zrozumiałam, że w 2003 roku w księgarni przy 42 ulicy występowała osoba śmiertelnie chora, która wielokrotnie, siłą woli, wstawała, negując cierpienie. Zrozumiałam, że kiedy rozczarowana patrzyłam na siedemdziesięcioletnią pisarkę, był to poniekąd „widok cudzego cierpienia”. Po latach czytałam świeżo opublikowane dzienniki młodej Susan: godny podziwu, a zarazem odpychający wydał mi się jej egoizm, megalomania, a może raczej właściwe wybitnej osobowości skupienie na sobie, własnych przeżyciach i dążeniach. Wymagająca w związkach z mężczyznami i kobietami, boleśnie reagowała na odrzucenie, ale była bezwzględna dla cudzych zranień. Drażniło mnie jej egotyczne skupienie na własnych doznaniach: miłosnej sprzeczki, kaca, niewyspania. Intelektualne postanowienia, wymaganie od siebie. Punktualność nigdy nie była jej cnotą, a flejtuchostwem wręcz się szczyciła. Żywiła się tuńczykiem z puszki, nie wynosiła śmieci, przez wiele dni unikała prysznica i z rodzajem naukowej ciekawości sprawdzała, jak długo można nie myć włosów. Imponowała mi i drażniła. Czy myślała o publikacji tych zapisków? Nawet, jeśli notowała dla siebie, czyżby uważała każdy swój posiłek, wysypkę, zły nastrój, za godne utrwalenia? Ja tymczasem wracałam myślą do tego jedynego publicznego spotkania, na początku moich studiów w Nowym Jorku.

W grudniu 2004 roku umarła Sontag, dwa lata później zamknęło się Coliseum Books. W 2008 roku na stałe wróciłam do Polski. Czasami śni mi się, że jestem w Nowym Jorku. Co parę lat przyjeżdżam; sprawdzam, co trwa, a gdzie zastanę zamalowaną szybę: „lokal do wynajęcia”. Kiedy opuszczamy miasto, które stało się bliskie, własne i oswojone, egoistycznie chcielibyśmy je zachować, jak w szklanej kuli, którą wystarczy potrząsnąć, żeby spadł śnieg. A z drugiej strony trudno uwierzyć, że to miasto żyje i zmienia się bez naszego nadzoru, pod naszą nieobecność. Ale powrót do Nowego Jorku za każdym razem daje uczucie wolności. Ameryką, do której dziś przyjeżdżam, rządzi cyniczny szaleniec. Przyznaję, że kiedyś lubiłam drzewka, zdobiące Trump Tower. Wtedy nie wiedziałam, że ten dwustumetrowy wieżowiec powstał na miejscu eleganckiego domu towarowego Bonwit Teller z 1895 roku, a do jego burzenia agresywny deweloper zatrudnił nielegalnych imigrantów z Polski. Nie oszczędzili nawet płaskorzeźbionych dekoracji. Teraz w tym miejscu, przy Piątej Alei zawsze stoi policja. Przychodzą protestujący z hasłami „Trample Trump” (podeptać Trumpa). Z kolei przed sklepem Abercrombie & Fitch po drugiej stronie ulicy nie ustawiają się już kolejki (za moich czasów trudno było się przecisnąć przez tłum turystów, którzy cierpliwie czekali na poszarpane koszulki i szorty, odrobinę wyluzowanego luksusu).

Ale tak naprawdę wracam do miasta, gdzie doskonale świadoma swojej obcości, zawsze czuję się na miejscu. Owszem, odstałam swoje na lotnisku, w tej dłuższej kolejce, dla gości z zagranicy. Mam tutaj status „non-resident alien”. Obcy, nieswój, wyalienowany. Ale każdy skądś przybył, dawno albo wczoraj, każdy ma jakiś akcent. Ulice i chodniki są szerokie, dla wszystkich starcza miejsca. Gość w żółtej pelerynie toczy swój wózek z makulaturą po Madison Avenue, obok „flagowych” sklepów wielkich projektantów. Gdyby zamiast tej peleryny założył smoking, to pałeczka, którą przegarnia śmieci, zmieniłaby się w batutę. W dobrym garniturze mógłby być profesorem na Columbii. To nie jest dobry, równy ani sprawiedliwy świat. Wolność, którą odczuwam jest złudzeniem: ponieważ jestem daleko od wszystkiego, co mi bliskie, własne, od mojego kraju. Przez Park Avenue przechodzi starsza kobieta w obcisłym purpurowym kostiumie i pomarańczowym kapeluszu na ogolonej siwej głowie. Na piersi nosi znaczek Lesbians for Bush. Spóźniła się o dobrych parę lat. W każdym razie niezły dowcip. W każdym razie, póki co, wszystko wolno na siebie założyć i wszystko wolno powiedzieć.

Swoboda, którą odczuwam jest złudna. Możesz wyglądać, jak chcesz, ubrać się, jak ci pasuje, kogo to obchodzi. Wielu to obchodzi, jeśli sądzić po strojach pewnych kobiet, po kształcie ich ust. Czas i ludzki osąd są bezwzględne, nawet w Nowym Jorku. Ale nic nie musisz. Możesz wejść w piżamie i cię obsłużą, z uśmiechem, z uprzejmością, którą Europejczycy uważają za fałszywą. Profesjonalizm. Klient nasz pan. Jesteśmy tu po to, aby ci pomóc. Ale uprzejmość wchodzi w krew. Według pewnych naukowych ustaleń, nawet sztuczny uśmiech poprawia humor, rozciągnięcie ust coś porusza w mózgu. Gdybym miała określić, co najmocniej mnie porusza w tym kraju, to byłoby chyba właśnie to: uprzejmość nieznajomych. Być może jesteś tu sam, na nic cię nie stać, nie masz przyjaciół. Nie możesz liczyć na miłość, przyjaźń, troskę i uwagę. Ale to masz zagwarantowane jak w konstytucji. Uśmiech, sztuczny czy prawdziwy. Zauważą cię, kiedy tędy przejdziesz, pozbierają, kiedy upadniesz. Za chwilę zostaniesz zapomniany. Ale jesteś teraz, przez tę chwilę, kiedy przypadkiem tędy przechodzisz.

ANNA ARNO