fbpx
HOME
Jan Maria Kłoczowski

Pani na Bogdanach

Cieszę się niezmiernie, że na kartach „Księgi przyjaciół” mogę podzielić się fragmentami książki, którą kilka dni temu ukończyłem. Nosi ona tytuł Pani na Bogdanach, opowiada o mojej prababce Kazimierze Kłoczowskiej z domu Rykowskiej, a ukaże się w Bibliotece „Więzi”. Opowieść o Kazimierze zaczyna się tak:

Ażurowy tympanon u szczytu ganku, a w nim – wycięte w świerkowym drewnie dwie litery: KR. To inicjały Kazimiery Rykowskiej. Mojej prababki ze strony ojca, czyli – jak mówiło się dawniej – po mieczu. Kobiety wielu talentów i zalet, której duch towarzyszy mi stale, od kiedy zamieszkałem w zbudowanym dla niej rodzinnym dworku w Bogdanach Wielkich, na północnych rubieżach Mazowsza, nieopodal przedwojennej granicy z Prusami, kilka kilometrów na zachód od Chorzel.

Urodzona w Krzynowłodze Wielkiej, wychowana w Warszawie, grała na fortepianie, uczyła chłopskie dzieci, malowała i rysowała, znała francuski, niemiecki i angielski, pisała wiersze. Była matką mego dziadka Eugeniusza Kłoczowskiego i babką mego ojca Jerzego. Obaj urodzili się tutaj, w tym ceglanym dworku, który od kilku lat jest także i moim adresem. I kiedy patrzę na dwustuletnie jesiony w otaczającym go parku, kiedy słyszę o zmierzchu nawoływania puchaczy i sadzę czerwone róże przy ganku, mam poczucie, że cała trójka nadal tu jest, choć przecież nie dotknę ich ręki, nie napiję się z nimi herbaty, nie dowiem się, co myślą o świecie, który zamienili na inny. Jedyne, co mogę zrobić, to utrwalić pamięć o nich, podzielić się nią z innymi. A że w moim przypadku niemal wszystko zaczyna się od Kazimiery – stąd ta krótka o niej opowieść.

Bogdany Wielkie, w styczniu 2021 roku

A oto wstęp do jednego z rozdziałów Pani na Bogdanach, w którym dzielę się z czytelnikami treścią listów, które Kazimiera pisała do swojej siostry Pauliny Dębskiej z domu Rykowskiej z Montreux, Genewy i Nicei w latach 1886-87.

Nad wodą wielką i czystą

Wczesną jesienią 1886 roku Kazimiera dociera pociągiem – przez Berlin i Genewę – do Montreux. Towarzyszy jej Ojczulek, czyli Adolf Schimelfening. Za tydzień lub dwa dojedzie do nich Stanisław – brat Kazi. Kuracja szwajcarsko-francuska potrwa do maja 1887. Kolejne jej etapy to Montreux, Nicea, a raczej – jak wówczas mówiono – Nica i wreszcie Genewa. Z tych miast Kazimiera robić będzie krótkie wycieczki do Lyonu, do Cannes, do San Remo i Lozanny, do Mediolanu, a także do Monaco i Monte Carlo. Ma 27 lat, niedawno przeżyła miłosny zawód. W podróż zabrała tylko jedną powieść: Serce i rękę Kraszewskiego. Czy identyfikowała się z jej bohaterką Olimpią, niemalże jej równolatką, która w Genewie ucieka od niekochanego męża i układa sobie życie z muzykiem, którego darzy prawdziwą miłością? Czy serce nie bije jej żywiej, kiedy czyta: „Ja do tego świata nie należałam, nie należę i mowa jego dla mnie zupełnie jest obojętną. Rodzicom chciałabym oszczędzić zmartwienia, świat może mnie potępić. Podwójnym dziś przywiązaniem chwytam się ciebie, mój drogi, miłością dawną i wdzięcznością nową za to, że mnie od nikczemnego człowieka uwolnisz, którego samo zbliżenie kalało”? Nad Lemanem dzieją się cuda, o czym Kazimiera, jako wierna czytelniczka wierszy Mickiewicza i Słowackiego, dobrze wie… Liryki lozańskie zna na pamięć.

Nie ucieknie jednak ze skrzypkiem z Holandii, którego pozna w Nicei, i któremu akompaniować będzie podczas publicznych matinées. Nie zapomni o siostrze, która ma już dwoje małych dzieci i czeka niecierpliwie w Warszawie na doniesienia o szykownej modzie obowiązującej u wód. Niemal natychmiast po przyjeździe złoży wizytę samemu Kraszewskiemu, który w tym czasie przebywa w Montreux, a umrze za kilka miesięcy w Genewie… Przeżyje trzęsienie ziemi w Nicei, do którego doszło nad ranem 23 lutego 1887 roku, choć zapewne nie spotkała się z zamieszkałym w tym samym czasie kilka ulic dalej Nietzschem. W liście do matki pisanym rankiem 24 lutego Fryderyk uspokajał matkę, że nic mu się nie stało: „Dzisiejszej nocy zrobiłem małą inspekcję po mieście, odwiedziłem mianowicie znane mi hotele, które po części bardzo ucierpiały: ich mieszkańcy spędzili bardzo zimną noc na zewnątrz, leżeli opatuleni na ławkach, w dorożkach itd. […] Dla Nicei jest to wielki cios: sezon skończył się w jednej chwili” /1/. Kazimiera natomiast, która spędziła dwie noce w namiocie pod Hôtel de Genève, będzie do końca życia opowiadała charakterystyczne wydarzenie z tej dramatycznej nocy, wspominając pewnego ateistę, który wieczorem w salonie dowodził, że Boga nie ma, a wiara i religia to głupota, a kiedy zatrzęsła się ziemia i zawaliły hotelowe schody, był jednym z pierwszych, którzy posłuchali zaleceń służby – Descendre, tremblement de terre! [Wychodzić na zewnątrz. Trzęsienie ziemi!] – i wybiegłszy przed hotel, padł na kolana w bieliźnie i zaczął głośno się modlić…

Kazimiera Kłoczowska z domu Rykowska, l. 80. XIX w.

Casimire de Rykowska (tak ma wypisane na swojej carte de visite) będzie chodzić na koncerty, konwersować w trzech językach przy posiłkach w salonie, czytać książki i „Kuryera Warszawskiego”, który otrzymuje regularnie od Pauliny, będzie malować widoki z okna, znajdzie czas na spacery nad jezioro Leman, gdzie przeżyje chwilę błogiego szczęścia – chwilę, w której poczuła, że jej dusza znalazła się „poza jaźni progiem”.  Po latach opisze ją w niezwykłym wierszu zatytułowanym Wspomnienie:

Pamiętam jedną chwilę. Wśród cudnej natury

Nad jeziorem genewskim zachodziło słońce

Takie wielkie, spokojne na niebie bez chmury

Coraz niżej a niżej spadało na góry

Wiecznym śniegiem pokryte, od zachodu lśniące.

 

Na przeciwległym brzegu już zmrok, nocy sługa,

Wśród zielonych pagórków rozpościerał cienie,

A tylko prosto ku mnie wielka światła smuga

Szła leciuchno po fali nieskończenie długa,

Nieskończenie spokojna, cicha nieskończenie.

 

Jakiś bezmiar radości nieuchwytnej, tajnej,

Jakiś bezmiar spokoju ogarniał przestworza.

Tak że nawet plusk wody cichy, jednostajny,

Zdawało się, nie mąci ciszy nadzwyczajnej

Ciszy, w której do duszy przemawia myśl Boża.

 

A kiedy moja dusza poza jaźni progiem

Poszła szlakiem promieni w tę świetlistą przędzę

Czy się zlała z naturą, czy złączyła z Bogiem?

Dość, że w tej błogiej ciszy, ukojeniu błogiem

Obmyła wszystkie ludzkie słabości i nędze.

 

Było to dawno temu; przeszły długie lata,

A z nimi nowych wrażeń długi orszak liczny.

Dziś mi nie żal młodości i nie żal mi świata,

A tylko – ku przyszłości kiedy myśl ulata

Żal mi tej jednej chwili ciszy bezgranicznej.

 

Pobyt „nad wodą wielką i czystą” sprzyja zamyśleniu nad samym sobą, nad przyszłością. W liścia z marca 1887 roku Kazimiera podzieli się z ukochaną siostrą znamiennym wyznaniem: „Jeżeli jeszcze nie jestem dosyć stara, żeby mieszkać samej w kraju to przebędę kilka zim zagranicą, gdzie ciągle spotykam mnóstwo kobiet bez celu, bez rodziny, bez obowiązków jak ja jestem i prawdopodobnie zawsze będę. Ciebie i Twoje dzieci zawsze jednakowo kocham i doprawdy mając Wasze serca wcale nie czuję się nieszczęśliwą ani opuszczoną, ale wierz mi, to tak trudno przełamywać swoją naturę”.

W listach, które ze wzruszeniem przepisywałem w Bogdanach, czując duchową więź z moją prababką, kryje się cała Kazimiera z jej esprit de contradiction, z jej talentami, z kobiecą wrażliwością na ubiór i to, co nazywano wówczas szykiem.

JAN MARIA KŁOCZOWSKI