fbpx
HOME
Robert Papieski

Próba pastiszu

Od pewnego czasu nachodziła mnie pokusa, by napisać coś w stylu Iwaszkiewicza, sprawdzając tym samym nie tylko stylizatorską biegłość ręki, ale też zdolność wczucia się w pisarza, z którym los złączył mnie tak ściśle, iż pracuję w jego domu. Wybór padł na Sérénité, opowiadanie pisane w Genewie i Rzymie we wrześniu i październiku 1971 roku. Dlaczego właśnie ono? Sérénité oznacza wewnętrzne rozjaśnienie, uspokojenie – stan ducha osiągany z trudem, nawet w późnym wieku. W przypadku Iwaszkiewicza ów stan wpływa zarazem na sposób pisania, w gruncie rzeczy ów stan ducha jest „stanem” pisania – jakby pisała sama dusza, bez pośrednictwa ręki. Gdy się nad tym dokładniej zastanowić, jest to metoda pisarska moralnie podejrzana, bo największe ludzkie udręki, narodowe cierpienia i historyczne burze tracą swój dramatyzm, który roztapia się w pogodzie ducha autora, w jego stylu. Najbardziej wstrząsające występki stają się niepokojąco ładne, bo są ładnie, spokojnie opisane. Czy nie to właśnie miał za złe Iwaszkiewiczowi Józef Czapski, określając tę postawę jednym słowem: estetyzm? Ale co ma zrobić człowiek, który nie wierzy w możliwość naprawy świata i ludzi, który jest przekonany o daremności buntu wobec zła? Próbuje złapać zło w pajęczynę piękna, ufając, że zło wpięte w piękno, jeśli nie znika zupełnie, to traci na impecie.

Na ursynowskim osiedlu, 12 października…

Droga Pani Beato!

Ucieszy się Pani zapewne, że pod Jej wpływem sięgnąłem po Sérénité Jarosława Iwaszkiewicza. W tej pani Agacie, do której pisze autor, rozpoznałem Jadzię Hanicką ze Stawiszcz, w której dwudziestoletni Iwaszkiewicz podkochiwał się latem 1914 roku. Gdyby Pani chciała sobie o tym poczytać, proszę sięgnąć po Książkę moich wspomnień i otworzyć ją na stronie 129. Wróćmy jednak do Sérénité. Już lektura pierwszych stronic tego znakomitego opowiadania mocno mnie zastanowiła. Bo dziwnie jest stwierdzić, że pod pewnym względem wiemy więcej niż stary poeta, który pisze, że gdyby powiedział wiele lat temu swojej znajomej, że ją kocha, to wyznanie owo pchnęłoby ich życie na zupełnie inne tory.

My już takich złudzeń nie żywimy. Wiemy, że można wyznać miłość, a życie toczy się jak przedtem, bo niby dlaczego miałoby ulec zmianie? Ledwie jednak zdążyłem napisać ostatnie litery, a już zwątpiłem w ich sens. Bo może jednak coś zmienia? Na pewno zmienia tego, który kocha – i choć w warstwie zdarzeń zewnętrznych nie zmienia się nic, zmianie ulega życie wewnętrzne kochającego – jakby sam bóg miłości w nim zamieszkał, a stan taki godny jest zapewne pozazdroszczenia. Ale czy tylko kochający dobrze na tym wychodzi, Pani Beato? Przypuszczam, że nie tylko on. Znane są co najmniej trzy religijne warunki zbawienia duszy ludzkiej: wiara, dobre uczynki, łaska Boga. Ale jak na zacnych miłośników literatury przystało, sięgnijmy po dzieła literackie – może jest w nich coś na ten temat?

Henri Martin „Sérénité”

W Fauście Goethego zbawienia dostępuje ten, kto wiecznie się trudzi. Znacznie ciekawiej jest w Zbrodni i karze, gdzie morderca Raskolnikow osiąga zbawienie nie dzięki skrusze, nie dzięki nawróceniu, lecz dzięki Soni Marmieładow, dziewczynie, która go pokochała. Bo zdaniem Dostojewskiego, przez niektórych nazywanego piątym apostołem, człowieka zbawia przede wszystkim miłosne wstawiennictwo osoby, która go kocha, bowiem skoro jest kochany, to znaczy, że wart jest tej miłości, a bycie wartym miłości to to samo co bycie wartym zbawienia. Dobrze jest zatem i kochać, i być kochanym. Co lepsze? Nie wiem. A czy ktoś w ogóle wie?

Jak Pani widzi, w okropnie wysokie tony uderzam, ale to sam Iwaszkiewicz mnie do tego skłania, który także pisze o Dostojewskim i jego dwóch powieściach: Zbrodni i karze oraz Biesach – moich ulubionych. Zgadzam się z Iwaszkiewiczem, że spowiedź Stawrogina to nic w porównaniu ze snem Raskolnikowa. Dla mnie spowiedź Stawrogina stoi nawet niżej niż małżeństwo Stawrogina z Kuternóżką, czyli małżeństwo pięknego mężczyzny, który może mieć każdą kobietę, jaką zechce, nawet bez pomocy diabła – a przecież mógł liczyć i na taką pomoc – małżeństwo pięknego mężczyzny z kobietą kaleką. Zawsze krwawi mi serce, gdy czytam o szczęściu Kuternóżki, szczęściu bez podstaw, bo Stawrogin wybrał ją oczywiście nie z miłości, lecz dla kaprysu, dla zabawy, z jakiejś demonicznej pobudki, by pokazać światu, że jest ponad tak trywialne rzeczy jak kobieca uroda, a także dlatego wybrał brzydką, by ukarać męką zazdrości wszystkie piękne.

I rację ma Iwaszkiewicz, pisząc, że podszewką natury ludzkiej jest okrucieństwo, czego dobitnym dowodem jest sen Raskolnikowa o bitym koniu. To sen, a ja widziałem, Droga Pani Beato, na własne oczy gorszą rzecz. Miałem wtedy pięć lat i szedłem w letnie popołudnie z wujkiem ulicą w Radzyminie. Gdy dochodziliśmy do głównego skrzyżowania, zobaczyłem, że dwa wozy konne z węglem zahaczyły o siebie kołami. Brudni od miału węglowego wozacy wyskoczyli z furmanek i podbiegli nie do siebie, lecz do koni – i każdy z wozaków zaczął chłostać batem cudzego konia. Ludzie otoczyli ich kołem i patrzyli, ja zacząłem płakać i prosiłem wujka, byśmy szli do domu. On jednak chciał na to patrzeć, więc i ja patrzyłem. W pewnej chwili obydwaj wozacy tak się spocili chłostaniem koni, że zdjęli z siebie koszule i mieli na sobie tylko spodnie, nad którymi sterczały ich opasłe, lśniące od potu brzuchy. Uderzenia stopniowo stawały się coraz słabsze, bo mężczyznom zaczynało brakować sił, ale i konie ledwo stały na nogach. Raptem jeden z koni, cały zakrwawiony, upadł na asfalt – i to był koniec pojedynku między ludźmi.

A skoro już tak się rozpisałem o koniach, to jeszcze jedną historię Pani opowiem.

W kwietniu 1855 roku do Turynu przyjechał Nietzsche. Napisawszy obrazoburczą książkę, postanowił nadrobić zaległości w lekturze i sięgnął po Zbrodnię i karę. Przeczytał ją jednym tchem, a największe wrażenie zrobił na nim rozdział, gdzie jest mowa o strasznym śnie Raskolnikowa. Rodion ma we śnie siedem lat i przechadza się z ojcem na peryferiach małego miasteczka. Gdy mijali szynk, chłopczyk zauważył, że woźnica okłada swego konia batem po oczach, bo chuda, mała szkapina nie mogła uciągnąć wozu pełnego rozbawionej gawiedzi. W pewnej chwili furman odrzuca bat i wyciąga z dna wozu długi drąg. Na grzbiet konia spada ciężki cios, potem drugi, trzeci, czwarty. Zwierzę pada pod potężnym uderzeniem żelaza. Mały Rodia z krzykiem przedziera się przez ciżbę do konika, zarzuca ramiona na jego martwy, skrwawiony łeb i całuje w oczy.

Da Pani wiarę, że ta scena nie dawała Nietzschemu spać po nocach? Niedługo potem widziano w Turynie Nietzschego prowadzonego pod ręce przez dwóch policjantów. Podobno znaleziono piewcę nadczłowieka uczepionego końskiej szyi i z trudem go od niej oderwano. Według relacji świadków podszedł do konia, zarzucił mu ręce na szyję i przywarł twarzą do jego łba.

Gdzie szukać, Pani Beato, prawdy o Raskolnikowie: w zabiciu lichwiarki siekierą czy w całowaniu oczu zakatowanego konia? Gdzie szukać prawdy o Nietzschem: w złorzeczeniu Chrystusowi czy w zarzuceniu rąk na szyję zmęczonej szkapy? Odpowie mi Pani?

ROBERT PAPIESKI