fbpx
HOME
Renata Gorczyńska

Córka Kocurka

Na starość zeszłam na koty. I postąpiłam słusznie, bo cóż kalece ze złamana nogą, która nie chce się zrosnąć, z kolejnego psa.

Kuma-kociara zbeształa mnie za pomysł kupienia rasowego kociaka, gdy tylu biedaków wyczekuje w schroniskach. Ja się jednak uparłam, dybiąc na Scottish Fold, czyli szkockiego zwisłouchego. Ogromnie mnie bawiły ich łebki, wyglądające jak główki sów. A poza tym zwyciężył snobizm.

Kuma nie miała ochoty ustąpić. Natychmiast przywołała sytuację Kota w pustym mieszkaniu. – Czy wiesz, ile taki kot żyje? – zapytała, czyniąc tym przejrzystą aluzję do mojego wieku. Zapewniłam, że w razie mojego zejścia hipotetyczny kot wraz funduszem zapewniającym mu dostatni byt zostanie uwzględniony w testamencie. Nadal była sceptyczna. – A czy ty w ogóle potrafisz zaopiekować się kotem? – nacierała. W tym momencie uzmysłowiłam sobie, że życie reemigranta jest podzielone na dwie nieprzylegające do siebie części. Spędziłam blisko dwadzieścia lat w Ameryce i we Francji i choć nie raz opowiadałam, co mi się tam wydarzyło, mnóstwa faktów z mego życia nie dało się po prostu streścić. Pozostała potężna wyrwa informacyjna.

Otóż dawno temu w Nowym Jorku wżeniłam się w dachówkarza, pardon w European Tabby. Mój mąż, wtedy jeszcze niemąż, był świeżo rozwiedzionym mężczyzną z kotem. A raczej z KOTEM, bo był to zawodnik wagi ciężkiej. Był strasznie żarty, więc z pierwszym brzaskiem zbliżał się do łóżka i wbijał kły w okładkę książki czy pisma. Ten ohydny zgrzyt budził mnie z najgłębszego snu. Jeśli to nie skutkowało, siadał przy twarzy Andrzeja, ale nigdy przy mojej, i pazurem podciągał mu górną powiekę. Obnażone oko ludzkie napotykało świdrujące je żółte ślepia. Kotek, bo tak miał na imię, był bardzo zręcznym okulistą i nigdy nie uszkodził gałki ocznej. Gdy zmusił człowieka do wstania, pędził do kuchni po swoją porcję tuńczyka w sosie.

Fot. R. Gorczyńska

Niektórych ludzi tolerował, innych zdecydowanie nie. Gdy hałaśliwy przyjaciel Andrzeja, Jan T. przyjeżdżał z Bostonu w gości, by uczestniczyć w kolejnym Maratonie Nowojorskim, Kotek, karząc go za postraszenie kiedyś otwartym parasolem, sikał mu do butów, a raz oblał jego neseser ze świńskiej skóry, szykowny przedmiot minionej epoki. Andrzej długo go nie poddawał operacji usunięcia jąderek, bo – jak mówił — nie zrobiłby kotu tego, czego nie zrobiłby sobie. Dopiero pod presją pierwszej żony zawiózł go w końcu do weterynarza. Niewiele to pomogło, bo żona i tak od niego odeszła za radą swojego doradcy psychiatrycznego. Siostrę Andrzeja Kotek znosił, ale gdy któregoś razu zbyt pospiesznie zeskoczył z lodówki, licząc na pełną michę, wyhamował pazurami na jej twarzy, zostawiając krwawe krechy. Andrzej krzyknął, żeby się nie ruszała i pognał po aparat. Tę historię znam ze zdjęcia, bo jeszcze wtedy nie było mnie w ich życiu.

Kotek był wielki, gruby i leniwy, z pasiastym futrem i zwisającym brzuchem. Trzeba go było jednak ujrzeć w akcji, gdy polował na wszelkie owady latające i pełzające, których w Nowym Jorku dostatek. Bez trudu skakał na wysokie sprzęty, najpierw mierząc wzrokiem odległość. Raz dorwał się do olbrzymiego waterbuga i go zżarł, aż chityna trzeszczała. Wyprowadzony na smyczy w Central Parku przeraził się świergotania ptaków i usiłował zakopać mordkę w ziemi. Zabrany do łódki na tamtejszym stawie, wyskoczył z niej i szybkimi ruchy dopłynął do brzegu. Nie nadawał się na pseudopsa, choć w Nowym Jorku widywałam wiele mruczków dumnie kroczących na linewce.

Jakoś by się oswoił z moją obecnością, gdyby nie straszny numer, który mu wykręciłam. A mianowicie kupiłam szczeniaka, nie mogąc żyć bez psów. I stało się. Kotek w furii powiększał swoje rozmiary do wielkości żbika i kładł po sobie uszy. Andrzej próbował mu je prostować, ale raczej nie pomagało. Małolat labradorski nic sobie z tego nie robił i zachęcał Kotka do zabawy. Akurat. Ten ze złości bił labradora po pysku, ale – trzeba mu przyznać – łapą ze wsuniętymi pazurami. Andrzej poprawiał mu humor śmietaną.

Oboje pracowaliśmy, zwłaszcza Andrzej, po prostu pracoholik czy raczej maniak rajzbretu, na którym rozrysowywał kolejne projekty architektoniczne w zespole sławnego I. M. Peia, późniejszego twórcy piramidy w Luwrze. Toteż nieodmiennie wracałam do domu pierwsza, z trwogą myśląc o pozostawionym na pastwę Kotka szczeniaku. Zastawałam mieszkanie w stanie daleko posuniętego chaosu, ale nie była to kocia wina. Poszarpana w kawałki araukaria, ziemia z donicy wbita w dywan, podejrzanie mokre siedzenie fotela, były dziełem labradora. Kot siedział ze stoicką miną na lodówce i czekał, aż otworzą się drzwiczki. Był to dla niego magiczny dźwięk. Resztę olewał.

Kotek żył długo i dzięki psu chyba szczęśliwie, bo oba zbratały się do tego stopnia, że spały na legowisku przytulone grzbietami. Gdy w końcu po bodaj dwudziestu latach cicho zmarł, Andrzej zastał psa liżącego jego nieruchome ciało.

W Nowym Jorku zabrałam się za inne koty. T. S. Eliota. Zachęciła mnie do tego z hukiem zapowiadana premiera musicalu na ich podstawie. Tak się złożyło, że zostałam zaproszona na pokaz premierowy prze bajecznie bogatą damę, której zachciało się zostać wydawczynią. Był jeden warunek: mam się stawić z escort. Czym prędzej zatelefonowałam do Janusza Głowackiego, żeby poratował koleżankę w potrzebie. Bezzwłocznie stawił się w milionerskiej willi nad brzegiem East River. Jego lekko owłosiony tors, połyskujący z rozpiętej prawie do pasa koszuli spotkał się z aprobatą wydawczyni. Jej rolls royce już czekał. Hit londyńskiego West Endu średnio mi się podobał w wykonaniu aktorów Broadwayu. Skutecznie wyparowała zeń poezja.

Eliot bez wątpienia znał się na naturze kociej. Przetłumaczyłam prawie wszystkie wiersze z tego cyklu, ale gdy zabiegałam o ich edycję książkową, zjednując jako ilustratora Andrzeja Dudzińskiego, wyprzedził mnie Staszek Barańczak. Jakżeby nie. On tłumaczył z prędkością światła.

W zabałaganionych archiwach zostały mi kartki z przekładami. Tylko część z nich ogłosiłam drukiem w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, który wówczas redagowałam. Poniższe Koty chyba jednak nie ujrzały światła dziennego. Przywołam je w tym miejscu, choć – jak powszechnie wiadomo – nie reagują na wołanie. Są zbyt wyniosłe.

 

MAKOTENKO I POMIAUKIEWICZ

Makotenko i Pomiaukiewicz, dwa sławetne koty ostre jak bat,

Obaj augusty i komedianty, jeden z nich klaun, a drugi akrobat,

Mieli wiadomą reputację, metę trzymali w dzielnicy grand lux,

Ale to tylko siedziba operacji, bo wszędzie indziej tyż węszyli fuks.

Znano ich w City i w angielskich parkach, tudzież w siedzibach wyższych sfer,

Taka z nich była nie w ciemię bita parka, że aż rozgłosu mieli za trzech.

 

Gdy tylko okno było w półotwarciu,

Gdy suterena była miejscem starcia,

Gdy z dachu spadła dachówka lub dwie,

A dach przepuszczalny okazał się,

Gdy z bieliźniarki pościel wywleczono,

Kiedy tużurek pana bies nakrył ogonem,

Gdy po kolacji pewna pani

Odkryła sztucznych pereł zanik,

Domowy chór wył: „Znów ten kot potwór! To jego dzieło!

Makotenko lub Pomiaukiewicz!” – i na tym stanęło.

 

Makotenko i Pomiaukiewicz mieli niezwykły talent do swad.

Włamywacze, doliniarze, z fachem złodziejskim byli za pan brat.

Mieszkali w dzielnicy grand lux, choć czasami nie mieli na libacje,

Na pozór mili, wdawać się lubili z glinami w konwersacje.

 

To zaledwie fragment ich przygód, bo muszę tu napomknąć o Scottie. Przywiozłam ją w wieku trzech miesięcy z hodowli, gdzie jej ptasiego mleka nie brakowało. Rozejrzała się po domu, lokalizując kuwetę i miseczki. Zaakceptowała. Pierwsze noce spala na oparciu kanapy. Potem zmieniała leże zależnie od nastroju i pory dnia. Dość zamknięta w sobie, osobna. Do dziś protestuje, kiedy chce się ją wziąć na kolana. Upodobała sobie donicę na parapecie, w której śpi albo wygląda przez okno, śledząc mewy i sroki. Bez wątpienia zdaje sobie sprawę, że jest księżniczką z wysokiego rodu. Nieulękła z natury, aprobuje moją skłonność do domowych gadżetów. Upaja się, leżąc przy oczyszczaczu powietrza. Ściga wzrokiem odkurzacz-robot, który samoczynnie pełza po mieszkaniu. Podejrzewam, że wkrótce będzie na nim jeździła, jak to robią koty na YouTubie, bo wręcz lubi jazdę samochodem. Ma niespełna trzy lata i dopiero od niedawna serdecznie wita się na progu. Ostatnio zmieniła taktykę i z milczki zrobiła się mowna. Rozlicznymi miauknięciami wyraża swoją wolę. Język koci, jak wiadomo, przypomina chiński, ale stopniowo go łapię.

Scottie ma liczne nicki, z których jeden lubię najbardziej: Córka Kocurka. Robiła wrażenie zdrowej jak rydz, ale pół roku temu doznała przerażającego ataku. Tylko dzięki niezwłocznej pomocy veta-kardiologa przeżyła. Stwierdzono u niej wrodzoną wadę serca, ujawniającą się około drugiego roku życia. Zapadają na nie zwłaszcza okazy zwisłouche, bo ta cecha jest rezultatem wady genetycznej. Nigdy nie wolno kojarzyć pary Scottish Fold, bo ich miot umiera w ciągu kilku tygodni. Tylko mariaż prostouchego ze zwisłouchym jest dopuszczalny.

Odtąd na Scottie trzeba dmuchać i chuchać oraz wciskać dożywotnio dwie pastylki dziennie. Kto miał chorego kota ten wie, jakie to trudne. Wada Scottie – uprzedził mnie weterynarz – nie rokuje długiego życia.

I teraz się zastanawiam, która z nas zejdzie pierwsza. Jeśli padnie na mnie, nie zostanie sama w pustym mieszkaniu. To jej przyrzekam.

RENATA GORCZYŃSKA