fbpx
HOME
Andrzej Bart

Z ostatniej chwili (Notatki do powieści „Dybuk mniemany”) II

Na drugi dzień, nie był już gościem, a jeżeli nawet był, to takim, który odwiedzał mnie od dawna. Nie usiadł na miejscu, które mu wczoraj wskazałem, tylko chodził po pokoju, dotykał książek, czego nie lubię. „Wkładaj je proszę, tam skąd wyciągnąłeś”, oglądał obrazy i zdjęcia. Sam nawet zrobił sobie kawy, a nawet zapytał czy już piłem.

– To twoi rodzice? Do kogo jesteś bardziej podobny, do mamy czy do ojca? A ten dzieciak to kto? Tak wyglądałeś przy pisaniu Rien ne va plus? Gdybym wiedział, za grosz nie miałbym zaufania. Wściekły jestem, bo gdzieś polubiłem tę książkę…

– Wczoraj, kiedy poszedłeś, odwiedziła mnie przyjaciółka. – Kłamię dla jego dobra.  Nie mogę dopuścić, aby mi wszedł na głowę.

– Niepoprawny kobieciarzu, żona za próg, a ty pozwalasz odwiedzać się pięknym kobietom?

– Rzeczywiście piękna, lecz Bubi jest starsza od ciebie.

– To na pewno mądra, powiedziała coś ciekawego? – W oku jednak błysk zazdrości.

– Dożyła setki i była najwspanialszym cicerone po Łodzi. Przewodników powtarzalnych miałem tylko troje, właśnie ją, Arnolda Mostowicza i ojca. Oprócz tego oczywiście setki ludzi, których zaczepiałem słowem, jeśli tylko czułem, że mieszkali tutaj przed wojną.

– Nie pamiętam, czy ci mówiłem, ale miałem babcię w Łodzi. Zasymilowana od dwóch pokoleń. Moja mama była harcerką, a ojciec nie wierzył w boga, ale często z nim rozmawiał. Jak teraz o tym myślę, to na stare lata jestem taki sam. Nie wierzę, ale jak się dzieje w świecie coś złego, to próbuję boga zawstydzić. Trochę jak dziecko, które niby wie, że lalka nie odpowie, ale pyta i odpowiada za nią. Nie śmiej się, proszę ze mnie.

– Czy zauważyłeś coś w rodzaju uśmiechu?

– No dobrze opowiedz o swojej Bubi, tylko staraj się streszczać, bo chcę dzisiaj trochę nadgonić.

– Matka Bubi, Eufrozyna Zabłocka uciekła z córeczką od bolszewików, mając godzinę na zabranie dobytku. W Łodzi zaczynała od zera, by po dziesięciu latach stać się pierwszą krawcową niemieckiej i żydowskiej plutokracji. Każdego roku jeździła do Paryża, aby na pokazach podpatrywać, co nowego u Jeana Potou i innych wielkich. Potem w hotelu z pamięci rysowała modele, w których już za chwilę miały paradować pierwsze damy miasta. Bubi w tym czasie dorasta, staje się dobrą partią i z mężem Wiktorem wprowadza się do jednego z pięknych domów, które zaczęły powstawać w Polsce po ulgach podatkowych z 1933 roku. Do śmierci obdarzona fenomenalną pamięcią, opowiedziała mi o innym wspaniałym domu, który wybudowali jej znajomi, którzy, jak jej mama, także zaczynali w Łodzi od zera.

– Naprawdę chcesz mi opowiadać o domu? W mieście, w którym, co drugi dom, jak pałac?

– Proszę, skup się na chwilę na kimś, kto nie jest tobą. Jeżeli pani Eufrozyna znała się na najlepszych jedwabiach, to małżeństwo Krotoszyńskich specjalizowało się w resztkach, czyli szmatach, jak się wtedy mówiło. Ich początki, to mała budka na Widzewie, lecz od kiedy dostali wyłączność na resztki materiałów od dwóch wielkich fabryk, zaczęli poważnie zarabiać, rozprowadzając je po kraju. Wtedy jednak żadnego zbytku, mieszkali bardziej niż skromnie, a Amelia Krotoszyńska nigdy nie zamówiła sukni u Eufrozyny, i jeżeli o coś prosiła, to tylko o przeróbki. Wszystkie zarobione pieniądze wkładali w budowę domu marzeń i w tym nie znali umiaru. Projekt został zamówiony u Pawła Lewego, niezwykle uzdolnionego architekta, którego losami interesowałem się zanim jeszcze usłyszałem opowieść Bubi. Windy sprowadzono z Magdeburga, marmury z Szydłowca i wreszcie pani Amelia mogła się cieszyć kuchnią, którą wykończono specjalnie pod jej gust. Co najważniejsze jednak, zamożni łodzianie błyskawicznie wykupili wszystkie mieszkania i zaczęto się wprowadzać. Jedno z nich, na drugim piętrze, zajął profesor Starzyński z Warszawy, który za chwilę miał zostać ordynatorem w szpitalu na Zagajnikowej. Do słonecznej kawalerki wprowadził się Stanisław Weingarten, najbliższy przyjaciel Brunona Schulza, a jednocześnie największy kolekcjoner jego prac. Zbiór, który przechowywał w swoim mieszkaniu, jak mówią, przewyższał wszystko, co z Schulza do dzisiaj udało się zebrać.

– Schulz, to był ktoś. Bardzo chciałbym go poznać. Nie żyje, prawda? – uśmiechał się z wyraźnym zamiarem sprowokowania mnie.

– Nie słyszałem tego pytania. Wybucha wojna i jedna z pierwszych bomb trafia w luksusowy dom, na szczęście nie powodując większych szkód. Do pachnących jeszcze nowością mieszkań wprowadzają się teraz niemieccy dygnitarze. Mieszkają cztery lata i uciekają. Wtedy dom państwa Krotoszyńskich przejmują we władanie pisarze i pisarki, i traktują go jako zdobycz po Niemcach, zapominając o jego prawowitych właścicielach. To tak, jakby wprowadzano ich do Pałacu w Wilanowie zaraz po niemieckich i węgierskich żołnierzach, którzy tam mieli siedzibę, i przeczytalibyśmy potem, że któryś chwali się marmurową wanną po gaulaiterze Schilke, a nie po Janie III Sobieskim.

– A odbieranie zagrabionego? „Może to nie ołtarz Wita Stwosza, ale też uczestniczyłem w reparacjach wojennych”. Mogli tak myśleć?

– Kto wie. Duże wrażenie zrobił na mnie wyczyn mojego potem ulubionego szekspirologa, a wtedy jeszcze młodego poety. Wprowadził się do domu na Bandurskiego jako jeden z pierwszych. Dozorca oprowadził go po wszystkich pięknych mieszkaniach, a on wybrał dla siebie skromne, trzypokojowe, od frontu, na drugim piętrze. I po latach opisał scenę, jeszcze nie szekspirowską, ale na pewno godna tragedii greckiej. Wyobraź to sobie. Ogarnia go nagła wściekłość. Na Niemców oczywiście, bo swoje przeżył. Przeczytam ci kawałek:

„Otworzyłem szeroko okno. Z pokoju sypialnego wychodziło na podwórze. Naprzód wyrzuciłem przez okno jeden z nocnych stolików. Potem zacząłem się mocować z łóżkiem. Było ciężkie, ale dałem mu rady. Wytaskałem materac, potem rozwaliłem ramy i wszystko jak stało wyrzucałem z drugiego piętra na podwórze. Wyrzuciłem jeszcze poduchy, kapy, a na koniec fotografię małżeńską. Zrobiła się noc. W pokoju zawiało mrozem. Zamknąłem okno”.

– Przyznasz, że gniew godny Achillesa, ale też i Rzymian, którzy nie wahali się zrzucić kogo trzeba ze Skały Tarpejskiej.

– No nie wiem. A jeśli to było łóżko profesora? Przecież Niemcy wprowadzając się tam, nie wyrzucili eleganckich mebli.

– Poczekaj, bo teraz do opowieści wkrada się Szekspir, który w przyszłości całkowicie zawładnie autorem. Posłuchaj tego kawałka:

„Jestem nieporządny, ale M. była chyba absolutem nieporządku i domowej anarchii. Nigdy nie sprzątała, nie myła naczyń, nawet sama myła się i czesała dopiero przed spaniem. Każdy z trzech pokoi starczał nam nie dłużej niż na tydzień. Kiedy już nie można było w nim wytrzymać, zamykaliśmy go na klucz i przenosiliśmy się do następnego. Po miesiącu całe mieszkanie z kuchnią było już w stanie zupełnego rozkładu. Przenosiliśmy się wtedy na dzień lub dwa do gościnnych pokoi Czytelnika i przywoływaliśmy Niemki z obozu pracy przymusowej, nie wiem jak to się w końcu nazywało, do sprzątania. Chwaliły to sobie zresztą, bo dostawały parę groszy, coś do zjedzenia i czasem nawet niedopitą butelkę wódki”.

– Czujesz, chyba że kiedy to się rozgrywało, mógł młody poeta nie odczuć dreszczu na plecach. Po latach jednak, kiedy spisywał swoje wspomnienia, i był już panem od Szekspira, na pewno wiedział, że nieświadomie stał się jedną z jego postaci. Zemsta tak wyrafinowana jest godna najlepszego pióra. Ugodzić Niemca sztyletem flejtuchostwa, i to na zimno, bez gniewu, a nawet ze szlachetną wyrozumiałością, to jakby bycie Hamletem, który się nie mazgai…

– I nakazuje spółkować matce z Klaudiuszem, na zawłaszczonym tronie. To dla mnie za brutalne.

– Pokażę ci ten dom… Lubię go dla architektury, ale też prywatnie, od kiedy z Pawłem Śpiewakiem uzgodniliśmy, że mógł być w nim poczęty…

– Moja babcia była niezwykle elegancką kobietą i mogła u pani Eufrozyny zamawiać suknie. To miłe z twojej strony, że o niej wspomniałeś. Nie pytam kim jest Paweł Śpiewak, bo nie chcę się rozpraszać w opowieści.  A więc teraz ty słuchaj, kiedy…

ANDRZEJ BART