W Raju utraconym Adam i Ewa, „nasi pierwsi rodzice”, przyrównani zostają do pary potopowych ocaleńców:
Nie błahych spraw dotyczyła ich prośba,
Ni mniej doniosła była niż ta,
Z którą – jak głoszą baśnie, choć młodsze
Niż ta historia – Deukalion i Pyrra
Przed świętym przybytkiem Temidy stanęli,
Ród ludzki, zatopiony, pragnąc odnowić.
(tłumaczę roboczo; XI, 10-15)
John Milton, jeden z największych i najpilniejszych uczniów Owidiusza, odnalazł tę przypowieść grecką pośród genezyjskich partii Metamorfoz, w których ja – próbując przymierzyć świat współczesny do klasycznych miar (sic, Kubiak) – tkwię obecnie, czego dowodem te zapiski, czasem ściśle z tematem powiązane, kiedy indziej nie; gatunek jednak, którego początki nowożytne dał Michał z Montaigne, nie tylko takie praktyki usprawiedliwia, ale i do nich zachęca… Jak w przypadku Boskiej Komedii, także i tu trzeba carmen perpetuum zaliczać do głównych obok Biblii źródeł poetyckiej i myślowej inspiracji.
W ogóle Milton jest arcy-owidiański. W jego Raju na każdym nieomal kroku czuć obecność rzymskiego poety i w ogóle antycznej tradycji poetyckiej.

Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni usprawiedliwię się, że kiedy z taką lekkością tu czy w innych miejscach stawiam znak równości między Metamorfozami Owidiusza a antykiem, to nie dlatego, że mam na punkcie tego poematu obsesję, ale ponieważ – to nie tylko nośna retoryka! – był on rzeczywiście czymś na kształt „biblii pogan”. Dzieło to wchłonęło całość: od Homera i Hezjoda przez tragików, filozofów i dziejopisów aż po Wergiliusza, właściwie Owidiuszowi współczesnego, a zarazem napisane zostało w taki sposób, iż odnosi się wrażenie, że jego akcja rozgrywa się stale…
Poeta, o czym już pisałem (i nieraz jeszcze napiszę), stał się dla wieków późniejszych olbrzymem (jak o starożytnych miał mawiać Bernard z Chartres) do tego stopnia, że jego autorytet nieomal boski przyćmił rewerencję dla wszystkich innych starożytnych – czy to Cycerona, czy to Wergiliusza, czy to Greków, poznawanych często w przekładach – razem wziętych.
Pewien wybitny intelektualista, z entuzjazmem przyjmując mój skok na Metamorfozy, napisał – jakże trafnie w każdym słowie! – że Owidiusz to „ostatni chyba rzut na taśmę mityczną… requiem! I z niego potem wszyscy…”.
I Milton też. Włącznie z konstrukcją centralnej dla Raju postaci: protagonisty i, co w tym przypadku oznacza to samo, antagonisty.
Szatan, zbuntowany przeciwko tyrańskiej władzy Pana Niebios i za tę postawę surowo ukarany, to alter ego angielskiego poety niepogodzonego z restauracją monarchii Stuartów i dożywającego dni w odosobnieniu; i w piekielnych ciemnościach! (Milton wskutek wieloletniego ślęczenia w księgach stracił wzrok i Raj utracony podyktował w całości córkom).
Ale Szatan to także Likaon – król Arkadii sprzed Potopu, bohater jednej z pierwszych owidiuszowych przypowieści. W obu przypadkach mamy do czynienia z obrazoburcą, który podnosi rękę na najwyższe bóstwo (u Miltona ma ono więcej z Jowisza niż ze starotestamentowego Jahwe); w obu dziełach jesteśmy świadkami kary-przemiany (w węża i w wilka). (Na marginesie: pojedynek poetycki pod hasłem „kto umie naraz lepiej i więcej przemienić?!”, to osobny, cudowny temat…). I tam, i tu wreszcie – jak czujemy – poeta tego buntu w istocie nie potępia(!). A w każdy razie: stwarza przestrzeń dla… zrozumienia. Ilekroć mówi się w Metamorfozach czy Raju utraconym o „bezbożnym” czynie czy „haniebnym” występku, to odnosimy wrażenie, że słowa te wypowiadane są bez przekonania…
Stąd też prawdziwie olśniewające są te partie Raju, które poświęcone zostały Szatanowi właśnie, tj. pierwsze i ostatnie księgi, a nie Bogu, Synowi Bożemu, archaniołom czy Adamowi i Ewie – choć oczywiście cały poemat zasługuje na podziw. Jednak, o ile równie malownicze Piekło Dantego nie pozostawia złudzeń co do chrześcijańskiego światopoglądu autora, o tyle Milton – ojciec duchowy romantyków, mistyków, metafizyków i egzystencjalistów (i dlatego nie możemy o tej jego dwuznaczności zapominać) – ma do Szatana stosunek ambiwalentny. Nie chodzi wcale o litość; poeta rozumie postawę tego buntownika: czyż Bóg-Wróg (Foe) nie jest po prostu tyranem? (Sole reigning holds the Tyranny of Heav’n, I, 124). Niesłusznie jednak, myślę, uważa się Milton za krypto-satanistę. Nie trzeba też szukać w nim neopoganina, choć nie mam wątpliwości, że wielu pobożnych chrześcijan łapało się za głowy, czytając wersy, w których sprawy biblijne przeplecione zostały z grecko-rzymskimi w tak bezceremonialny sposób! I w których świat antycznych kontekstów służy wcale nie literackiemu zdobnictwu…
Ale Milton jest w pełni oryginalny. Jego Szatan jest figurą głęboko tragiczną (w tym sensie, jaki terminowi „tragizm” nadawali Ajschylos, Sofokles i Eurypides, potem Szekspir) i zapowiada już człowieka zupełnie nowoczesnego. I zupełnie nowoczesne pytanie: „Co, jeśli buntuję się tylko przeciwko nicości?”.
Milton idzie dalej niż Dante Alighieri – w sensie tak egzystencjalnym, jak i obcowania z surowcem grecko-rzymskim: nie stara się godzić antyku z chrześcijaństwem; w Raju utraconym jakby pęka ono w szwach i antyk wyłazi tam wszędzie na wierzch, i pulsuje, i daje znak, że żyje…
Światy Księgi Rodzaju i Metamorfoz zdają się tu koegzystować: Bóg i Olimpijczycy poruszają się jakby w tym samym wszechświecie, współtworzą go i współdefiniują, rządzą nimi te same prawa fizyki; aniołowie i pomniejsze bóstwa pogańskie krzątają się podobnie i w podobnych sprawach, Gabriel i Michał są tak samo „realni” jak Jutrzenka czy Ocean. Oczywiście, nasza uwaga kierowana jest tu na sprawy i postacie biblijne, ale jednak… Kiedy poeta mówi, że „Bóg i Natura chcą tego samego” (God and Nature bids the same; VI, 176), to puszcza oko do czytelników Owidiusza, którzy pamiętają z Metamorfoz, że „ten spór rozstrzygnęli bóg i potężniejsza natura” (Hanc deus et melior litem natura diremit, I, 21).
Cóż to wszystko znaczy?
Milton jakby mówi (co jest nieprawdą, ale uzasadnia dobrze poetykę dzieła): „Niestety, ale nie potrafię (a może nie chcę) opisać świata chrześcijańskich wyobrażeń bez odniesień do antyku pogan!”.
A może nie jest to nieprawdą? Może chrześcijaństwo, będące przecież niewątpliwe konglomeratem tego, co greckie, tego, co rzymskie, i tego, co żydowskie, nie jest bytem możliwym do pomyślenia, a co dopiero pochwycenia piórem, bez całej pogańskiej czarnej materii?
Cóż, wiele było powodów, dla których Kościół Katolicki uwzględnił Raj utracony w Indeksie Ksiąg Zakazanych.
Plątanina tradycji i plątanina przekazów.
Milton wchłania opowieści biblijne i pogańskie, i robi z nich własną. Tak samo działał przecież Owidiusz w Metamorfozach (a wcześniej Homer w Iliadzie i Odysei): jego podania o „początkach” (nie tylko) mają wszak wiele źródeł, tak rzymskich jak greckich (pośrednio także wschodnich), a te nieraz są ze sobą sprzeczne i jawnie się wykluczają. Jedynie kunszt poetycki autora, magiczny woal, który nad nami rozsnuwa, pozwala nam wierzyć, że owa opowieść prowadzona „od początku świata aż po nasze czasu” jest spójna i logiczna.
Nie jest. Ale też: czy cokolwiek na tym świecie – jest?
JACEK HAJDUK