HOME
Jan Zieliński

Spod powieki (R)

Sobota, 10 stycznia

Anna Piwkowska wspomina nieborowskie spotkania z Tadeuszem Mazowieckim: „Nazywaliśmy go Naszym Smokiem, bo był powolny, charyzmatyczny i jak smok tajemniczy. A także baśniowy. Chodziło chyba o skrzydła, które wtedy ukrywał, stulone. Miał je rozwinąć 12 września 1989 roku, gdy powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego”. Ciekawy koncept tych anielskich skrzydeł; ich nagłe rozprostowywanie, związany z tym wysiłek, może tłumaczyć zasłabnięcie świeżo mianowanego premiera na sejmowej trybunie.

 

*

W „NZZ” (z 6 stycznia) Jan Koneffke zachwyca się niemieckim przekładem powieści Zyty Rudzkiej Ten się śmieje, kto ma zęby, tajemnicy sukcesu tej książki dopatrując się przede wszystkim w barwnym, soczystym i dowcipnym języku narratorki. Umieszczony w tytule recenzji charakterystyczny cytat z powieści mówi sam za siebie: „Sie haben meinen Mann also gut gekannt? Marginal oder vaginal?”. Książka, w przekładzie Lisy Palmes, ukazała się nakładem Friedenauer Presse.

 

*

Wieczorem Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino. Dwa małe polonica: operatorem był Andrzej Sekuła z Wrocławia; w opowieści o wojnie w Wietnamie pojawia się żołnierz nazwiskiem Winocki – to hołd dla jednego z ulubionych reżyserów Tarantina, Howarda Hawksa, w którego Air Force (1943) występuje sierżant Joe Winocki.

Mamy wrażenie, że przez te trzydzieści lat film wcale się nie zestarzał. Maria narzeka, że przegadany, ale przecież dopiero w dialogach wychodzi na jaw cała siatka aluzji i skojarzeń kulturowych. Ja oglądałem, jakby to był pierwszy raz. Potem zacząłem sobie przypominać, czy mogłem go widzieć, i wyszło mi na to, że chyba rzeczywiście pierwszy. W 1994 byłem młodym dyplomatą w Bernie i nie chodziłem na takie filmy.

 

Poniedziałek, 12 stycznia

Już sam doczytuję antologię Opowiedz zwierzę. Spod powieki wyłapuję u Mirosława Welza (z zawodu docenta weterynarii) w wierszu Sarna: „Na poboczu drogi / W otwartych oczach / Znieruchomiały / Ciekawość i strach”. Jest też wiersz W oczach koni: „W oczach koni wiezionych na rzeź / Nie było strachu / Tylko ból obijanych zadów / Zranionych pęcin […]”. Zaś Bio Julii Fiedorczuk, o utożsamianiu się z rybą, kończy się takim obrazem: „Mam pokusę morza / W zielonych tęczówkach”.

 

Wtorek, 13 stycznia

Ostatnia lektura. W suwalskich „Kronikach” (2025 nr 4) z okazji sto piętnastej rocznicy śmierci Konopnickiej informacja o okolicznościach tego zdarzenia, oparta głównie na cytacie z Notatnika Marii Dulębianki: „«Daj mi te książki od Lewickiej [Anna Lewicka, autorka książek dla dzieci], będę czytać, a ty idź się połóż, posłuchaj mnie…». To były ostatnie jej słowa, do mnie zwrócone. Podałam jej obydwie książki: Chylewskiej Listy do p. Boga: [spowiedź grzecznej dziewczynki, Lwów 1908] i Pamiętnik pchły [i inne ucieszne historie, Brody 1908]. Wzięła tę drugą na kolana i zabrała się do czytania… A za małą chwilę usłyszałam jakieś niezrozumiałe słowa (żądała eteru) i prawie równocześnie krzyk (maserki [masażystki])”.

Miałem kiedyś pomysł, już go nie zrealizuję, zebrania i przeanalizowania ostatnich lektur – znanych ludzi, ale też zwykłych śmiertelników (myślałem o jakiejś ankiecie z udziałem przedsiębiorców pogrzebowych). Jaką książkę ludzie wybierają do czytania, szykując się na śmierć, albo jaka przypadkiem/nie przypadkiem wpada im w ręce. Mogę nawet sprecyzować, kiedy narodził się ten pomysł: gdy w niemieckim tygodniku (mieszkałem wtedy w Stuttgarcie) przeczytałem, jaka książka leżała przy łóżku niemieckiego polityka Uwego Barschela, którego zwłoki znaleziono w wannie w genewskim hotelu w październiku 1987 roku. Były to, o ile pamiętam, opowiadania Camusa; przyczyna śmierci (oficjalnie: samobójstwo) do dziś nie jest do końca przekonująco wyjaśniona.

Wracam do ostatniej lektury Konopnickiej. Sięgam do źródła, z którego zacytowano fragment notatnika Dulębianki (w opracowaniu Aleksandry Sikorskiej-Krystek). I za chwilę już czytam książkę, sygnowaną pseudonimem Klewe, której tytuł brzmi: Z pamiętnika pchły i inne ucieszne historie (Lwów 1908). Jest to zbiór humoresek Klemensa Weitza, humorysty i felietonisty lwowskiego „Słowa Polskiego”. Teksty bardzo nierówne, od żenująco głupich (cykl o służącej Magdzie) po ambitniejsze. Z punktu widzenia konstelacji Konopnicka – Dulębianka na uwagę zasługują humoreski Po wiecu kobiet oraz Wiec mężczyzn. Natomiast w ostatnim tekście tomu, w cyklu Listy reportera z podróży koleją po Galicji, warto zwrócić uwagę na zdanie: „Na wszystkich stacjach wsiadają nowi pasażerowie z tobołkami i koszami, bo letnicy tak straszne uciekają, jak publiczność premierowa Dobrodzieja złodziei” (s. 177). Dlaczego? Dlatego, że ten tekst, opatrzony datą powstania 27 sierpnia 1907, odnosi się do lwowskiej premiery (15 maja 1906) sztuki pod tym tytułem, której głównym autorem był Karol Irzykowski.

Innym powodem, dla którego warto zajrzeć do tego tomu, są humorystyczne winiety Kazimierza Sichulskiego. Nie wspomina o nich Danuta Muszanka w swej monografii Karykatury Kazimierza Sichulskiego (Wrocław, Ossolineum, 1970). Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na portrecik mędrca z rozwichrzoną czupryną, siedzącego jak Diogenes obok butli, z której wylewa się struga atramentu – postać przypomina karykaturę Witkiewicza-ojca z cyklu III karykatur (u Muszanki il. 80).

 

Kazimierz Sichulski, Karykatura Stanisława Witkiewicza [?]

 

Klemens Weitz był lwowskim prawnikiem i literatem. Oprócz wspomnianego „pamiętnika pchły” wydał kilka zeszytów Monologów, z których na przypis w historii polskiego sonetu zasłuży może kiedyś humoreska Pan Sonetowicz (zeszyt szósty). Jest też autorem kilku sztuk, z których największym powodzeniem cieszyły się bodaj: niemiecka Die Befreier (o wkroczeniu Rosjan do Lwowa w czasie I wojny) oraz polska Złodziej milionów. W roku 1911 był jednym z założycieli lwowskiego kabaretu Ul, w którym prócz niego działali m.in. Jerzy Bandrowski, Kornel Makuszyński oraz Henryk Zbierzchowski (skądinąd autor Piosenki o teściowej i pchle) [1].

Ale miało być o ostatniej lekturze Konopnickiej. Otóż, wedle przyjaciółki, „za małą chwilę” po rozpoczęciu czytania zażądała ona eteru, a po otrzymaniu zastrzyku umarła. Można zatem domniemywać, że z całego tomu humoresek poetka zdążyła co najwyżej przeczytać pierwszą, zatytułowaną Z pamiętnika pchły (Na podstawie mozolnie zebranych materiałów). Narratorką jest tu tytułowa pchła, która opowiada swe wędrówki po ciałach kolejnych żywicieli, od pięknej hrabiny („usiadłam na bajecznej koronce koszuli lekko falującej w miarę jej oddechu i huśtałam się tak rozkosznie, że każdy mężczyzna na moim miejscu skonałby z zachwytu”), przez pokojówkę („Znowu prosta krew, choć zdrowa na żołądek”), synalka pani hrabiny („Krew nawet niezła, ale jakoś straszne głupia. Z niego będzie kiedyś tęgi dyplomata”), bonę dla dzieci hrabiów, starego hrabiego („krew wprawdzie niebieska, ale jakaś dziwna w smaku. Uczułam mdłości i jakby zatrucie jakimś metalem, coś jakby rtęcią”), córeczkę hrabiego („Z panną wszystko można robić, tylko trzeba wiedzieć kiedy. Gdy czytała romans lub wiersze, mogłam ją gryźć, ile chciałam”), młodego porucznika, wyperfumowaną panią, grubą masażystkę, roztargnionego profesora („Gdym go pierwszy raz ukąsiła, aby skosztować czy warto będzie zatrzymać się tu dłużej, zaczął do mnie rozmawiać jakimś uczonym językiem, którego nie rozumiałam”), posła do Rady Państwa, po kasjerkę z kawiarni, która wszakże wieczorem lądowała w separatce, gdzie różni panowie pomagali jej szukać pchły. Pchle było u kasjerki dobrze, dopóki krew dawczyni nie zaczęła się psuć. Skończyła się praca w kawiarni, kobieta trafiła do szpitala. Finał: „Moja pani wyglądała coraz gorzej, a ja chciałabym przedostać się z niej na innego człowieka, ale nie miałam już sił. Nogi mi zdrętwiały, cała jestem chora, jakby zatruta. Dlatego oczekuję tu śmierci ze spokojem i spisuję moje pamiętniki dla potomności. Nie jem i nie mam apetytu, przeklinam ludzkie plemię, które nie jest godne, aby żywiło swoją krwią paskudną, taką porządną, jak ja, pchłę”.

To były prawdopodobnie ostatnie słowa, jakie w swym życiu przeczytała Maria Konopnicka. Świat z punktu widzenia umierającej pchły. Był październik roku 1910. Pięć lat później ukaże się opowiadanie, którego bohater, Gregor Samsa, budzi się przeobrażony w wielkiego robala. Mniej więcej w tym samym czasie dokonuje się przemiana Jakuba (ojca narratora) w karakona, opisana w prozie Brunona Schulza (ojciec pisarza zmarł w roku 1915). Ostatnie lektury starego świata łączą się z pierwszymi obsesjami nowoczesności. Czy lepiej zasnąć jako pchła, czy obudzić się jako karaluch?

 

Piątek, 16 stycznia

„Wiesz – mówię do M. – Żydzi w Zurychu obwiązali sznurem siedem dzielnic na wysokości ponad czterech metrów i uznali, że to jest jedno podwórko, po którym można swobodnie się przemieszczać w szabas”. „Kiedy to było?”. „Jak to, kiedy?”. „W wiekach średnich?”. „Nie teraz, w tym tygodniu. Cała prasa szwajcarska o tym pisze, w tym duchu, że ortodoksyjni Żydzi w Zurychu zyskali więcej wolności. Dobrze to ujął «Tages-Anzeiger», pisząc: «Drut daje ortodoksyjnym Żydom swobodę ruchu». Talmud zawiera cały traktat (Eruw, czyli „zmieszania”), poświęcony sposobom omijania świątecznego zakazu. W przedwojennej Warszawie też był taki drut.

 

Czwartek, 22 stycznia

W „Wyborczej” wywiad z Jimem Jarmuschem, który dziś kończy 73 lata: „Półtora roku temu zdarzyła mi się dziwna rzecz. Zacząłem widzieć świat w jaśniejszych i wyrazistszych kolorach. Dosłownie, zero metafory, jakbym ciągle był na psylocybinie. Niegdyś najbardziej lubiłem różne odcienie niebieskiego. Teraz – czerwony. Poszedłem do okulisty, ale odesłał mnie do neurologa. Pewnie będę musiał odbyć tę wizytę. Ale póki co cieszę się tym zjawiskiem”.

Perspektywa widzenia świata w odcieniach czerwieni mniej mi się uśmiecha, ale póki mogę czytać, nie narzekam, tylko uważnie obserwuję (spod powieki) wszelkie zmiany. W poniedziałek kolejne badanie – pole widzenia.

 

Piątek, 23 stycznia

Książeczka Listy jako wyzwanie dla edytora (red. Janusz S. Gruchała, Kraków, Avalon, 2019). Dwa miejsca poruszyły mnie szczególnie. Justyna Wysocka w artykule o losach spuścizny Bednarczyków opisuje kolejne stacje–miejsca, w których Krystyna Bednarczykowa po śmierci męża próbowała umieścić w kraju archiwa londyńskiej Oficyny Poetów i Malarzy. Rozważano Lublin, Poznań, Toruń, Sandomierz, wreszcie Kraków, gdzie w końcu, w roku 2012, powstała Pracownia-Archiwum Oficyny Poetów i Malarzy. Omawiając tło tej decyzji autorka pisze:

„Dużą rolę odegrała również – jak można sądzić – historia budynku Wydziału Polonistyki, w którym mieściła się w XV wieku Drukarnia Łazarzowa” (s. 16).

Rzeczywiście, pamiętając pasję, z jaką Bednarczykowie podchodzili do swej pracy na ręcznej prasie drukarskiej w arkadzie wiaduktu koło stacji Waterloo, chętnie wierzę, że mógł to być decydujący argument: niech nasza prasa i nasz dorobek staną tam, gdzie w XVI wieku drukowano pierwsze zbiorowe wydanie poezji Kochanowskiego.

A drugie miejsce to fragment listu Zbigniewa Bieńkowskiego do Bednarczyków: „Słyszałem (od Wacka Iwaniuka), że zamierzacie się przenieść do Kanady? Sprawa Hiszpanii chyba nie jest realna, jak Pan myśli. Napiszę jeszcze do pana Floriana Śmiei. Hiszpania to takie niemożliwe marzenie. Teraz jest jedyna chwila w naszym życiu, by się przyśniła na jawie. Ale jak?” (s. 131). Ten list z kolei wiąże się z wcześniejszymi planami wyniesienia się z Anglii. Nie było jeszcze mowy o powrocie do Polski, rozważano różne koncepcje, od Kanady, przez Włochy (jakiś XVII-wieczny budynek poklasztorny między Florencją a Sieną), po Hiszpanię. Dodatkowego posmaku listowi Bieńkowskiego dodaje to, że powstał w marcu 1968 roku, w czasie nagłych wyjazdów wielu polskich intelektualistów (Bieńkowski był wówczas na stypendium na Zachodzie). Tak historia Oficyny Poetów i Malarzy splata się z wielką historią.

 

Niedziela, 25 stycznia

Chodząc po Lasach Młochowskich późną jesienią zwracam zawsze uwagę na galasówki na opadłych liściach dębu, trochę, ponieważ pięknie kontrastują barwą z otoczeniem, ale przede wszystkim dlatego, że dawniej wytwarzano z nich atrament. Dziś w „Wyborczej” czytam rozmowę z Małgosią Turzańską, która projektowała kostiumy do filmu Hamnet i otrzymała za to nominację do Oscara: „[…] William ma zawsze palce i strój pobrudzony atramentem. Udało mi się nawet znaleźć ten sam atrament, którego używał Szekspir! On go własnoręcznie wytwarzał, ale teraz można kupić repliki, robione na podstawie tej samej receptury. To mikstura robiona z narośli na dębie zmieszanych z zardzewiałymi gwoździami, z której powstaje ciemnoszary atrament. Szarości w stroju Willa są inspirowane właśnie tym konkretnym kolorem atramentu, tym, którego naprawdę używał”.

 

Poniedziałek, 26 stycznia

Dziś dzień okulistyczny. Najpierw perymetria, czyli badanie pola widzenia. Pytam o wynik: „Pan widzi inaczej”. (Jakoś mnie to nie dziwi). Specjalista ogląda wszystkie wyniki i stwierdza stanowczo: to nie jest sprawa okulistyczna, tylko neurologiczna; radzi przebadanie w szpitalu na Sobieskiego.

 

*

A tymczasem w Zurychu dzisiejszej nocy wielki pożar w Lindenhof, w siedzibie loży wolnomularskiej „Modesta cum Libertate”. Poszkodowani wiążą to zdarzenie z niedawną zagorzałą dyskusją wokół masonerii, wywołaną przez artykuł-wideo Rogera Köppela, redaktora naczelnego tygodnika „Weltwoche”, w której padały zarzuty uprawiania satanizmu; podejrzewają rozmyślne podpalenie. Podobno z siedziby loży zginęły ceremonialne laski i inne przedmioty.

 

Wtorek, 27 stycznia

Z okazji rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” publikuje dziś wstrząsające świadectwo – słowo „reportaż” jest tu zbyt prozaiczne – Józefa Mackiewicza Ponary – „Baza”. Ogłoszony w roku 1945 na emigracji, w „Orle Białym”, potem w tomie Fakty, przyroda, ludzie (Londyn 1984), tekst ten przedstawiony jest w komentarzu redakcyjnym jako opowiadanie, które w Polsce uchodzi „za najwyrazistszy literacki opis Zagłady”. Zgoda, co do oceny, dla mnie osobiście to jest jeden z najważniejszych tekstów Mackiewicza, aczkolwiek obawiam się, że w Polsce nie należy do rzeczy powszechnie znanych i czytanych. Przekład niemiecki ukazał się wcześniej w roku 1994 w specjalistycznym piśmie „Dachauer Hefte”, poświęconym tematyce Zagłady (nr 10, o sprawcach i ofiarach). Tłumaczył Gerhard Gnauck; dzisiejszy przedruk został przez niego ponownie przejrzany.

Zacząłem czytać wraz z oryginałem i tłumaczenie robi dobre wrażenie. Zatrzymałem się jednak przy wzmiance o Mickiewiczu: „Die Höhen von Ponary […] sind bekannt durch ein Gedicht von Mickiewicz […]”. W oryginale mowa o tym, że Góry Ponarskie znane są „z poematu Mickiewicza”. Słowa „durch ein Gedicht” znaczą raczej „z pewnego wiersza”. Owszem, „Gedicht” to i wiersz i poemat, ale przedimek nieokreślony wskazuje, że mowa tu o jakimś wierszu, jednym z wielu. Tymczasem Mackiewicz miał niewątpliwie na myśli Pana Tadeusza, ten fragment na początku czwartej księgi, gdzie mowa o Giedyminie, który „na Ponarskiej górze, / Przy ognisku myśliwskim, na niedźwiedziej skórze, / Leżał, słuchając pieśni mądrego Lizdejki”, a to przecież mit założycielski Wilna i całej Litwy. W przekładzie powinien zatem być przedimek określony i rzeczownik „Epos”. Drobny ten przykład pokazuje, jak gęsta jest proza Mackiewicza, wymownie świadczy o jej podskórnej intertekstualności.

 

*

A wieczorem, w tym dniu pamięci o ofiarach Holokaustu, film Quentina Tarantino Inglourious Basterds (Bękarty wojny, 2009). Nie sposób, oczywiście, rozumieć go wprost, jako rzeczy o II wojnie światowej. Raczej jako brawurowo (zwłaszcza przez Christopha Waltza) zagraną opowieść „meta”, film nakręcony na kanwie innych filmów, w opozycji do nich, narrację z drugiego albo trzeciego piętra filmowych opowieści. A przy tym – żeby nawiązać do tytułu numeru specjalnego „Dachauer Hefte” – jako film o spektakularnym odwróceniu ról ofiar i sprawców. Mam wrażenie, że Tarantino świadomie dotyka tu mitu założycielskiego państwa Izrael: do chęci pokazania światu, że Żydzi świetnie sobie radzą nie tylko w tradycyjnie wykonywanych zawodach, ale także jako, na przykład, rolnicy, a przede wszystkim jako żołnierze – u niego stający się wręcz mścicielami, zdolnymi do aktów okrucieństwa (skalpowanie trupów, wyrzynanie jeńcom swastyk na czole).

I jeszcze jedno: to jest też film o języku – jako znaku przynależności bądź obcości. Tu jeszcze raz trzeba wymienić nazwisko Christopha Waltza, podkreślić jego wirtuozerię w operowaniu różnymi językami – niemieckim, francuskim, angielskim i amerykańskim, włoskim – wręcz lubowanie się w tym narzędziu porozumienia i wykluczenia.

 

Czwartek, 29 stycznia

„W każdym śmiertelnym inaczej błyszczy oko przy atutowym asie, inaczej ściągają się usta przy sześciu atutach, czoło się rozjaśnia albo się zachmurza, stosownie, jak dostaje dobre lub złe karty. Są zaiste zręczni gracze, którzy twarz wesołą okazują właśnie wtedy, gdy złe karty mają, i na odwrót. Dla bystrego postrzegacza takie podstępy wojenne są jasną pochodnią. Przekonany, że oczy są zwierciadłem duszy, i że nerwy oczne, dla sąsiedztwa swego z mózgiem, przyjemnym lub nieprzyjemnym wrażeniom oprzeć się nie mogą, chwyta na twarzy gracza chwilowe pojawy uczuć wewnętrznych i po dwóch robrach zna już swego przeciwnika wybornie” [2].

 

Piątek, 30 stycznia

 

Trza w blank starym zygarze poprzeglōndać koła;

Gwichty i fedry bajtla krwiōm niych kery maźnie;

Niych wybijŏ godzny, dni, lata wyraźnie.

Prziniyście go, postŏwcie… I jak? wszysko działo?” [3]

 

To po śląsku. Słowa Szatana, opis starego zegara, który ma wybić ostatnią godzinę XVIII wieku w Przygotowaniu (Przirychtōnek) do pierwszego aktu Kordiana. Przypomnę oryginał Słowackiego:

 

Obejrzeć trzeba koła w wiekowym zegarze,

Krwią dziecięcia namaścić gwichty i sprężyny;

Niech nam bije wyraźnie lata, dnie, godziny.

Przynieście go, postawcie… Co? Czy nie zepsuty?

 

Ta zwrotka świetnie się nadaje, żeby pokazać, na czym polega translatorskie osiągnięcie Mirosława Synawy. Nie poszedł on pozornie łatwą ścieżką, często obieraną przez tłumaczy poezji w przypadku języków gramatycznie podobnych, pokrewnych. Nie dał się skusić złudnym niekiedy podobieństwem słów w pozycji rymowej, tylko wywraca strofę Słowackiego na nice, dobierając w pary zupełnie inne słowa.

Pozostaje czekać, aż jakiś śląski teatr zdecyduje się na wystawienie tego ześląszczonego Kordiana. Czekając na premierę – słucham, jak moja Rybniczanka czyta na głos poszczególne fragmenty, wybuchając raz po raz serdecznym śmiechem.  „Jak ta Heksa mówi! «Z włosów czesanych / Iskry się sujōm». Świetne! A potem Szatan: «Ej, ty tam, hekso! już biyła godzina?». A ona pyta: «Kerō?». Kapitalne!”. Brawa dla tłumacza i dla wydawnictwa.

 

Sobota, 31 stycznia

W milanowskiej willi Waleria na wystawie rzeźb Antoniego Rząsy [4], które, widać, dobrze się tu czują, w otoczeniu prac starszego kolegi po dłucie, Jana Szczepkowskiego, choć przecież wiele obu artystów różni w technice, podejściu do materiału, tematyce. Obaj, acz w różnym czasie, przeszli przez Szkołę Przemysłu Drzewnego w Zakopanem.

Rzeźby Rząsy budziły i budzą kontrowersje – jednych razi „religianctwo”, inni dopatrują się bluźnierstwa. W moim odczuciu Antoni Rząsa – niezależnie od czynionych w różnych okresach własnych wyznań na temat wiary i stosunku do Kościoła katolickiego – uprawiał sztukę głęboko religijną. Miał dar syntetycznego skrótu, który przemawia do widza silniej od słownych deklaracji. Weźmy na przykład rzeźbę Chrystus – Dwa Serca (1963). Czyż zastąpienie dłoni gorejącymi sercami nie jest świetną poglądową ilustracją najważniejszego przesłania chrześcijaństwa o miłowaniu, przypomnieniem, że miłość należy czynić?

 

Jan Zieliński, „Ręce gorejące. Impresja z wystawy Rząsy”. Milanówek 2026

 

W jednym z wywiadów Rząsa wspominał, jak z początkiem wojny polski oficer zostawił w jego domu rodzinnym pięknie wydaną książkę Kim jesteśmy, skąd pochodzimy, dokąd dążymy?. To tetralogia (jest w niej jeszcze część pt. Gdzie jesteśmy?) pod łącznym tytułem Tajemnica bytu, wydana po polsku w roku 1925 przez Księgarnię Św. Wojciecha. Napisał ją ksiądz Théophile Moreux, matematyk astronom (zaprzyjaźniony z Flammarionem), zręczny popularyzator nauki. Mając w pamięci, że taka była lektura formująca Rząsy, innym okiem spojrzymy na rzeźbę Ziemita (1967). Intryguje androginiczność przedstawionej postaci. Wprawdzie w opisie w Galerii Antoniego Rząsy czytamy: „[…] widziałem tak piękną oryginalną kobietę, nie mogłem oczu oderwać, chyba niepokoił ją mój wzrok bez przerwy poprawiała sobie fryzurę przepasaną chustą, dużo bym dał abym mógł długo na nią patrzeć, była wysoka rysy twarzy rzeźbiarskie i tyle miały w sobie szlachetności powagi i jakiejś nieziemskiej kobiecości”, co więcej, rzeźba ma wyraźnie wypukły brzuch, jakby postać była w ciąży, ale przecież Chrystus u słupa Rząsy też ma wypięty brzuch. Tytuł rzeźby, przez skojarzenie ze słowem „kosmita”, prosi się o odmianę męską, „ten ziemita”, a długie włosy, smutne oczy i frasobliwe pochylenie twarzy przywodzą na myśl chrystusowe postacie tego artysty. Ziemita to jakby XX-wieczny komentarz plastyczny do średniowiecznych dyskusji o płci aniołów.

 

*

W „NZZ” na całą stronę artykuł Marty Kijowskiej o Stefanie Chwinie, zatytułowany Kontynent Gdańsk. Autorka przypomina znane w Niemczech dawniejsze powieści Chwina: Krótką historię pewnego żartu, Hanemanna (tu znanego pod tytułem Tod in Danzig), Esther (tu: Die Gouvernante), Złoty Pelikan, po czym omawia krótko późniejsze, dotąd nie przetłumaczone (Dolina Radości, Panna Ferbelin, Srebrzysko).

Marta Kijowska wskazuje na biograficzne komplikacje i ambiwalencje: pisze o katolickim dzieciństwie w komunistycznej Polsce, które przekornie wzbudziło w autorze zainteresowanie protestantyzmem, o młodości, krytycznej zarówno wobec komunizmu, jak i narodowo-katolickiej opozycji antykomunistycznej. Niemieckojęzycznych czytelników Chwina Kijowska informuje, że w Polsce jest on znany nie tylko jako prozaik, ale także jako historyk literatury i publicysta, a bywa także rysownikiem (ilustracje do napisanych wspólnie z żoną, poetką Krystyną Lars, powieści fantasy, wydanych pod pseudonimem Max Lars).

Najważniejsza część eseju Kijowskiej dotyczy ewolucji stosunku Chwina do niemieckości i kultury niemieckiej. Do początkowego dystansu do rodzinnego miasta, wynikającego z faktu, że rodzina pochodziła z Wilna (ojciec) i Warszawy (matka i babka), do rosnącego poczucia, że mieszka w mieście, które kiedyś należało do innej kultury, dochodziło ciągłe natykanie się na przedmioty opatrzone nazwami niemieckich firm. Z czasem negatywne emocje przerodziły się w ciekawość i empatię. Momentem przełomowym było natknięcie się w piwnicy na kolekcję niemieckich książek, czasopism i albumów ze zdjęciami. Było to jak odkrycie nowego, nieznanego kontynentu.

 

Niedziela, 1 lutego

Późnym popołudniem na oczku wodnym widzę dużą czaplę. Stoi nieruchomo, zrezygnowana. Zdaje się, że przy kilkunastu stopniach mrozu zamarzł całkowicie otwór, którym dostaje się tlen. Kiedy robię jej zdjęcie, odlatuje powoli na trawnik i stoi tam jak Szymon Słupnik. Czasem tylko spojrzy na mnie z wyrzutem. Dziś już za późno, ale jutro będę chyba musiał wyrąbać przerębel.

A wieczorem niespodziewanie dobry film hiszpański o powikłanych ścieżkach Pańskich (Los renglones torcidos de Dios, 2022). Powikłana, zaskakująca narracja o kobiecie, która trafia do szpitala psychiatrycznego, ale przekonująco dowodzi, że jest zdrowa na umyśle, tylko ma za zadanie wyjaśnić rzekome samobójstwo, do jakiego doszło w tym zakładzie. Rzecz, oparta na powieści Torcuato Luca de Tena pod tym samym tytułem z roku 1979, dzieje się w okresie rozliczeń po śmierci Franco, które objęły także psychiatrię. W sam raz do obejrzenia przed jutrzejszą wyprawą do szpitala neurologicznego i psychiatrycznego na Sobieskiego.

 

Poniedziałek, 2 lutego

Na Sobieskiego po przebadaniu uznano, że nie ma konieczności przyjęcia mnie w trybie nagłym, wystarczy przyjęcie planowe, czyli praktycznie zapewne w maju.

 

*

Afera teozofów Tomasza Kroka. Tę książkę przeczytałem jesienią, ale jakoś nie było okazji napisać, a rzecz jest godna uwagi z wielu powodów. To monografia, dotycząca siatki szpiegowskiej, zorganizowanej w powojennej Polsce przez przysłanego z Londynu majora Andrzeja Czaykowskiego, który zapłacił za to głową. Główna osobliwość tej sprawy wynika z tego, że Czaykowski, już przed wojną obracający się rodzinnie w kręgach teozoficznych, siatkę swą zbudował głównie dzięki kontaktom w tym środowisku. Nie była to przy tym prywata: taki kierunek działania miał aprobatę, wręcz, można powiedzieć, błogosławieństwo generała Michała Tokarzewskiego-Karaszkiewicza, wybitnego masona i teozofa, kapłana Liberalnego Kościoła Katolickiego.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że zamieszana w nią była zafascynowana teozofią Nina Andrycz, prywatnie żona Cyrankiewicza (natknąłem się na ten wątek, próbując zbadać biografię malarki Leny Cygańskiej-Walickiej, zaprzyjaźnionej z Andrycz od czasu okupacji). Andrycz uważała się za uczennicę „Mistrza z Komorowa”, astrologa i ezoteryka Roberta Waltera, który w latach pięćdziesiątych trafił na dwa lata do więzienia śledczego na Mokotowie. Co więcej, członkinią siatki szpiegowskiej była Wanda Rzeczycka – masażystka i powiernica Niny Andrycz. Tomasz Krok wiele pisze na ten temat, aczkolwiek jego relacja pozostawia niedosyt, wywołany, jak przypuszczam, zniszczeniem części akt, dotyczących Andrycz i Cyrankiewicza. Byłem natomiast mile zaskoczony, czytając biogram mrocznej postaci Borysa Smysłowskiego, „białego” Rosjanina, w którego warszawskim mieszkaniu w roku 1943 Andrycz poznała Waltera – napisany w oparciu o moje ustalenia w artykule Sprawy i sprawki Miasojedowów („Archiwum Emigracji” nr 5/6), artykule napisanym na marginesie badań nad twórczością Józefa Mackiewicza.

Trzeci moment, w którym monografia Tomasza Kroka przecina się z moimi tematami, to wątek polskiej recepcji Nikołaja Rericha, malarza i mistyka, promotora idei ochrony dóbr kultury. W Szkatułkach Newerlego jest rozdział Trzy kropki Rericha, poświęcony wątkowi tajemniczej broszury, opisanej zarówno w przedwojennym artykule Newerlego, jak i w Pamiątce z Celulozy. Newerly podaje jej tytuł jako Opamiętajcie się, kochani, do czego to prowadzi? Krok zwraca uwagę na postać zafascynowanego naukami Rericha i jego żony ezoteryka Błażeja Włodarza. Otóż w roku 1933 wydał on broszurę, zatytułowaną Przestańcie tworzyć sekty. Prośba o duchowe pojednanie. Myślę, że zbieżność tematyki i tytułowego przesłania jest co najmniej zastanawiająca.

Marginalnie przewija się też przez książkę Józef Czapski. Obaj należeli na Bliskim Wschodzie do nieformalnej grupy „Salus”, kierowanej przez rotmistrza Klimkowskiego. W kwietniu 1947 roku Czaykowski „przez dwa tygodnie pomieszkiwał w paryskich hotelach, utrzymując w tym czasie kontakt z Józefem Czapskim […]. Obracał się wówczas w środowisku Instytutu Literackiego, co potwierdza wywiad, którego udzielił Barbarze Toruńczyk w 1981 r. Jerzy Giedroyc” [5]. I wreszcie w styczniu roku 1949 generał Tokarzewski-Karaszewicz przekazał Czaykowskiemu pieniądze dla swej byłej kochanki: „Środki te Czaykowski wręczył Józefowi Zielickiemu, który wpłacił je na konto Józefa Czapskiego, ten z kolei przekazał je Dziewońskiej […]” [6]. A kto się interesuje Czapskim, ten wie, jaką rolę odegrał w jego życiu osobistym i zawodowym, zwłaszcza w okresie wojennym i tuż powojennym Józef Zielicki.

Z materiałowo bardzo bogatej książki Kroka chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden wątek, całkiem poboczny, a na swój sposób fascynujący. W jednym ze swych raportów szpiegowskich, przytoczonych w Aneksie, Czaykowski w części dotyczącej kolektywizacji opowiada o pewnej niewielkiej (12 gospodarstw) wsi poniemieckiej na Pomorzu, którą obsadzili ludzie z Wileńszczyzny („zespół zgrany, inteligentny”). Pod presją zgodzili się oni założyć kolektyw, ale wypatrzyli, że „ustawa przewiduje jakąkolwiek ingerencję w dobrowolną spółdzielnię produkcyjną tylko z tytułu dozoru inwestora inwestycji pobranych od państwa”, jak pisze Krok (s. 666), toteż postanowili obejść się bez pomocy inwestycyjnej państwa. Przez rok żyli sobie „szczęśliwi w chrześcijańskiej wspólnocie”, dopóki UB nie zainteresowało się, co to za kolektyw, który obywa się bez pomocy państwa. W raporcie nie ma nazwy wioski, ale myślę, że warto poszukać w archiwach i opisać dokładniej tę budującą historię.

 

Czwartek, 5 lutego

 

Wdzięczna czapla nad przeręblą

 

Środa, 11 lutego

W budynku Szwajcarskiej Biblioteki Narodowej w Bernie doszło dziś do niezwykłego spotkania dwóch dagerotypów. Oba przedstawiają głównodowodzącego wojsk szwajcarskich generała Dufoura i oba są dziełem polskiego fotografa, Jana Henryka Humnickiego. Dagerotypy, jak wiadomo, powstawały tylko w pojedynczych egzemplarzach. Tutaj mamy dwa. Jeden jest w zbiorach graficznych Biblioteki Narodowej, drugi został przywieziony w specjalnej klimatyzowanej skrzyni, z zachowaniem szczególnych środków ostrożności, z biblioteki genewskiej. Oba dagerotypy mają identyczne wymiary i przedstawiają portretowanego w dokładnie tym samym ujęciu. Gdyby oba były oryginałami, generał musiałby trwać jakimś nadludzkim wysiłkiem dokładnie w tej samej pozycji przez wiele minut.

 

„Spotkanie dagerotypów”. Fot. Martin Gasser

 

Po oczyszczeniu oba obiekty zostały szczegółowo porównane, zbadane pod mikroskopem oraz zdigitalizowane w bardzo wysokiej rozdzielczości. Okazało się, jak mnie informuje historyk fotografii Martin Gasser, że egzemplarz berneński jest ostrzejszy, bardziej skontrastowany, ma miększe odcienie szarości i wyraźnie mniej zadrapań oraz drobnych rys. W tej chwili najbardziej prawdopodobna jest hipoteza, że mamy do czynienia z dwiema kopiami zaginionego, może zniszczonego oryginału, jedną lepszą, drugą nieco gorszą. Być może analiza skanów przyniesie jeszcze jakieś ustalenia. W każdym razie dobrze, że dagerotyp, który 8 lipca zeszłego roku ukazał się na pierwszej stronie „NZZ” bez nazwiska autora (pisałem o tym w dzienniku), teraz stał się obiektem systematycznych badań.

 

*

Argentyński film La ira de Dios (2022). Właściwie powinien mi się podobać: oparty na powieści (autor: Guillermo Mártinez), opowiada o dwóch rywalizujących pisarzach, o procesie twórczym, o dyktowaniu powieści sekretarce, o wieczorach autorskich i wywiadach, o naciskach wydawnictwa na prasę. Ale ponury jak Boletus luridus, „borowik ponury” (który zresztą też gra w tym filmie pewną rolę). Jeśli nie żałuję obejrzenia, to dla wnętrza, w którym rozgrywa się kulminacyjna scena: El Ateneo Grand Splendid w Buenos Aires, zbudowany w roku 1919 jako teatr, potem rozgłośnia radiowa, kinoteatr, obecnie księgarnia, jedna z najpiękniejszych na świecie. A nazwą, jeśli się nie mylę, nawiązuje do starego madryckiego klubu intelektualistów „El Ateneo”, który penetrowaliśmy dwa lata temu w poszukiwaniu śladów jego członka, Tadeusza Peipera.

 

Czwartek, 12 lutego

W Muzeum Etnograficznym chyba trochę przereklamowana wystawa łemkowska. Owszem, w centrum jednej z sal kilka wspaniałych obrazów Nowosielskiego i mała kolekcja Nikifora, ale większość prac malarskich przeciętna, zawieszona między sztuką realistyczną a folklorem. Rozczarowuje też dział ostatni, zatytułowany „transpop”, który miał w intencji kuratora łączyć tradycję z nowoczesnością. Jako miłośnika znaczków zainteresował mnie tu najbardziej malutki zbiór filatelistyczny, dotyczący Warhola (który, jak wiadomo, był z pochodzenia Łemkiem) i jego rodaków: okazuje się, że znaczki z pracami Warhola wydawały najczęściej kraje afrykańskie.

Chciałbym natomiast wysunąć hipotezę, dotyczącą tematu jednej z najstarszych prac na tej wystawie, a mianowicie obrazu Jozefa Miklošíka z roku 1820, zatytułowanego Portret mężczyzny z książką w ręku. Przedstawia on starszego mężczyznę o wysokim czole i długich siwych włosach, spadających na plecy, którego prawa ręka spoczywa na stoliku, lewa zaś trzyma książkę otwartą na rozdziale o owocach (Obst). Na stoliku leży książka lub czasopismo podobnego formatu z widocznym tytułem: „Ceres”.

Jozef Zmij-Miklošík (1792-1841) urodził się na Spiszu; po kilku latach spędzonych w klasztorze udał się do Wiednia, gdzie został kantorem w grekokatolickiej cerkwi św. Barbary (choć miał słabe płuca, a głos szkaradny) i studiował malarstwo na akademii. Z czasem został malarzem diecezjalnym w Preszowie.

Tożsamość portretowanego można, jak sądzę, z dużym prawdopodobieństwem ustalić: to Demeter Görög (1760-1833), Rusin węgierski, polihistor (w szczególności kartograf i agronom). Był guwernerem w najznaczniejszych rodach węgierskich (m.in. książąt Esterházy), a z czasem został wychowawcą przyszłego ojca cesarza Franciszka Józefa. Jako agronom Görög zasłynął pracami na temat winorośli, był też propagatorem uprawy koniczyny.

Otóż wiadomo, że Miklošík podczas pobytu w Wiedniu namalował portret Göröga [7]. Görög, podobnie jak sportretowany mężczyzna, nosił długie włosy zaczesane do tyłu albo perukę z harcapem, miał wyraziste łuki brwi, wystające kości policzkowe i głębokie bruzdy po obu stronach ust. A tytuł leżącej na stoliku publikacji, odsyłając do zainteresowań rolniczych portretowanego, jest zarazem subtelnym identyfikatorem: łacińska Ceres to przecież grecka Demeter, jak jego grekokatolickie imię. C.b.d.u.

Obraz Miklošíka i inny portret Göröga można zobaczyć tu:

 

 

 

*

A po wystawie w Muzeum Etnograficznym wybraliśmy się na koncert blackmetalowego zespołu Gruzja. Przy wejściu do budynku porozkładano tektury z karykaturami Putina, zachęcając do wycierania w nie zabłoconych butów. Na ścianach korytarzy graffiti w stylu Banksy’ego i nasprayowane hasła w rodzaju WILL YOU DIE FOR SUWAŁKI albo CHRYSTUS MIAŁ CZAS TU PRZYJŚĆ. Świetna porcja mrocznej muzyki, siedząc w fotelu przez bite trzy godziny kiwałem się rytmicznie i dawałem się nieść równie mrocznym tekstom. Poszczególne utwory były poprzedzielane (a niektóre nawet ilustrowane na żywo) scenami z dziwacznej sztuki młodopolskiego poety. Tytuł koncertu: Termopile polskie.

Oczywiście przesadzam, ale tylko trochę. Jan Klata wyciągnął wniosek z tego, że polskie zespoły heavymetalowe od wielu lat wykorzystują teksty wierszy Tadeusza Micińskiego, autora Lucyfera i W mroku gwiazd, i zaprosił zespół Gruzja do współtworzenia tego spektaklu w Teatrze Narodowym.

Termopile polskie to sztuka osobliwa i rzadko grywana, jako że bardzo wiele wymaga od inscenizatorów i od widzów. Biorąc przykład z ekscentrycznego belgijskiego malarza Antoine’a Wiertza, autora tryptyku Myśli i wizje ucinanej głowy (1853), Miciński napisał długi dramat, którego akcja ma oddawać to, co działo się w głowie ks. Józefa Poniatowskiego w czasie jego finalnego skoku do Elstery.

Nie wchodząc w szczegóły, powiem, że Klata z zespołem dał spektakl porywający, bogaty problemowo, estetycznie i aktorsko (Oskar Hamerski!), a także zdumiewająco aktualny. Na osobne pochwały zasługuje program, oparty na szkielecie chronologicznie ułożonych ilustracji z dziejów Placu Marszałka Piłsudskiego [8], z tekstami, wydobywającymi różne nieoczywiste momenty, tłumaczącymi, dlaczego ta sztuka w tym teatrze (Michał Mizera, Teatr mrących głów), jaki ma związek z wolnomularstwem (Tadeusz Cegielski), a jaki z heavy metalem (Marcin Bajko). W sumie: odlotowy wieczór.

 

Sobota, 14 lutego

Od paru dni delektujemy się filmami Wesa Andersona (Netflix). Godzien polecenia jest też krótkometrażowy film The Singers, z fabułą opartą na opowiadaniu Turgieniewa Певцы, z akcją przeniesioną ze wsi w guberni orłowskiej do obskurnego baru na amerykańskim Południu. Uczta dla ucha.

JAN ZIELIŃSKI

 

[1] Por. Mariola Szydłowska, Gwiazdy i meteory lwowskiego „Ula”. W: Dorota Fox, Jacek Mikołajczyk (red.), Kabaret – poważna sprawa? Katowice, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, 2015, s. 39-49; Henryk Zbierzchowski, Nowe piosenki kabaretowe. Z tekstem muzycznym, Lwów 1919, s. 16-18.

[2] [Józef Sękowski], Filozofia wiska. „Dwutygodnik Literacki” 1845 s. 218. Tłum. z rosyjskiego. Pierwodruk ukazał się w roku 1837 w wydawanym przez Sękowskiego piśmie „Библиотека для чтения”.

[3] Juliusz Słowacki, Kordian. Ślōnski przekłŏd ôd Mirosława Syniawy. Posłowo ôd Mariusza Jochemczyka. Wydownictwa Sylezyjskij Bibliōtyki, Katowice 2025, s. 7.

[4] Antoni Rząsa – Dialogi. Milanówek, Willa Waleria. Obok rzeźb Rząsy i Szczepkowskiego pokazano fotografie Haliny Rząsy. Wystawie, która potrwa do końca lutego, towarzyszy niewielki, ale ładny katalog z tekstami Jana Krześniaka.

[5] Tomasz Krok, Afera teozofów. Siatka wywiadowcza mjr. Andrzeja Czaykowskego (1949-1951). Warszawa, IPN, 2025, s. 129-130.

[6] Tamże, s. 152.

[7] Jozef Markov, K životu a dielu Jozefa Miklošíka, „Ars” (Bratislava) 1970, s. 258. Autor powołuje się na węgierską monografię M. Beskida z roku 1914, zaznaczając, że Beskid nie wiedział, co się z tym obrazem stało.

[8] Pierwszy bodaj zrealizował taki koncept Aleksander Rzewuski, wydając w roku 2012 album pod wszystko mówiącym tytułem: Pamięć nieustająca: …jest takie miejsce w Warszawie: ilustrowana księga z ostatnich stu lat dziejów Polski, zaobserwowanych na jednym placu stolicy, nazywał się kolejno: Saski, Sachsenplatz, Саксонская площадь, Józefa Piłsudskiego, Adolf-Hitler-Platz, Zwycięstwa …i ponownie Piłsudskiego: zdarzenia, znane i nieznane postaci (Oficyna Literatów Rój).

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek