Gdybym był malarzem, musiałbym zużyć wiele żółtego koloru, aby narysować pejzaż Buczacza. Tak myślałem, kiedy stałem pod tutejszym dworcem, patrząc na wschód, gdzie znajduje się Czortków otoczony rzeką Seret, nad która przez kilka dni wygrzewałem się jak gad na kamieniu. Jeszcze dalej jest Husiatyn, ale tam już nie pojadę, wdychając słodko-gorzkie powietrze dawnej Galicji, bo – jak pisał Błażej Cendrars, niestrudzony wędrowiec: „Na wszystkich dworcach widziałem ostatnie odjazdy pociągów / Nikt już nie mógł odjechać bo nie sprzedawano biletów”. Stąd wyjeżdżali w swoją podróż Agnon, Ringelblum czy Wiesenthal, Galicjanie z krwi i kości, moi krajanie, których nigdy na oczy nie widziałem, podobnie jak samej Galicji, która mimo że jest wszędzie naokoło, od dawien dawna już nie istnieje. Ja tylko opisuję ich historie, mniej lub bardziej smutne.
„Przestrzenie, które wyciskają wielkie, puste łzy” – jak pisała Vogel, są przestrzeniami, po których chodziłem w dzieciństwie i nadal je przemierzam, tęskniąc za wieloetniczną Galicją, tęskniąc tym mocniej, im bardziej niemożliwy jest jej powrót. Dlatego piszę o pociągach z Czadcy do Husiatynia, z Rzeszowa do Czerniowiec; żeby wszystko było, jak być powinno, kiedy sobotę od niedzieli oddzielała noc, a w miasteczku znajdowała się cerkiew, kościół i synagoga. Opowiadam o zmarłych, rozkopuję pamięć i ziemię, aby jeszcze raz przemówili, choć niektórzy z nich nie mają grobu i nie wiadomo w jakim miejscu zostali pochowani. Po prostu przeminęli jak słowa wypowiadane w ciemności czy myśli, których nikt nie zapisał. Ich losem pokierowała zbrodnicza władza, ale też zwykła, przyziemna i ludzka podłość. Te wydarzenia dźwięczą pustką i melancholią, monotonnym stukotem kół sunących po torach i piskiem wagonu zatrzymującego się na stacji nocą.
Chciałem wychodzić sens, znaleźć dowody, że nasze życie nie dzieje się bez powodu, ale na każdym kroku natrafiałem jedynie na przypadek, chaos i nicość. Piłem więc coraz więcej piwa, aby wypełnić tę pustkę we mnie, ale i tak krótkie momenty euforii zmieniały się w coraz dłuższe chwile całkowitego smutku. Kruchość i zagłada ludzkich istnień stawała przede mną za każdym zakrętem, który pokonywałem, w bezpańskich oczach psa widziałem chęć życia i smugę cienia. Czarna żółć nie dawała o sobie zapomnieć. [...] Momentami już nie umiałem mówić we własnym imieniu. Cytowałem, pisałem o innych, zapadałem się w ciemność, ale przecież też widziałem, że trawa i drzewa w Buczaczu rosły, natura bowiem działa według własnych zasad, nie zna dobra czy zła, lecz robi swoje i wtedy odkrywałem, że ja również powinienem robić swoje.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.