fbpx
HOME
Wojciech Kass

List do niepoznanego poety (VIII)

O stosunku poety do słowa zapisano tysiące stronic, niech Pan jednak pozwoli, że i ja w tej jakże istotnej sprawie wtrącę przysłowiowe trzy grosze, wrzucę, wykorzystując naszą korespondencję, własny przypis. Przepisu na poezję, jak już wspominałem, nikt nie ma, a przypisów do niej są krocie. Któż poważyłby się je zliczyć? Kiedy spotka Pan na swojej drodze kogoś, kto upiera się, że posiada klucz do poezji i wpasowałby go w któryś z artykułów, byłoby najlepiej, aby od razu pognał Pan tego jegomościa do wszystkich diabłów albo samego Belzebuba z koźlim rogiem na czubie głowy. Diabelskie śniadanie, składające się z literatury klasycznej i dzieł filozoficznych, urodzony w 1800 roku w Antagołanach koło Wilna kontrowersyjny „romantyk” Józef Julian Sękowski herbu Prawdzic, przedstawił w swojej noweli Posłuchanie u Lucypera.

A oto moje trzy grosze. Słowa są o wiele starsze od nas. A starszymi od słów są przedstawiciele żywiołów, krzemień na przykład. Z nim to w ręku (a myślenie, co z nim zrobić trwało tysiące lat) człowiek rozpoczął swoją podróż w cywilizację i dotarł do jej etapu technologicznego opartego na płytkach krzemowych. Ten kamień jest złożem materii i energii zarazem, rzeczą materialną i niematerialną. W jego krzemiennym wnętrzu zaklęty jest niepochwytny pierwiastek inteligencji, co zakomunikował mi niedawno artysta Rafał Strumiłło. Poza krzemieniem ważne są inne ciała organiczne i niebieskie, szlachetne metale, a nawet drzewo, pod warunkiem, że nie używając wobec niego piły, damy mu się zakorzenić w ziemi, gałęziami zaś – wczepić w światło.

Pod obłokami w Szetejniach. Skręci, nie skręci? Fot. Wiesław Szumiński

Słowa są starsze i większe, gdyż kryją w sobie znaczenia, jakie nadawali im nasi przodkowie, a które wyparowywały w ciągu wieków, bo duchowe życie i przynależne tej duchowości obrzędy, raz prędzej, raz później odstawiane były przez tzw. postęp do rzędów zjawisk nieprzydatnych, gdzie marniały, przybierając formy skorup bez treści. Przedstaw Pan sobie, ile ludzkich istot mówiło przed Panem słowami, którymi dzisiaj się posługujemy, dzięki nim działając i budując swoją tożsamość. Słowo łączy nas z poprzednikami, naprowadza na rozmowę z nimi. Słowo pozostaje narzędziem poznania i opisu czasu, w którym żyli ci, co odeszli, w słowie to myśl i symbole tego czasu, idee i programy, marzenia i sny, proroctwa i fantazje znajdowały swoje mniej lub bardziej wyraźne odbicie. Człowiek zabliźnia się słowem i w słowie pozostawia znamię tego zabliźnienia; jednostka i wspólnoty, plemiona i nacje, społeczeństwa i narody, państewka i mocarstwa, wyspy i kontynenty. Pamiętajmy: wyrazem rany jest blizna. Gojąca się rana lgnie zaś do wyrazu.

Słów jest mniej niż komórek budujących ludzki organizm, a mimo to w zbiorze słów polskich jest ich o wiele, wiele więcej niż tych, którymi mówimy, piszemy lub tylko je znamy. Ostatnie twierdzenie postaram się przybliżyć w porządku metafory. Żongluje Pan około czterema tysiącami słów, podczas gdy na każde z nich przypada co najmniej sto niebędących w zasięgu Pańskiej żonglerki, co nie znaczy, że one nie istnieją, że nie zostały kiedyś włączone do wielkiego magazynu polskiej mowy. W godzinie naszej epoki stosunek do słowa gwałtownie się zmienia. Jacek Dukaj uważa, że żyjemy w czasie postpisma, a skoro tak, to i postmyślenia, które znamionują emocje i histerie, panikę i ekspresje, wypadające zazwyczaj z formy oraz instynkty i manie, podgrzewane przez moc technologiczną i jej masowo dostępne urządzenia.

Z tych kilku powodów słowo i jego wyraz zasługują na uwagę, a ze względu na starszeństwo – szacunek. I pokorę wobec niego, jako że słowo jest brzemienne w metafory i symbole, którymi zapładniali je nasi dawni pobratymcy. Takoż i je doposażali własną inwencją w dodatkowe znaczenia, jak wyposaża się w odziedziczony po babci lub dziadku pokój, zmieniając go lub tylko ulepszając poprzez nowe sprzęty albo całkowicie odmieniając jego przeznaczenie. Tyle rzeczy i spraw łączy żywych i umarłych, że nie sposób ich wszystkich wymienić. Każdy specjalista od fragmentu dalece zatomizowanego dzisiaj człowieka przedstawiłby z pewnością w tej kwestii długą listę tożsamości i analogii. Z pewnością jednak żywych i umarłych łączą obłoki, chmury, burze, słońce, deszcz, które w chwili śmiertelnej każdy z ludzi zamyka w oku, łączy widok krwi własnej i cudzej, która od zarania płynie w organizmie każdego z nas, zawsze czerwona, płynie jak Styks, wypływa i wytryska jak źródła, wreszcie każde słowo miało swoją premierę, swojego nieznanego z imienia i nazwiska twórcę i przez każde z nich przechodziły prądy bólu i chmurności, pogody ducha i łez, szczęścia i cierpienia, zachwytu i przekleństwa, rozdzierającego krzyku i skupionego milczenia, buntu, porażki, upadku. Przez każde mknęła lub mknie albo będzie mknęła twórcza żyła. Wedle maksymalistów-alchemików słowo jest żyłą, jak i wrzeniem krwi przez nie płynącą.

Sztuka literatury, a szczególnie poezja jest tą, która wśród innych pozostaje „narodową”, to znaczy powstaje w języku ojców i matek, wspólnot na ojcowiznach i w matecznikach, w matriarchacie i patriarchacie i obojętnie, jak genialnie byłaby przekładana na inny językowy idiom, zawsze traci coś ze swoich ciałek, krztynek, drobinek, cząsteczek i ingredientów, tej całej bazy inkantacji.

Poeta jest fascynatorem słowa, a wena, która zmniejsza dystans między nim a słowem, podmiotem a przedmiotem słowa, jest wzajemnym upojeniem. Poeta traktuje słowo jak byt i w tym sensie staje się jego kogutem lub – co w gwarze mazurskiej brzmi lepiej – piejakiem. Krąży w kielichach słów i po ich orbitach jak opity nektarem bąk. To wysoce wykwalifikowany arendarz, reformator i nawigator słowa oraz jego ponowiciel – w fazie, gdy słowo dokonuje przemiany, czy też przejścia ze status quo systemu biologicznego i gramatycznego, politycznego i poetycznego, socjalnego i metafizycznego. Gottfried Benn, niemiecki poeta i lekarz, co dla jego poglądów ważne, zapisał: „Ludzkie istnienie oznacza istnienie nerwowe, oznacza pobudliwość, chów, ogromną wiedzę o faktach, sztukę. Cierpieć to cierpieć na świadomość, nie na przypadki śmierci. Jednym słowem, życie oznacza życie wzbudzone, wybudzone, pobudzone”. Wskazanie Benna oświetla moje intuicyjne rozpoznanie, że literę poezji podaje centrum nerwowe (czuciowe) poety, a następnie rezonuje ona w odbiorcy, podrażniając jego z kolei unerwienie. Proszę mi wybaczyć przezwy typu; kogut, bąk, kielichy, pyłki kwiatów, ale przyroda, pośród której mieszkam i pracuję jest dla mnie naturalnym odnośnikiem, w niej to moim zdaniem, w jej najbardziej utajonych i skrytych strukturach tkwią, choć niedosłownie, wszelkie style i formy sztuk wyzwolonych. Wejrzenie w te struktury, przeniknięcie ich było i jest domeną artystycznych wizji, dalej – naukowych mikroskopów i teleskopów. Wizja i laboratorium często idą w parze; w przypadku poety ma ono charakter alchemiczny, naukowca – scjentystyczny i fakultatywny.

Słowo jest wielkim zadaniem: ho, ho, i to jak wielkim. Każde z nich, a najbardziej te potężne jak Bóg, Zbawienie, Nadzieja, Miłość, Prawda, Piękno, Sprawiedliwość, Dobro, Odpowiedzialność, Służba, Lojalność, Przyjaźń, Ojczyzna, Ziemia. W miejscu, w którym urywam wyliczankę proszę, aby dopisał Pan inne, powiedzmy – swoje własne. Słowo więc jest wielkim zadaniem i zanim mu sprostamy powinniśmy do niego dorosnąć. Dojrzeć. Tymczasem używamy go, żujemy, obracamy nim jak chcemy i kędy chcemy, nadając mu najbardziej skrajny wyraz – w postaci plwociny lub wzruszenia ramion. Otóż nie jesteśmy władcami słów ani ich panami, a co najwyżej wasalami lub niewolnikami. Rodzimy się w ich strofie i poprzez nie odczuwamy, spostrzegamy i myślimy świat. Granice naszego języka są granicami naszego poznania. Wypatrujemy, zabiegamy, krzątamy się i za nic nie możemy dostrzec krawędzi, fundamentów ani sklepień lingwistycznej strofy języka, w którą zostaliśmy wrzuceni. A ponieważ nie dorastamy ani dojrzewamy do słów, to wolimy je psuć jak dziewczynki, gdy wyrywają rączki i nóżki swoim lalkom albo chłopcy, dla których najlepszym momentem zabawy jest katastrofa, jaka przydarza się ich zabawkom. Według prostackich wyobrażeń słowo jest czymś mniejszym niż żywot człowieka więc da się je depnąć jak żabę, otruć jak lisa lub posiekać, jak tuszę mięsa. Takie myślenie jest z gruntu mylne jak mylnymi w swojej masie są ludzkie sądy i osądy. Jedynym pewnikiem jest mgła, drugim – że błądzimy. A słowo? To ono doprowadza nas na próg pejzażu wiecznego i kreśli, mimo że skończone, horyzont nieskończoności. Posiada w sobie ukryty zew namierzania tego, co wieczne i niepojęte. Napastując byt, gwałcąc jego istnieniowe formy jednocześnie poniżamy i upokarzamy słowo, które je opisało, wgłębiło, a i uwzniośliło, gdyż jest ono wtrętem ducha i światła, wtargnięciem pierwiastka uroczystej magii między nas.

Nie słowo więc ma dorosnąć do ciebie i twojego widzimisię lecz ty powinieneś dojrzeć do słowa wraz z tym wszystkim, co ono ewokuje. Czy ci się to podoba, czy nie, każdy poeta posiada w sobie ukrytą cząsteczkę wiary w zwycięstwo słowa nad śmiercią, w to, że podnosi ono życie jak Chrystus podniósł do zmartwychwstania swoje ciało. Bez tego maksymalistycznego programu, bez wiary wszystko, co wiąże się z lingua pozostaje jedynie grą, szaradą, układanką dla umysłów znużonych i znudzonych treściami i pokarmami życia. A poza tym słowo niczego od ciebie nie chce, nie domaga się niczego w przeciwieństwie do ludzi i twojego otoczenia, od rodziców i krewnych począwszy, a na szefie, kochance, przyjaciołach i olbrzymim przemyśle rozrywkowym, konsumpcyjnym, politycznym i wojennym skończywszy. Słowo, co najwyżej poszukuje the perfect host – poety lub mistyka.

Legion z nas nie dostrzega tego, o czym Panu piszę, w ogóle – brak jest takiego zagadnienia w ich życiu. Nie znaczy to jednak, że ich postawę uważam za naganną, sądzę po prostu, że mają inne zadania, byleby tylko wykonywali je z miłością. Wszystkie ludzkie zadania błyszczą jednak dzięki słowu tak jak wszystkie wody świata, ich drobne i potężne poruszenia błyszczą w odniesieniu do światła. Czego żałujemy na łożu śmierci? Czy nie tego, że nie dorośliśmy do życia, że rozminęliśmy się z nim? Gdzie było – pytamy – to życie? Życie przeszło obok, jego obietnice wyparowały, a my musimy umrzeć. Niekiedy zastanawiam się, na ile ten żal wiąże się ze słowem i zadaniem, jakim ono jest dla nas wszystkich. Na ile ten żal nie wynika z rozminięcia się słowa i naszego ciała, tego, że ono ledwie się o nie omsknęło, nie wcieliło się, nie zawarło z nim choćby chwilowych związków.

Bo słowo ucieleśnione to takie, do którego się dojrzało, z którym ciało się zabliźniło i dostąpiło progu, kiedy ono działa, rozwijając jak chorągiew wszystkie swoje utajone i zaćmione sensy. Jorge Luis Borges powiedział: „Żałuję, że nie byłem zdolny do szczęścia”. Aldous Huxley miał na łożu śmierci wyznać: „Żałuję jednego, mogłem być łagodniejszy dla ludzi”.

A zatem pisarze tej klasy, co Argentyńczyk i Brytyjczyk, którzy ze słowem byli „za pan brat”, dla których było ono narzędziem ich fachu, nawet oni przyznawali, że nie sprostowali zadaniu, jakie słowo stawia człowiekowi. Schodzili więc z tego świata zawiedzeni, bo nie byli zdolni ani do szczęścia, ani do łagodności.

Pewnie znany jest Panu stary indiański rytuał bratania, czy też zabliźniania się z bliźnim, polegający na nacięciu rany na skórze nadgarstka, a następnie przywarciu do krwawiącego nadgarstka innego Indianina? Nazywał się ten rytuał braterstwem krwi. Z kolei Saamowie upolowawszy renifera upuszczali z niego krew i pili ją w celu złączenia się z duszą zwierzęcia, pozwalając mu niejako żyć w sobie. Prawie to samo, z tym, że Indianin bratał się z żywym człowiekiem, a Saam z umarłym zwierzęciem. Mojżesz napisał w Księdze Królewskiej, że siedliskiem duszy jest krew. Ona jest najszlachetniejszą substancją w świecie i kiedy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś wielkiego, coś niemożliwego do wysłowienia, zawsze składał mu ofiarę z krwi. Niemożliwego do wysłowienia? Owe rytuały wyrażały dążenie istoty ludzkiej do zabliźniania się z Bogiem, drugim człowiekiem i zwierzęciem, a towarzyszyły im zawsze wyszeptywane, wypowiadane i wyśpiewywane w sposób odświętny słowa największej wagi, które płynęły jakby były utoczone z krwi.

Proszę jednak tak daleko nie sięgać, upraszam Pana o rozsądek. Moje rozmyślania proszę przyjąć w wymiarze symbolicznym i w tym wymiarze przemyśleć, a dopiero później wcielić w życie. Wykonać zadanie, to sprawa zaiste trudna i trudną już zostanie. Chyba, że wykonujemy je na pokaz (w mediach) lub zdajemy egzamin z tego, jak je opanowaliśmy. Wtedy wkrada się bakcyl łatwizny. Sekret zadania bowiem nie polega na jego wyuczeniu się, czy też pozornym wykonaniu, a na rozpoznaniu i wcielaniu go jak słowa w praxis życia, nadając sens naszemu istnieniu tu i teraz, nadając mu wymiar uroczysty i to szczególne znamię, po którym poznać, że życie jest największym przywilejem, który z dnia na dzień nas spotyka, a nieustanne pretensje i wymagania wobec życia, psioczenie i fochy na ogół kończą się źle, bo los nie lubi być za nadto naciskanym ani drażnionym.

I proszę mi więcej nie pisać, że Pan się nudzi. Nuda jest zjawiskiem potężnym i rozciągłym, którą, co najwyżej dźwigają silne charaktery i twórczy tytani. Tyle jest dobrych i szlachetnych uczynków, jakie możemy spełnić wobec bytu i dla bytu. Proszę się rozejrzeć po Pańskiej okolicy i odkryć dla siebie, ile rzeczy wkoło dopomina się współodczuwania, ile podniesienia, ile poprawy. Jedno dobre słowo, jeden dobry uczynek na dzień, okazuje się, że i to dla ludzi jest zbyt obciążającym zadaniem. Aby cokolwiek dojrzeć musi Pan jednak spełnić elementarny warunek: musi Pan przestać zajmować się swoim skaleczonym palcem albo przynajmniej spróbować zabliźnić tę ranę z kimś lub czymś.

WOJCIECH KASS

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Dzięki nim możemy nieustannie ulepszać stronę. Więcej informacji znajdą państwo w Polityce Prywatności. Więcej.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek