HOME
Katarzyna Kuczyńska-Koschany

Pod tlenem – 55 sonetów (XXV)

Sonet dwudziesty czwarty cyklu pierwszego: na ziemi jałowej, tracąc siebie

To jeden z wielu sonetów orfickich Rilkego napisanych przeciw nowoczesności. Tym razem wiersz, który powstał między 2 a 5 lutego 1922 w Muzot, a ukazał się drukiem po raz pierwszy w Lipsku („Das Inselschiff”), 6 sierpnia tego samego roku, mógłby być tekstem poetyckim, dzięki któremu wykłada się studentom istotę utopii regresywnej (przy wszelkich trudnościach interpretacyjnych). Mowa tu bowiem o zaprzeczonej harmonii złotego wieku, o dawnych dobrych czasach (z Owidiuszem i jego Metamorfozami w tle) à rebours, gdy między domeną bogów a światem ludzi nie istniały ani miasto, ani masa, ani maszyna. Słowem, nie istniała – nowoczesność: jej wielkomiejski niedostatek prawdy, jej śmiercionośne okrucieństwo, jej technologiczna bezduszność. Rilke zbliża się tutaj do tonacji Ziemi jałowej T. S. Eliota; aurę braku nadziei i metafizycznej zapaści ludzkiego świata, właściwą czasom po Wielkiej Wojnie oddano w sonecie XXIV części pierwszej zaiste – dojmująco.

Mowa o stracie i o utracie. O utracie sił, o zaniku życia, o słabnięciu (metafora z wygłosu wiersza – pływacka – jest bardziej niż oczywista). Jeśli poprzedni sonet w cyklu był lekki i szczupły, ten stanowi jego przeciw-wagę. Dosłownie i najpierw: wagę, ciężar. Jak bardzo egzystencja jest tu nie do uniesienia, świadczą wszystkie zabiegi poetyckie: masa wersu, przerzutnia międzystroficzna w punkcie węzłowym – na granicy partii opisowej i refleksyjnej, osobliwe rymowanie, meandryczny tok wywodu (trudno nadążyć za sensem, trudno go wprost wysłowić – czasami nie wiadomo, czy istnieje).

Gdyby szukać sonetu najbardziej wymagającego interpretacyjnie, najgęstszego znaczeniowo, opierającego się zarówno rozumieniu, jak i przekładowi – to będzie ten właśnie. Sonet duszności, sińców na sercu, braku sił, braku tlenu. Nie można się zeń wydostać, wyplątać, jak z Kafkowskiego korytarza, jak z labiryntu egzystencji.

Czy w ogóle da się go czytać nie w oryginale (niemczyzna zdaje się unosić ten ciężar gatunkowy, inne języki – niekoniecznie)? Tym razem nawet nie próbuję. Przytaczam przekłady, ale odnoszę się raczej do przebiegu zdań i wersów, usytuowanego w języku pierwszym. Przekłady oddalają sens. Niemczyzna, ze swą naturalną składniową meandrycznością, plącze się inaczej, i chyba jednak – czytelniej. Bo w gęstym jesteśmy lesie, gęstszym niż ten Dantejski. I w labiryntach jak z Kafki. Bez nadziei na prześwit.

Wszechobecna jest w sonecie XXIV: śmierć; a jeśli nie ona – we własnej osobie – to ubywanie życia, zanikanie oddechu, utrata siebie. Świat machin i maszyn istnieje, świat nowoczesny istnieje; człowiek się kurczy, coraz go mniej, to najbardziej wybrakowana część tego świata, jego najsłabsze ogniwo. Nie ma podtrzymującej płomyk życia więzi z wrogami śmierci, z bogami (jak to było dawniej); brak żywego wiązania metafizycznego – takiego nie da się stworzyć z elementami budującymi nowoczesność. Bo też bogowie i ludzie tę więź zerwali, już tylko śmierć szalejąca odbiera nam nas, już nikt nie podtrzymuje płomienia życia. Bez wsparcia bogów – niewiele zostaje z nas (w sonecie mowa o biologicznym następstwie pokoleń, lecz niebyłej ludzkiej wspólnocie). A bogowie, sprowadzeni do roli bezdusznych mistrzów żałobnej ceremonii, nie biorą już żadnej odpowiedzialności za koherencję kosmosu. (Być może Orfeusz, być może poeta jest w takim świecie – zerwanej metafizyki – nadzieją najzupełniej ostatnią).

Opowieść ta wierszem – w polskich przekładach brzmi mniej wiarygodnie, lecz poczucie uwięzienia w egzystencji, próby wydobycia się z beznadziei, odzyskiwania wolności są, czy też bywają, widoczne.

U Jerzego Kamila Weintrauba, który próbuje – jak Rilke – rymu w przestrzeni średniówkowej (a nie klauzulowej, gdzie zwykliśmy go szukać [1]) i respektuje bezprecedensową przerzutnię między strofami cztero- i trójwersowymi (w „średniówce” sonetu) brzmi to tak:

 

Rzucić nam naszą przyjaźń prastarą, nieugięty

bogów olbrzymi korowód, bowiem stali owej

nie znają, twardej i ostrej, przez nas napiętej,

albo na mapie nagle drogi szukają nowej?

 

Przyjaciele gwałtowni, którzy gdy śmierć nas opasze,

porywają nas, nie wplątani w kół naszych obrót niemy.

Współbiesiadnicy nasi daleko – zdroje nasze

porzucone, niż wasze zawsze szybciej mkniemy

 

ku wysłannikom powolnym. Wznosząc samotne ręce,

chociaż nie znani sobie. Ku jednym dążący stronom,

dróg meandrami pięknymi już nie jesteśmy więcej,

 

jeno stopniami dróg owych. Tylko jeszcze płoną

w kotłach parowych ognie wznoszą się młoty wielkie

i rosną. Lecz my, płynąc, obcy sile wszelkiej.

 

U Mieczysława Jastruna może przekład brzmi nieco bardziej komunikatywnie – uzyskuje tłumacz ten efekt, odmieniając gdzieniegdzie układ rymowy, zachowując jednak rymy same, czasem osłabione, na granicy jakiegokolwiek współbrzmienia (pisząc: „bardziej komunikatywnie”, myślę o samym spolszczeniu sonetu – a także o jego ekwiwalencji wobec oryginału, jego czytelności – chociaż nacechowane słowo „gradusy” w ważnej przerzutni osłabia próbę porozumienia z odbiorcami wiersza):

 

Czyż mamy naszą pradawną przyjaźń odepchnąć, bogowie,

wielcy i zawsze dumni, lub nagle szukać w atlasie,

przeto, że do nich nie chce się przyznać w tym czasie

twarda stal, hartowana przez nas w szkole surowej?

 

Ci przyjaciele potężni, którzy nam zabierają

naszych umarłych, nigdzie nie spotykają się z nami.

Nasze uczty i łaźnie odsunęliśmy od nich sami,

a ich posłańców, którzy od dawna już się spóźniają,

 

wyprzedzamy niezmiennie, my zdani jedynie

na siebie samych, nie znając się wzajem, samotniej

znaczymy ścieżki, nie jak pięknych meandrów linie,

 

lecz jak gradusy. I tylko w parowej kotłowni

palą się dawne ognie i wznoszą młoty wciąż większe.

Lecz my jak pływacy słabnąc chwytamy powietrze.

 

Jak zazwyczaj to czyni, stara się wy-łożyć myśl Rilkego (a nie zawsze prze-łożyć jego tekst poetycki) – Bernard Antochewicz; raczej „opowiada” on, a nawet zagaduje, samoistną dramaturgię tego niezwykłego sonetu; nawet ten tłumacz jednak pozostawia przerzutnię międzystroficzną w węźle wiersza, owo wiele mówiące naruszenie spójności gatunkowej:

 

Czy mamy naszą pradawną przyjaźń, tych wzniosłych,

nigdy nie werbujących bogów, odrzucić nagle,

nie zna jej stal kowana przez nasze młoty,

albo zacząć jej szukać na jakiejś mapie?

 

Ci Potężni, co nam zabierają bez ustanku

umarłych, nie dotykają nigdzie naszych kół.

Odsunęliśmy daleko nasz biesiadny stół,

nasze łaźnie, a ich z dawna spóźnionych posłańców

 

wciąż prześcigamy. Więc sami na siebie zdani

już całkowicie i sobie wzajem nieznani,

nie wiedziemy ścieżek meandrami śród ogrodów,

 

ale jak stopnie. Tylko w kotle parowym płoną

pradawne ognie [2], wznosząc wciąż młoty do pracy

większe. My zaś tracimy na sile, jak pływacy.

 

Adam Pomorski stara się zachować układ rymów i precyzję współbrzmień, lecz licznymi amplifikacjami zaciemnia nieco sens (i tak przecież hermetycznie podany w oryginale) oraz osłabia ekspresję (na przykład: węzłowa przerzutnia międzystroficzna, usytuowana między drugą a trzecią zwrotką, nie wybrzmiewa w tym spolszczeniu tak mocno jak u innych tłumaczy). Czy przeciwstawienie linii prostej – meandrom czytać jako pomysł fortunny, skoro u Rilkego są meandry i stopnie? Być może Pomorski ujawnia sens podskórny i odwołujący się do zmiany warty (to czas, gdy Rilke pisze sonety) między secesją (z jej pochwałą meandryczności) a następującą po niej architekturą linii prostej? Tak czy inaczej, chodzi o metamorfozę tego, co głębsze i bardziej skomplikowane w to, czego jedyną miarą okazuje się postęp:

 

Czy nagle mamy się wyrzec odwiecznej przyjaźni,

bogów, co w swej wielkości nie nastręczają się o nic,

że stal, której twardą szkołę daliśmy, najwyraźniej

nic o nich nie wie – szukać ich wśród map pożółkłych i stronic?

 

To oni naszych umarłych zabierają nam, przyjaciele

potężni, wzgardziwszy przy tym naszymi ruchomościami.

Uczty im nasze dalekie – , i nie dla nich kąpiele

nasze, i już od dawna uprzedzać zwykliśmy sami

 

ich zbyt powolnych zwiastunów. Obcy nawzajem sobie,

sami na siebie skazani jesteśmy w dzisiejszej dobie,

nie w pięknych meandrach prowadząc ścieżki swe jak parowem

 

czy równiną, lecz w linii prostej. Tylko przy pracy,

coraz cięższe dźwigając młoty, w kotle parowym

wrą dawne ognie. A my tracimy siły, pływacy.

 

Co takiego istnieje w oryginalnym zapisie tego sonetu, czego nie dotknęli albo co nie dość niuansowali polscy tłumacze? Pokażę to na jednym przykładzie – ostatniego zdania wiersza. Po niemiecku brzmi ono: „Wir aber nehmen an Kraft ab, wie Schwimmer” (w dosłownym tłumaczeniu: „My jednak tracimy na sile [tracimy siły], jak pływacy”. Najbliżej literalnego przekładu jest Antochewicz: „My zaś tracimy na sile, jak pływacy”. Blisko – Pomorski: „A my tracimy siły, pływacy”. Spolszczenie Weintrauba nie oddaje w ogóle myśli Rilkego, zasłania ją, gdy usiłuje streścić (i jeszcze – przez inwersję – uniezwyczajnia): „Lecz my, płynąc, obcy sile wszelkiej”. Jastrun, który za wszelką cenę próbuje odzwierciedlić to, co dzieje się w niemczyźnie – „Lecz my jak pływacy słabnąc: chwytamy powietrze” – posługuje się (niestety!) amplifikacją i potrzebuje na ten zabieg całego wersu. Owszem, oddaje słowami sens utraty oddechu u zmęczonych długim wysiłkiem pływaków, ale nie widać tego wcale w zapisie. Jak ktoś, komu ubywa sił, może zajmować cały wers?

Bo to właśnie dzieje się w ostatniej frazie oryginału: ubywa sił i ubywa wersu, a jeszcze bardziej owo skrócenie oddechu słychać i widać, gdy przeciwstawi się pierwszy, dłuższy człon zdania z czasownikiem rozdzielnie złożonym („nehmen”…”ab”) i owym „wir” (my) rozchybotanym przez „aber” (jednak, przecież, lecz) – członowi drugiemu, krótkiemu, ściętemu brakiem tchu: „wie Schwimmer” („jak pływacy”).

Tok przerzutniowy tego sonetu – po niemiecku przerzutnia nazywa się Zeilenbruch (złamanie linijki, złamanie wersu) – jest analogią do zapaści kulturowej w Europie po Wielkiej Wojnie, do zanegowania dotychczasowej wizji świata. Bliski Rilkemu Paul Valéry wyraził to w słynnej frazie: „My, cywilizacje wiemy już, że jesteśmy śmiertelne…”. Rilke i Eliot mówią więcej: umieramy na własne życzenie, umieramy w metafizycznej pustce.

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

[1] Co zaznaczam pogrubieniem czcionki.

[2] Podobnie jak J. K. Weintraub, próbuje Antochewicz oddać po polsku rym toku przerzutniowego, nie klauzulowy, a średniówkowy.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek