fbpx
HOME
Anna Arno

Sztuka nie jest tego warta

Robert Lowell przeszedł do historii literatury jako pionier „poezji konfesyjnej”. Bodajże nigdzie nie odkrył się tak bardzo jak w tomie Delfin (1973). Dedykował go swojej ostatniej partnerce, Lady Caroline Blackwood. Ale w tych osobistych wierszach obficie cytował również fragmenty listów i telegramów od drugiej żony, z którą właśnie się rozstawał. „Nic w życiu bardziej mnie nie zabolało” – przyznawała Elizabeth Hardwick. Ta wybitna pisarka była przekonana, że część jej korespondencji zaginęła. Okazało się jednak, że kontrowersyjne listy zostały zdeponowane na Uniwersytecie Harvarda, z dostępem zastrzeżonym do jej śmierci (zmarła w 2007 roku) … Obecne wydanie Dolphin Letters („Listów wokół Delfina”) jest literackim wydarzeniem. Ten pieczołowicie opracowany tom to znacznie więcej niż notatki o skandalu. Jest świadectwem rodzinnego dramatu, miłości mimo wszystko, a zarazem prowokuje do refleksji nad granicami życia i sztuki.

Poznali się w 1946 roku, na koktajlu w kręgu „Partisan Review”. Lowell był tam z pierwszą żoną, autorką opowiadań, Jean Stafford. Najpewniej dlatego z miejsca nie rzucił się w nową miłość. Jak wspominał po dwudziestu latach:

 

piłem więcej niż inni, aż wreszcie omdlałem

u twoich stóp, zmorzony piciem i upałem

Greenwich Village, zanadto urżnięty,

zbyt sztywny i nieśmiały, aby cię poderwać

(Mąż i żona, tłum. Stanisław Barańczak)

 

On był już uznanym poetą, z nagrodą Pulitzera na koncie. Ona słynęła z bezwzględnych recenzji i cierpkiego poczucia humoru. Pochodziła z wielodzietnej rodziny w Kentucky, ale zachowała zaledwie ślad południowego akcentu. W Nowym Jorku postanowiła zostać żydowską intelektualistką: „ze względu na oświecenie, bliski mi rodzaj wykorzenienia, spojrzenie z ukosa, pasję pogłębiania wiedzy i kosmopolityzm – słowo, które w sowieckiej leksykografii jest synonimem żydostwa”.

„The Dolphin Letters, 1970-1979: Elizabeth Hardwick, Robert Lowell, and Their Circle”. Edited by Saskia Hamilton, Farrar, Straus and Giroux 2019.

Pod koniec 1948 roku Lowell i Hardwick spotkali się ponownie, na pisarskiej rezydencji. Poeta ostro pił i osiągał coraz wyższe rejestry egzaltacji i wzburzenia. W jego maniakalnych tyradach motywy religijne przeplatały się z erotycznymi mrzonkami. Do jednego z przyjaciół zadzwonił o świcie, aby przypomnieć, że „środa popielcowa to dzień, kiedy słowo stało się ciałem”. Z kolei żonie znanego donżuana Allena Tate’a dostarczył listę jego kochanek, a jego samego wzywał do pokuty, trzymając go wywieszonego przez okno. Wiosną 1949 roku był leczony elektrowstrząsami. Jeszcze z kliniki listownie się oświadczył: „Będziemy szczęśliwi, będziemy tworzyć arcydzieła, pływać i zmywać naczynia”. Jak wspominała potem Hardwick, z ich ślubu nikt się nie cieszył. Do ołtarza poszła w pożyczonej od Mary McCarthy czarnej sukni od Balenciagi, a pastor przypomniał zebranym, że to nie jest pogrzeb….

Hardwick z otwartymi oczami związała się z poetą, który od podstawówki nosił ksywkę Cal – „na poły Kaligula, na poły Kaliban”. Prędko zrozumiała, że rozpalone emocje, brutalne zachowania i ryzykowne decyzje powracały u niego cyklicznie i kończyły się załamaniem. „Nikt nie jest w stanie się mną zaopiekować – oświadczył jej gorzko – Zmarnowałem życie. Zawsze będę wariatem”. W 1955 roku przyszła na świat córeczka Harriet. Hardwick, która urodziła ją po czterdziestce, ze względu na domowe obowiązki musiała ograniczyć życie towarzyskie i własne pisanie. Niebawem, pisząc o Sylvii Plath, podważyła powszechną teorię, jakoby macierzyństwo było źródłem twórczej energii: „urodzenie dzieci daje nam siły, by się nimi opiekować i je kochać. Całkiem uzasadnione jest powszechne mniemanie, że inne zajęcia trzeba na kilka lat odłożyć na bok”.

W tomie Studia z natury (1959) Lowell zapisał przejmujący monolog udręczonej kobiety:

 

Mój mąż, podochocony, przerwał domowe kłótnie

i rusza w objazd ulic, pośród prostytutek

przygód na ostrzu noża szukać poza domem.

Zabiłby mnie i zaraz był uniewinniony,

że wariat.

(Mówić o tej niedoli, jaką jest małżeństwo, tłum. Stanisław Barańczak)

 

Lowell nie zacytował tu żony: jedną z inspiracji był Katullus, którego akurat tłumaczył. Ich domowa sytuacja odbija się jednak w tych wersach jak w krzywym zwierciadle. Hardwick musiała znać ten wiersz przed publikacją: mąż pokazywał jej każdy świeży rękopis. Pomimo niedyskrecji, broniła tych wierszy. Studia z natury nie są bowiem pisane jękiem ani wrzaskiem, najwyżej naznaczone cichym bólem. Zresztą Lowell obnażał przede wszystkim siebie. „Z moją głową coś nie bardzo”, wyznawał:

 

chory mój duch łka w każdej krwince,

jakbym go za gardo schwycił…

Sam jestem piekłem,

nikogo tutaj–.

(Godzina skunksa, tłum. Michał Sprusiński)

 

Hardwick rozpoznawała pierwsze pomruki choroby. W 1957 roku jej zwiastunem było huczne przyjęcie, które poeta bez uprzedzenia zorganizował u nich w domu. Nieomal za każdym razem, w przypływach manii wikłał się też w nowe związki. W 1970 roku przyjął posadę w Oksfordzie. Już po kilku dniach nawiązał romans z Caroline Blackwood – pisarką i dziedziczką fortuny Guinnessa, aktualną żoną kompozytora Israela Citkowitza i byłą żoną malarza Luciana Freuda. Prawie przestał pisać do domu, a potem rozbrajająco tłumaczył, że nie wiedział, gdzie kupić znaczki. Na ferie nie wrócił do Nowego Jorku: telegramem zawiadomił żonę, że zatrzymały go „osobiste kłopoty”. Doświadczona Hardwick miała zamiar zignorować i przetrzymać ten romans. Tym razem jednak miłosna egzaltacja Lowella trwała dłużej niż epizod szaleństwa. Z Blackwood poeta spędził siedem lat: doczekali się syna, wspólnie wychowywali też trzy córki pisarki z poprzedniego związku.

Korespondencję Hardwick z okresu rozstania można podsumować cytatem z wiersza Emily Dickinson: „Wielki ból zastępuje rutyna cierpienia”. Na początku miała nadzieję, że pasja minie, mąż opamięta się i wróci do rodziny. Nowa wybranka jest „urocza, żałosna i nierzeczywista”, niegodna nawet zazdrości. W dodatku ten miłosny kaprys może odebrać Ameryce jej barda. Hardwick niezupełnie myliła się w ocenie nowej partnerki męża: Blackwood była uzależniona od alkoholu, popadała w depresje, wielokrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Sama niestabilna psychicznie, nie była w stanie dźwigać choroby Lowella: kiedy on się załamywał, uciekała z tonącego statku… „Jestem dla Ciebie bardzo ważna i ty o tym wiesz – przypominała druga żona – Uratowałam Ci życie, dałam wolność, miłość i pogodę ducha”. Ale Hardwick prędko poskromiła emocje. Odtąd zabiegała głownie o to, by Lowell – serdeczny, ale niedbały ojciec, utrzymał kontakty z córką.

Hardwick wzięła na siebie formalności związane z rozwodem. Nadal rozliczała też podatki poety, który do formalności zupełnie nie miał głowy… Uporządkowała też jego papiery i wynegocjowała warunki ich sprzedaży. Nawet w goryczy i złości nie zapominała, że wiarołomny mąż pozostaje „narodowym skarbem” i wybitnym poetą. „Będziesz tylko rosnąć w cenie, bo jesteś wielkim człowiekiem”. Wysiłki żony Lowell przyjmował jako oczywistość. Sam nie miał siły przeglądać szpargałów: „nienawidzę ich, a przy tym trudno mi się z nimi rozstać”. Z kolei Hardwick przewidywała niedyskrecje przyszłych biografów, którzy będą komentowali, co „Bobbie” powiedział „Lizzie”…

Po okresie „żałoby” Hardwick odbudowała swoje życie domowe, towarzyskie i zawodowe. Nie ukrywała, że jej miłość nie wygasła, ale wyznania zachowała wyłącznie dla najbliższych. W autobiograficznej powieści Bezsenne noce jedynym śladem Lowella jest jego nieobecność. „Zostałam sama tu w Nowym Jorku, nie ma już żadnego my”. On postąpił odwrotnie. Osobisty dramat wykorzystał jako surowiec poezji. Jak przyznawał w Małżeństwie:

 

fikcję zabarwiłem dowodami z pierwszej ręki,

listy i rozmowy sprzedałem jako fikcję –

lecz co będzie prawdziwe lub fałszywe jutro, gdy chirurdzy

wydrenują ropę i zapełnią cyrk, by zobaczyć nas

wypatroszonych na życie pośmiertne?

(tłum. Bolesław Taborski)

 

Dla Hardwick bolesne było nie tylko przytoczenie jej prywatnych wypowiedzi, ale także ich literacka obróbka. Lowell wyciął powtórzenia, fragmenty histeryczne czy obraźliwe, ale też w usta żony włożył słowa, których nigdy nie wypowiedziała. Hardwick stała się bohaterką tomu wierszy, dedykowanego innej kobiecie…  Słowa miłości, gniewu i rozpaczy wykorzystał bez jej zgody i przykroił dla mocniejszego efektu. Jak pisał w tytułowym utworze:

 

Siadałem, by wysłuchać nazbyt wielu

słów współpracującej ze mną muzy,

i może zbyt swobodnie spiskowałem z moim życiem,

nie unikając wyrządzania krzywdy innym,

nie unikając wyrządzania krzywdy sobie –

by prosić o współczucie… ta książka, na wpół zmyślona,

sieć na węgorze, którą zrobił człowiek, by je zwyciężyć–

moje oczy widziały, co zrobiła moja ręka.

(Delfin, tłum. Piotr Sommer)

 

Jak zauważył Seamus Heaney, Lowell „wręczał dajmonionowi megafon”. W Delfinie – ale także w autobiograficznych tomikach Historia oraz Dla Lizzie i Harriet, ten podniesiony głos nie jest modulowany, uzupełniony o subtelniejsze tony. „Nie można wątpić w dobre intencje artystyczne tego, co robi Lowell – pisał irlandzki noblista – nie można też wątpić w temperaturę pieca hutniczego, w którym stopione zostają i odlane te pochodzące ze standardowej sztancy, czternastowersowe, nierymowane sztabki wierszy”. Te utwory brzmią jak łoskot „hali fabrycznej, gdzie sporadycznie rozbrzmiewa dźwięczne piękno pracującego łomu”. Z Lowellem spierała się również Elizabeth Bishop. Ich dyskusja o Delfinie wyznacza poniekąd główne szlaki amerykańskiej poezji dwudziestego wieku. Autorka Sztuki tracenia nawołuje do powściągliwości i zdystansowania. Konfesyjne Studia z życia Lowella były haustem świeżego powietrza. Ale jego epigoni do dziś masowo produkują psychoterapeutyczne utwory o rodzicach i własnych erotycznych przygodach. Jak przekonuje Bishop, wykorzystanie intymnych, tragicznych listów to okrucieństwo i zdrada: po prostu „sztuka nie jest tego warta”.

Po skandalu z Delfinem Hardwick i Lowell pozostali w przyjacielskim kontakcie. „W niebie nie ma małżeństw ani rozwodów” – pisała była żona. Z kolei poeta przyznawał, że korespondencja z nią jest dla niego naturalna jak oddychanie. W 1977 roku, Blackwood zażądała rozstania. Lowell wrócił do Ameryki i do związku z Hardwick. Nieomal całe lato intensywnie pracowali w ich ukochanym wiejskim domu w Maine. Po krótkiej wizycie u Blackwood i syna, Lowell miał zostać na stałe. Jak tłumaczyła Hardwick zdezorientowanej córce, postanowiła go przyjąć, bo „to jest jego dom, a wszystko co mam – także Ciebie – należy również do niego”. Ale Lowell nie dojechał do domu. Zawał dopadł go w taksówce z lotniska Kennedy’ego. Kiedy wyszła po niego Hardwick – już nie żył. Miał przy sobie pakunek: namalowany przez Luciana Freuda portret Caroline Blackwood.

„Nieuleczalne sumienie / przekonuje mnie, że nie piszę swej biografii; / życie nigdy nie gwarantuje, jaka część nas jest życiem” – pisał Lowell w Delfinie. Życie dopisało do tej historii niespodziewany, tragiczny epilog.