Środa, 11 czerwca
„Dwie przeciwstawne winiety sprawiają, że ten imbryczek staje się miniaturowym globusem. Wystarczy obrócić dzióbek w prawo, a jesteśmy w chińskim ogrodzie rozkoszy, z mężczyzną na mostku, być może uczonym mnichem, machającym na widok zbliżającej się łódki. Dzióbek w lewo i jesteśmy w Południowej Karolinie, z szepczącą coś na wietrze palmą kabaczkową – a Południowa Karolina to Stan Palmowy – i parą żurawi kanadyjskich, także zadomowionych w tym regionie, która szuka chłodu w jej cieniu”. To fragment Anegdoty o imbryczku – ładnego eseju Christophera Benfey’a w „The New York Review of Books”. Bohaterem jest osiemnastowieczny imbryczek do herbaty, którego cena wzrosła z 20 dolarów do 806 tysięcy, kiedy rozpoznano jego pochodzenie: z wytwórni działającego w latach sześćdziesiątych XVIII wieku w Południowej Karolinie angielskiego mistrza Johna Bartlama. Do dziś zachowało się na świecie w nienaruszonym stanie tylko dziesięć takich imbryczków – wszystkie w Anglii. Wyprodukowano je ze świętej glinki Czirokezów, która budziła w Anglii zainteresowanie jako surowiec dla producentów, poszukujących alternatywy dla porcelany. Słynny Josiah Wedgwood zamówił w Ameryce pięć ton tej glinki. Benfey opowiada osobliwą historię Bartlama, a czyni to na tle literackim. Przywołuje początek Portretu damy Henry’ego Jamesa ze słynnym zdaniem o przyjemności, jaką daje codzienna ceremonia popołudniowej herbaty, przeciwstawiając mu (bo w koloniach „las zaczynał się kilka mil czy kilkaset metrów od sfery, ucywilizowanej przez herbatę”) wiersz Wallace’a Stevensa o dzbanku, umieszczonym na wzgórzu w stanie Tennessee: „Dzikość podpełzała do niego / po czym wokół się rozłożyła / już nie dzika”. Z rzeczy późniejszych przypomina motyw porcelanowego czajniczka w ruinach Drezna w Rzeźni numer pięć Vonneguta i film Porcelanowa wojna (2024) o parze artystów-garncarzy, którzy w Kijowie wytwarzają porcelanowe figurki – z przesłaniem: „Ukraina jest jak porcelana, łatwo ją potłuc, ale nie można zniszczyć do szczętu”. Znalazło się też miejsce na cytat z Piosenki o porcelanie Miłosza. Całość kończy się przypomnieniem, że słowo serendipity („szczęśliwy traf”) zostało ukute przez pisarza Horace’a Walpole’a, który był miłośnikiem chinoiseries, kolekcjonerem porcelany i przyjacielem ostatniego gubernatora Południowej Karoliny. Warto by ten zaiste serendipitous esej przetłumaczyć.
*
Wczoraj wieczorem w szpitalnej szafce bibliotecznej znalazłem tomik opowiadań Leszka Proroka z roku 1978, a w nim wyrwany z gazety, ale ze starannie podwiniętymi brzegami, krótki artykuł, chyba z „Życia Warszawy”, pt. Sprawa przestępców z Polski na wokandzie węgierskiego Sądu Najwyższego. Mowa w nim o sprawie „bandy przestępczej, której członkami byli obywatele polscy”, jaka trafiła na wokandę „Sądu Najwyższego WRL”. Oskarżeni „przybyli do WRL jako turyści w latach 1980-81. Po okresie pobytu turystycznego nie powrócili do kraju: przez prawie dwa lata przebywali na Węgrzech utrzymując się z machinacji walutowych i grabieży”. Łączne straty szacowane są na kilka milionów forintów. Za węgierską agencją podano, że chodzi o „Krzysztofa Rybitwę, Adama Walczaka, Marka Jakubowskiego, Jerzego Kudlę i Andrzeja Kupisa”. W sądzie pierwszej instancji otrzymali wyroki od 6,5 do 7 lat pozbawienia wolności. „Odwołując się do Sądu Najwyższego WRL, część oskarżonych wystąpiła o uniewinnienie, a część o złagodzenie kary”.
Pamiętam dobrze Leszka Proroka z czasu, kiedy Alicja działała po wprowadzeniu stanu wojennego w komitecie pomocy dla środowisk twórczych, pamiętam jego śmierć w samochodzie, zimą 1984. Kto włożył ten wycinek do książki? Dlaczego do niej? Kim byli owi oskarżeni? Czym naprawdę zawinili? Czy węgierski Sąd Najwyższy okazał się łagodniejszy od trybunału pierwszej instancji? Co się później działo ze skazanymi? (Może ktoś się zgłosi?) Tyle pytań wokół małego – nie tyle wycinka, co „wyszarpka” z gazety, wczoraj znalezionego. Póki co, spod powieki czytam opowiadania z tomiku Nasze czujne spojrzenia.
*
Karetki podjeżdżają dziś jeszcze częściej, niż wczoraj.
*
W opowiadaniu Trzy gesty Prorok wspomina kolegę po piórze, Stanisława Marię Salińskiego: „ostatnie bodaj słowa, jakie wypowiedział przytomnie, brzmiały: «Ten brzeg i tamten brzeg łączy wąska ścieżka»” [1].
*
Mam współlokatora. Andrzej, producent filmowy, lat 55.
Wieczorem: Ride On (2023), chiński, z Jackie’em Chanem.
Czwartek, 12 czerwca
Jest też u Proroka opowiadanie, mające tematyczny związek z „wyszarpkiem”, a mianowicie Ojcowanie. To historia lubelskiego kieszonkowca, który się nie zgadzał, żeby jego młody syn towarzyszył żonie w odwiedzinach; chciał go uchronić od widoku ojca za kratkami. Komentarz narratora: „wspomnienie o doliniarzu utrwaliło się w mej pamięci jako hasło, które skwapliwie jawi się, ilekroć natrafię gdzieś na zestawienie tych dwóch pojęć: godność i ojcostwo. […] Trudno jednak niesforną pamięć obciążać winą za asocjacyjny dobór ilustracji i przykładów z wielkiego archiwum, które każdy z nas w sobie nosi” [2].
Trzeba tu zaznaczyć, że Leszek Prorok, przed wojną działacz ONR, w roku 1945 został aresztowany za współudział w organizacji podziemnej Armii Polskiej. Dostał siedem lat, wypuszczono go 8 sierpnia 1950 roku. Służba bezpieczeństwa interesowała się nim także w okresie po wprowadzeniu stanu wojennego jako działaczem Zarządu Głównego rozwiązanego ZLP i władz polskiego PEN Clubu; śledzono go podczas wyjazdu do Francji jesienią roku 1983. Opowiadanie przynosi kilka ciekawych szczegółów, słyszanych od owego doliniarza Franka, np. „o dyskretnych propozycjach kół miarodajnych zorganizowania w jednej ze stolic zachodnich bezkarnie i za wynagrodzeniem podkopu pod ambasadą ciekawiącą szczególnie wywiad” albo zatrudnienie odsiadującego wyrok kasiarza do „jakiegoś ministerstwa czy innego wysokiego urzędu” z zadaniem otwarcia „zatrzaśniętej kasy urzędu, do której zagubiono szyfr” [3].
*
„NZZ” pisze o zainteresowaniu, jakie budzi w świecie zapowiedziane na rok 2030 wprowadzenie w Szwajcarii pierwszych pociągów bezzałogowych. Mowa jednak nie o normalnej linii kolejowej, tylko o kolejce wąskotorowej (na torach o szerokości, od niedawna, 100 cm, przedtem węższych), która jeździ w półkantonie Bazylea-Okręg na trasie o długości 13 kilometrów, łączącej Liestal z Waldenburgiem.
A ja dziś na poziomie „minus 1” widziałem młodego człowieka, który ciągnął sam długi pociąg, złożony z dziesięciu solidnych metalowych wózków wysokich na półtora metra i wypełnionych ciężkimi tacami z brudnymi talerzami.
*
Wieczorem: Fallen (1998) z Denzelem Washingtonem i Johnem („Big Lebowski”) Goodmanem.
Piątek, 13 czerwca
Izrael zaatakował Iran. Nowa wojna?
*
Niespodzianka lekturowa w tomiku Proroka: oparte na autentycznych wydarzeniach w dawnej historii Chin opowiadanie Skarbiec Fu-Czenga o starcu, którego pamięć do tekstów pozwoliła ocalić skarby kultury po próbie zniszczenia przez władcę całego dotychczasowego piśmiennictwa. Koniec lat siedemdziesiątych. W czasie, kiedy Waniek z Urbanowiczem tłumaczyli i wydawali w niewielkich nakładach, na przebitce, tybetańską księgę umarłych, Leszek Prorok w zgrabnie napisanym opowiadaniu upowszechniał myśli chińskich mędrców, zaznaczając w nocie końcowej: „Fragmenty poetyckie i maksymy, przytoczone w tekście, tłumaczył prof. Bogdan Richter” [4]. Nakład Naszych czujnych spojrzeń: 10 tysięcy egzemplarzy.
Bogdan Richter to zresztą ciekawa i tajemnicza postać. Urodzony w roku 1891, ukończył orientalistykę w Lipsku, a w roku 1919 został wykładowcą filologii chińskiej i japońskiej na Uniwersytecie Warszawskim. W roku 1929 osiadł w Egipcie jako korespondent „Gazety Polskiej”. Zamieszkał w uzdrowisku Heluan, gdzie stał się właścicielem willi, nazwanej na cześć córki „Jola”. W roku 1930 w jego pensjonacie mieszkała Zofia Kossak-Szczucka, a w roku 1932 marszałek Piłsudski. Wiele podróżował po rejonie Bliskiego Wschodu. Od 6 listopada 1935 do 6 września 1936 roku publikował w „Gazecie Polskiej” reportaże z wojny włosko-abisyńskiej (kiedy zachorował, pałeczkę przejął Aleksander Janta-Połczyński). Richter nigdy nie wrócił do kraju, zmarł w roku 1980.
Niedziela, 15 czerwca
Wieczorem, z mojej inicjatywy (z powodu pewnej książki, którą zacząłem czytać, o czym później) film The Tuskegee Airmen (1995) Roberta Markowitza, o złożonej z samych Murzynów eskadrze pilotów amerykańskich w czasie II wojny; potem The Departed (2006) Martina Scorsese.
Poniedziałek, 16 czerwca
Dziś był w robocie nóż do papieru: w oddziałowej biblioteczce znalazłem nierozciętą książkę, moją równolatkę. W latach siedemdziesiątych zbierałem wydawane za najgłębszej komuny przekłady książek utopijnych socjalistów i komunistów: Fouriera, Saint-Simona, Weitlinga. Korzystały one z taryfy ulgowej cenzury ze względu na to, że o ich autorach pisywali klasycy marksizmu. Do tej kategorii należy też obecne znalezisko, na które wówczas nie natrafiłem: Sprzysiężenie Równych Philippe’a Buonarrotiego.
Filippo Buonarroti (Piza 1761-Paryż 1837) był w prostej linii potomkiem rodzonego brata Michała Anioła. Zawodowy rewolucjonista, jakobin, wolnomularz, zwolennik Babeufa, działacz na rzecz zjednoczenia Włoch, proponował stworzenie światowego spisku dla obalenia wszystkich monarchów. Bodaj najciekawszym epizodem w jego burzliwej biografii są lata 1794-95, kiedy pełnił funkcję komisarza rewolucyjnego ksiąstewka Oneglii na Riwierze Liguryjskiej (połączonego unią personalną z Sabaudią, ale otoczonego terytorium republiki genueńskiej), gdy zostało one zajęte przez Francuzów. W tym krótkim okresie Buonarroti mógł realizować swoje koncepcje idealnego miasta-państwa. W imię ideału równości ludzi zniósł wszelkie przywileje, rozdawał ubogim ziarno siewne, wprowadził bezpłatne szkolnictwo stopnia podstawowego i średniego z programem edukacji laickiej i demokratycznej.
Sprzysiężenie Równych poprzedza silnie zideologizowany wstęp historyka idei socjalistycznych, rektora uniwersytetu moskiewskiego Wiaczesława Wołgina, zakończony wnioskiem: „Bez poznania ruchu babouwistów [5] nie można w pełni zrozumieć rozwoju myśli socjalistycznej na przestrzeni kilkudziesięciu lat poprzedzających bezpośrednio powstanie marksizmu” [6].
Pierwszy tom Sprzysiężenia Równych jest subiektywnie i żywo, z punktu widzenia jednego z głównych uczestników napisaną historią nieudanego spisku Babeufa z maja 1796 roku. Czytałem pojedyncze rozdziałki, kierując się spisem treści i wypisując co bardziej frapujące fragmenty (numer strony w nawiasie).
„Brak pieniędzy był, być może, najbardziej charakterystyczną cechą naszego sprzysiężenia; przywiązanie do bogactw uważane było przez sprzysiężonych za przestępstwo, a tajny dyrektoriat korzystał ze świadczeń patriotów jedynie dla pokrycia najniezbędniejszych wydatków na druk swych pism i na utrzymanie biednych demokratów, których zatrudniał” (s. 161).
„W tym ustroju społecznym wszystko sprzyja rozmnażaniu się rodzaju ludzkiego; wspólnota usuwa przyczyny, które czyni zbliżanie się płci mniej częstym; daje duszom spokój, który jest nam nieznany; wzmacnia ciała przez czynności łagodne i urozmaicone oraz zwiększa ilość produktów użytecznych dla wszystkich, usuwając jednocześnie zbytek i próżniactwo” (s. 203).
Nie rozciąłem całego tomu, niech kto inny za sto lat ma tę samą przyjemność.
Wtorek, 17 czerwca
Wieczorem: Les Intouchables (2011) z Omarem Sy, francuski film o sparaliżowanym arystokracie, oparty na autentycznej historii Philippe’a Pozzo di Borgo. Nawiasem mówiąc, ród Pozzo di Borgo to stara arystokracja korsykańska – Carlo Andrea z nienawiści do swego ziomka Napoleona wstąpił do rosyjskiej służby dyplomatycznej i był ambasadorem Rosji w Paryżu, potem w Londynie; Joseph, antykomunista, był w latach trzydziestych XX wieku działaczem skrajnie prawicowego spisku kagulardów (zachowała się jego korespondencja z Władysławem Sikorskim). Mam wrażenie, że jeden z członków rodu się spolonizował, ale trudno mi to w tej chwili potwierdzić.
Środa, 18 czerwca
Wczoraj „Guardian” pisał o odkryciu w północnej Danii cmentarzyska z drugiej połowy X wieku, zawierającego sporo cennych przedmiotów – perły, monety, ceramikę oraz pudełko z motkiem złotej nici. Są to zapewne groby rodziny jednego z dworaków króla Haralda Sinozębego, który schrystianizował Danię. Król Harald ma jeszcze jedną, pośmiertną, zasługę: od jego przydomka pochodzi nazwa urządzenia do komunikacji bezprzewodowej (Bluetooth), wynalezionego przez pewnego Skandynawa…
Dziś tamże artykuł o ponownym otwarciu Little Museum w Dublinie, gromadzącego eksponaty związane w jakiś sposób ze stolicą Irlandii. Jest tam egzemplarz pierwszego wydania Ulissesa, jest maska pośmiertna Jamesa Joyce’a. Towarzyszą jej okulary słoneczne Bono, jakiś już nie tyle dom, co pałac lalek, oraz cała menażeria wypchanych zwierząt. Biedna maska.
Boże Ciało
Wieczorem: Bogowie (2014) o Zbigniewie Relidze. To nie jest film dla sercowców, zwłaszcza w dniu urodzin, chciałem napisać, ale po zastanowieniu cofam to zastrzeżenie. Mocny.
Piątek, 20 czerwca
W Szwajcarii toczy się debata na temat dalszych losów neutralności tego kraju, ożywiona od roku 2020, kiedy to rząd zadecydował o poparciu sankcji wobec Rosji. Obecnie izba wyższa parlamentu większością głosów uchwaliła postulat wprowadzenia do konstytucji następującej definicji: „Szwajcaria jest neutralna. Jej neutralność jest wiecznotrwała i zbrojna. Federacja korzysta z neutralności, żeby zapewniać niezawisłość i bezpieczeństwo Szwajcarii i przyczyniać się do zapobiegania konfliktom oraz do ich rozwiązywania. Podejmuje się roli pośrednika”. Rząd nadal uważa, że nie ma powodu do zmiany ustawy zasadniczej.
*
Wieczorem: Transporter 3 (2008). Hmm.
Sobota, 21 czerwca
Na urodziny dostałem tomik opowiadań szwajcarskiej pisarki Adelheid Duvanel (1936-96). Bywa porównywana do Roberta Walsera – łączy ich upodobanie do krótkich mrocznych próz i tajemnicza śmierć w podobnych okolicznościach. Myślę, że trafniejsze byłoby porównanie do duktu Heinricha von Kleista. Tylko Duvanel jest od Kleista jeszcze dziwniejsza.
Krótko o życiu. Ciężkie dzieciństwo i młodość (internat, klinika psychiatryczna). Edukacja plastyczna (projektowane tkanin). Małżeństwo z malarzem, życie cyganerii artystycznej. Narodziny córki (zostanie narkomanką, zachoruje na AIDS, urodzi córkę, której los jest dziś nieznany, umrze przed matką). 1968/69 mieszkają w trójkę na wyspie Formenterze (Baleary), w tej mekce hippisów i nudystów. Życie w trójkącie, potem rozwód. Cały czas pisze krótkie opowiadania, od 1976 publikuje je w tomikach. Samobójstwo byłego męża. Znów pobyty w zakładzie psychiatrycznym. Śmierć przez wychłodzenie ciała i nadmiar zażytych leków w wyjątkowo chłodną lipcową noc, w podbazylejskim lesie.
Frederike Kretzen napisała o prozie Duvanel: „To jest mowa szczegółów. Twarda i fantastyczna jak mowa wierszy haiku. To, co ta mowa chwyta – staje się, jest obecne, trwa. Jej dokładność trafia w punkt. Następne zdanie nie da się przewidzieć, powstaje całkiem od nowa w swej własnej teraźniejszości, od razu gotowe. Jego słowa się nie chwieją i nic nie ukrywają. Stoją, są tym, co mówią. Tylko na nie same jest w nich miejsce. Jakby były imionami, którymi można zaklinać świat” [7].
Ta lektura wymaga poświęcenia. Miałem ochotę odłożyć, przeczytawszy na pierwszej stronie: „nie ma nic przyjemniejszego, niż wydłubać z nosa gluta i rozetrzeć go między kciukiem a palcem wskazującym” [8]. Ale się przemogłem, by zostać kilka stron dalej wynagrodzonym takim oto obrazem:
„Dorosła Joanna wdrapuje się przez otwarte okno do pokoju koleżanki; zaparza sobie rumianek i czyta Tomasza z Akwinu, zaciągając się cygarem. Promienie słoneczne padają na małe lusterko zawieszone w klatce z papużką, która czyści sobie piórka; plamka świetlna, rzucana przez okrągłe szkiełko, skacze po całym pokoju jak złota moneta, którą ktoś ciska o ściany” [9].
Przekład polski dziwny. Czytałem, zerkając do oryginału, i coraz to coś mnie zaskakiwało. Na przykład takie zdanie: „Dwóch ważnych rzeczy nie nauczyła się nigdy: grać na fujarce i lizać lodów” [10]. W oryginale jest „einen Ballon aufzublasen und pfeifen” [11], czyli „nadmuchiwać balon i gwizdać”. Po co ta zmiana? Albo: „Młoda kobieta leży na łóżku w korytarzu, jak na kozłach” [12]. Co to znaczy? Jak można leżeć na kozłach? W oryginale jest zwrot „wie auf einem Schragen” [13]. Słowo Schragen może rzeczywiście oznaczać «kozła», zbitego ze skrzyżowanych desek czy palików. Wystarczy jednak zajrzeć do starszych słowników, żeby zobaczyć, że wśród synonimów są też takie słowa jak Ruhebett czy Sopha. „Młoda kobieta leży na łóżku w korytarzu, jak na sofie”. Nawiasem mówiąc, przysłówek schräg to jedno z ulubionych słówek Kleista.
Spod powieki odnotowuję: „Zaciskam powieki. Zamykam się przed światłem dziennym, gdy jestem w tramwaju, pod wiatą na przystanku, w łazience, w poczekalni. Zdumiewające, jak opuszczenie powiek wymazuje cały świat. Najchętniej zatrzasnęłabym również uszy” [14]. Pierwotny strach? Strusi eskapizm? Czy definitywny powrót do platońskiej jaskini?
*
Johnny (2022) o ks. Janie Kaczkowskim. Debiut fabularny Daniela Jaroszka (rocznik 1989), zawodowego twórcy teledysków. Dawno żaden film mnie tak nie poruszył. Przymykam oczy i widzę serię z ukosa filmowanych oczu – rzęsy ks. Jana na samym początku, oczy Patryka przed pójściem do więzienia, oczy ojca w scenie na szosie, oczy siostry i brata, patrzące na umierającego Jana. I słyszę dwa tempa: nerwowy rytm jazdy samochodem, scen w dyskotece i siekania warzyw w kuchni. I graniczący z bezruchem rytm biedermeierowskich wnętrz, albo powolny ruch przybrzeżnych fal.
Niedziela, 22 czerwca
Wczoraj CNN podało, że Pakistan zgłosił kandydaturę Donalda Trumpa do pokojowej nagrody Nobla. Wieczorem Klara z Dziewczynkami ruszyła nocnym lotem z Addis Abeby do Brukseli. W tym samym czasie nieco tylko dalej na wschód amerykańskie samoloty, startujące z bazy na wyspach Czagos na środku Oceanu Indyjskiego, leciały nad Iran, żeby zniszczyć bombami głębinowymi podziemne urządzenia nuklearne.
Wyszedłszy na spacer po przyszpitalnym ogrodzie napotkałem gołębia. Siedział na parapecie nastroszony, z marsową miną. Stalowy gołąb pokoju? Samolot z Etiopii bez opóźnienia wylądował rano w Belgii.
[Późniejszy dopisek: informację o starcie z wysp Czagos zaczerpnąłem z przewidywań „Guardiana”; ex post podano, że bombowce leciały ze stanu Missouri. To jednak tylko dodaje kwestii dramatyzmu: trajektoria ich lotu musiała się tej nocy przeciąć z trasą samolotu pasażerskiego Addis Abeba – Bruksela].
*
Wieczorem: Wonder Woman (2017). Nie mój świat (kino akcji oparte na serii komiksów), ale wmieszanie postaci z greckiej mitologii w świat ludzi w okresie I wojny światowej przypomniało mi zabieg, jakiego dokonał Nikodem Muśnicki, wprowadzając w poemacie Pułtawa (Połock 1803) Pallas Atenę i Marsa na pola walk Karola II i Mazepy z carem.
Poniedziałek, 23 czerwca
Dostałem w prezencie niezwykłą książkę. Podobne drukowano w czasach Renesansu: zbiorki wierszy pochwalnych pióra różnych poetów dla uczczenia jakiejś osoby czy pary nowożeńców. Tutaj poetka jest jedna, za to autorów wyboru („wybiórców”) dziesięcioro. Mam w ręku wielką rzadkość bibliograficzną: jeden z zaledwie dwudziestu (!) egzemplarzy starannie i ładnie wydanego zbioru 80 wierszy jednej z ciekawszych żyjących polskich poetek. Wybierali członkowie trzech pokoleń najbliższej rodziny i ku ich zaskoczeniu okazało się, że wspólnych wyborów było mało: tylko jeden wiersz znalazł się na liście pięciu osób, za to aż pięćdziesiąt utworów miało tylko jednego zgłaszającego. Jak z tego widać, jest to poezja trafiająca do różnych odbiorców. Książka ma białą płócienną oprawę z tłoczonym tytułem i aksamitną niebieską zakładką, co nadaje jej nieco mszalny wygląd. Jeśli jeszcze zważyć, że „wybiórcy” poszczególnych utworów zostali oznaczeni jedną bądź dwiema literami imienia, narzuca się skojarzenie: biblijne sigla. Jest nawet, jak w Nowym Testamencie, J oraz Mk (ten ostatni odpowiada też za projekt typograficzny całości). Wariat w bukszpanie. Biała rodzinna ewangelia.
*
Spod powieki: „[Hitler] po stanięciu przed tłumem zmieniał się w charyzmatycznego mówcę i doprowadzał sfanatyzowaną masę do ekstazy. Hitler nawet wiedział, że trzeba szeroko otwierać oczy, żeby lepiej było widać białka, bo te odbijają światło” [15].
*
Wieczorem: Ciemno (1995), spektakl telewizyjny Janusza Majewskiego. Pomysł z Niespodzianki Rostworowskiego wpisany w realia polskiej wsi okresu transformacji, z dobrą obsadą i dużą dawką mrocznego humoru.
Środa, 25 czerwca
Czarny dzień. Po porannych ćwiczeniach siedzę kompletnie wyczerpany na korytarzu i widzę dwie wysokie bliźniaczki. Ale podeszła do mnie już tylko jedna. Za chwilę idzie dwóch grubych bliźniaków. Ale dochodzi tylko jeden. Zorientowałem się, że to chyba objawy tzw. podwójnego widzenia. Wracam do pokoju na wózku inwalidzkim. Po popołudniowych zajęciach to samo. Na oddziale robią mi EKG, badają krew, zakładają holter. Szpital jest nowoczesny, wyniki badań nadchodzą za chwilę. Z początku jest powód do niepokoju, ale wieczorem sytuacja się normalizuje. Nie trafiam na stół operacyjny. A pogoda dla sercowców okropna.
Czwartek, 26 czerwca
Rano czytam o przygotowaniach do ewakuacji najcenniejszych dzieł sztuki z polskich muzeów na Zachód na wypadek „czarnego scenariusza”. Potem zjeżdżam na dół na gimnastykę serca. W korytarzach jednego skrzydła szpitala z głośnika dobiega komunikat:
UWAGA, UWAGA. WAŻNY KOMUNKAT DLA PERSONELU. WYSTĄPIŁ STAN WYJĄTKOWY. PROSZĘ PRZYGOTOWAĆ PACJENTÓW I POSTĘPOWAĆ ZGODNIE Z INSTRUKCJĄ ZERO.
Gorączka myśli. Jaki stan wyjątkowy?? Pożar w szpitalu? Awaria chemiczna? Eskalacja wątpliwości co do ważności wyborów? Początek rosyjskiej inwazji? Nikt się tym jednak jakoś nie przejmuje. Później dowiaduję się, że uprzedzano, żeby nie zważać na komunikaty węzła radiowego – trwają ćwiczenia przeciwpożarowe. Spałem nad ranem mocno i tego akurat nie słyszałem. Emocja pozostała.
*
Wieczorem: Over the Top (1987) z Sylvestrem Stallone. Sentymentalna opowieść o kierowcy ciężarówek, który osiąga mistrzostwo w siłowaniu się na rękę, żeby odzyskać porzuconego kiedyś syna. Oglądałem z niejaką przyjemnością przez wspomnienia z okresu, kiedy Miłosz i Karol fascynowali się wrestlingiem, a następnie jego wirtualną odmianą pod nazwą: e-wrestling. Wymyślali biogramy zawodników i potencjalne pojedynki, założyli światową ligę, gromadzącą nie tylko nieletnich uczestników, wydawali biuletyn, bawili się na całego. Pamiętam w czasie wycieczki dla stypendystów z rodzinami spotkanie z prezydentem von Weizsäckerem w ogrodach Willi Hammerschmidt. Miłosz przecisnął się między nogami młodych uczonych, mówiąc: „Herr Bundespräsident, czy mogę o coś zapytać?”, po czym wypytał gospodarza spotkana, co sądzi o sporcie, o wrestlingu itp. Po powrocie do Stuttgartu opublikował ten mały „wywiad” w swoim biuletynie. Chłopcy, kiedy wróciliśmy do Warszawy, żeby zachować zdobytą znajomość języka, chodzili do szkoły niemieckiej. Pewnego dnia przebywający z oficjalną wizytą w Polsce Richard von Weizsäcker wizytował Deutsche Schule Warschau. Dyrektor, dowiedziawszy się od Miłosza o tamtym wywiadzie, pokazał wydruk biuletynu prezydentowi RFN, który złożył na nim solenny autograf.
Piątek, 27 czerwca
Wieczorem: po raz drugi Johnny. Potwierdza się pierwsze wrażenie zachwytu, wychwytuję nowe smaki w montażu, scenografii, operowaniu dźwiękiem. To jest film, który w człowieku zostaje na trwałe.
Spod powieki. Fragment kadru z filmu Johnny. Fot. Jan Zieliński
Sobota, 28 czerwca
Kiedy po trzech tygodniach pojawiłem się przed furtką domu w Opypach, powitał mnie głośny i czysty śpiew wilgi.
Bilans pobytu: jednoznacznie pozytywny. Straciłem kilka zbędnych kilogramów. Wróciły siły i ochota do życia. Nabrałem nowych nawyków jedzeniowych i motorycznych. A sam pobyt, mimo więziennych niemal obostrzeń (zakaz opuszczania terenu szpitala) i środowego incydentu, minął całkiem przyjemnie. Miałem czas, żeby podgonić grantowe zaległości przekładowe. Trafiłem na kulturalnego współlokatora, dzięki czemu nie byłem wystawiony na całodzienne słuchanie telewizora, a równocześnie poszerzyłem znajomość sztuki filmowej o pozycje, po które sam bym pewnie nie sięgnął (nie mówiąc już o fascynacji Johnny’m). Maria przychodziła codziennie; odwiedziły mnie też trzy moje doctoressy i dawno niewidziani przyjaciele, Blanka z Tomkiem. Miałem poczucie, że jestem cały czas pod uważną medyczną „skrutynizacją”, która nie polega na doraźnym zalepianiu dziur, tylko jest wychylona w przyszłość, zmierza do wypracowania optymalnego, całościowego modelu dalszej egzystencji. Zobaczymy, co mi się z tego programu uda wykonać.
*
Skończyłem trzydziesty czwarty tom Dzieł Józefa Mackiewicza, niestrudzenie wydawanych w Londynie w jednolitej szacie i sumiennym opracowaniu edytorskim przez Ninę Karsov. 460 stron korespondencji Mackiewicza i Barbary Toporskiej z ich przyjacielem, ciekawym prozaikiem (Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego, Wojna i sezon, Brudne niebo) Michałem Kryspinem Pawlikowskim (Pućków w Ziemi Mińskiej 1893 – wyspa Maui na Hawajach 1972).
Czego można się z tych listów dowiedzieć? Na przykład tego, że jedną z ulubionych lektur dzieciństwa Józefa Mackiewicza było – przywołane przez Pawlikowskiego w Dzieciństwie i młodości Tadeusza Irteńskiego – opowiadanie Sieroszewskiego Latorośle. Mackiewicz pisze do przyjaciela w kwietniu roku 1955: „Ty wiesz, że ten kawałek Sieroszewskiego to był mój zachwyt z lat dziecinnych. Od czasu nie mogłem go jakoś nigdy dostać i przeczytałem dopiero w twoich wypisach” [16]. To opowiadanie o dramatycznej leśnej przygodzie dwóch młodocianych braci (fabułą przypominające Górski kryształ Adalberta Stiftera) zaczyna się od opisu wyprawy na strych, gdzie są rozmaite skarby: „Można tu niespodzianie odkryć całe kopalnie ciekawych rycin z Adamem, Ewą, Abrahamem; obrazów, na których nic nie widać, ale oprawnych w piękne, pozłacane ramy; starych, niepotrzebnych książek, w mocnych tekturowych okładkach; waz prawie całych; wśród tych rupieci znajduje się też stary zegar, który, naciągany, okropnie bzyka, ale chodzić nie chce; całe kłębki szpagatu, moc gwoździ, sprzążek, haków” [17].
W innym liście, z 13 grudnia 1955 roku, Mackiewicz znów wspomina lektury dzieciństwa: „W łóżku nauczyłem się kochać przyrodę, z książki Bogdanowa Priroda, ładniejsza od Bohdana Dyakowskiego Nasz las i jego mieszkańcy” [18].
W liście z 13 sierpnia 1969 roku znalazła się świetna formuła na temat powikłanych stosunków politycznych i narodowościowych na Wileńszczyźnie: „Nasze ziemie były najbardziej rozpiętym wachlarzem sprzeczności, a z ręką na sercu: zapiekłych nienawiści wzajemnych. Jeżeli ma się oddać ich oblicze, to niech będzie oblicze prawdy” [19]. Wachlarz sprzeczności! O paradoksach Ziemi Mińskiej i okolicznych ziem pisze Mackiewicz w swym wspomnieniu pośmiertnym o Pawlikowskim: „[…] była to jedna z ziem należących do wyjątkowego w Europie fenomenu. Leżała bowiem w szczególnym pasie od Oceanu Lodowatego po Morze Czarne, w którym górna, rządząca warstwa ludności nie mówiła nigdzie tym samym językiem co warstwa niższa. W Polsce i szlachcic, i chłop mówili po polsku; w Rosji i jedni, i drudzy po rosyjsku. Ale w Finlandii szlachta mówiła po szwedzku, chłopi po fińsku; w krajach bałtyckich szlachta po niemiecku, a chłopi po estońsku i łotewsku; w Wielkim Ks. Litewskim szlachta po polsku, chłopi zaś po litewsku i białorusku; na Wołyniu ukraińskim i Ukrainie aż po Krym, górna warstwa mówiła po polsku lub rosyjsku, a chłopi po ukraińsku” [20].
Wzbogacają tom dwa teksty wydrukowane w aneksie: przekład przedmowy Mackiewicza do niemieckiego wydania Kontry oraz jego wspomnienie ze służby w 10. Pułku ułanów w pierwszych miesiącach roku 1919. Przedmowa to kapitalny wykład koncepcji historii stosunków politycznych w Europie w XX wieku Mackiewicza, kluczowej dla zrozumienia jego stanowiska politycznego. Była ona przeznaczona do wydania polskiego, w Bibliotece „Kultury”, jak się dowiadujemy z listu z 29 lipca 1957 roku: „[…] cała książka poświęcona jest dowodowi, że demokracje zachodnie nie tylko nie chciały i nie chcą walczyć z bolszewizmem, ale mu z serc i duszy pomagały. Inna rzecz, że Giedroyc uciął mi cały wstęp, w którym to mówię wprost. Wstęp ten, w całości, ukaże się dopiero w wydaniu niemieckim. (Za tydzień już)” [21]. Na przykładzie kilku paradoksów okresu drugiej wojny światowej pisarz pokazuje, jak doszło do sytuacji, którą ujmuje w lapidarną formułę: „«azjatycki» Wschód występuje jako wróg, «kapitalistyczny» Zachód jako sojusznik bolszewików!” [22]. Cała ta przedmowa mogłaby się śmiało znaleźć w dzisiejszych podręcznikach historii współczesnej.
Do wspomnienia o pułku ułanów miałbym jedno uzupełnienie. Mackiewicz, starając się pieczołowicie odtworzyć wszystkie realia w tekście, opatrzonym tytułem Strzępy przez mgłę…, wspomina śpiewane przez ułanów piosenki. Jedna z nich została po fragmencie o „błękitnych oczach z firanką” zidentyfikowana jako rosyjska piosenka o wąsatych huzarach [23]. Bez objaśnienia pozostała inna: „W Bielsku było dość ponuro. Zgorszyliśmy mieszkańców wkraczając do miasta z pieśnią: Tumbaryja! (Po 150-letniej niewoli!)” [24]. Tutaj przydatne mogłoby być sięgnięcie do śpiewnika piosenek legionowych Szula, w którym znalazł się krótki utwór z roku 1914 z tekstem „Nie ma głodu strzelec, / Bo to bestia taka, / Że dziś na widelec / Nabija kozaka” i refrenem ze słowami „Tumba tumba tumbaryja, / Tumbaryja uhaha!” [25].
*
Po południu Addis Abeba (via Bruksela) zjechała do Opypów. Pełno radości i krzyku.
Sobota, 5 lipca
Ścieżki wyrzutków Krystiana Machaja (Gdynia, Novae Res, 2025). Kupiłem tę książkę dla starszego syna, ze względu na podobieństwo życiowej fabuły: bohaterem jest młody człowiek o imieniu Miłosz, doktorant, szykujący się do prestiżowego zagranicznego stypendium, który w życiu stara się kierować sercem; bohater wyjeżdża na Teneryfę i mieszka tam w jaskini wśród hippisów i „offgridowców” (termin używany pierwotnie w fotowoltaice – tu w sensie: żyjący poza systemem). Ale zacząłem sam czytać i szybko się wciągnąłem. Pierwszy tekst, Jaskinie Teneryfy, ma rozmiary przeciętnej dzisiejszej powieści, 250 stron. Narrator całymi dniami zapisuje w zeszycie, słusznie zwanym Myślnikiem, swe obserwacje, rozmowy i przemyślenia. Buzuje w nim, kipi: „Jakbym był iskrą, to chciałbym być ogniem lub wykorzystać swą moc, aby rozpalić świat” (s. 71). Ma swoje własne przyzwyczajenia („Tradycyjnie kichnąłem dwa lub trzy razy na powitane słońca”, s. 106). Był na Rainbow Family Gathering, pociąga go (choć z zastrzeżeniami) muzyka psy-trance. Miejscami przypomina mi Stachurę tą mieszanką zachwytu dla natury i wędrowania z ciągłą potrzebą urządzania świata na nowo i lirycznym sznytem. Wzrusza odkrywaniem na nowo prawd dawno odkrytych. Kiedy pisze „Lampka przykryta prześcieradłem!!! Gdzie jest lampka przykryta prześcieradłem, skoro jest i ciemność i jasność?” (s. 223), zdaje się nie zauważać, że przez ten obraz prześwieca ewangeliczny motyw z Kazania na górze, który Norwid ujął w Promethidionie w formułę „Bo nie jest światło, by pod korcem stało”. Ale też, jak sam w innym miejscu kokietuje, z Biblii pamięta tylko jeden cytat, o miłowaniu bliźniego swego.
Oprócz Jaskiń Teneryfy są w książce jeszcze dwa teksty: krótkie Wspomnienia znad Morza Martwego (budzące o dziwo skojarzenia z pustynnymi opowieściami Hłaski) oraz Rainbow Family Gathering w Finlandii, długi reportaż z posthippisowskiego festiwalu. Słowo reportaż jest tu może za słabe, proza Krystiana Machaja ma bowiem wyraźne ambicje filozoficzne. Jaskinie Teneryfy są jakby współczesną, rozbudowaną wersją platońskiej przypowieści o jaskini. A rozważania, snute w lasach Finlandii przypominają trochę Lato Leśnych Ludzi Rodziewiczówny, ale bardziej Walden Thoreau. Bohater i jego leśni towarzysze przemieszczają się, „jakby unosili się nad ziemią” (s. 287). Kiedy znajdą coś, co budzi ich szczególne zainteresowanie, nadają temu własną nazwę, jak „korost” – spowijający korę „zielony porost o strzępkowatych mackach, tworzący przy samej korze gęstą powłokę niczym naturalny dywan, bardziej szorstki niż miękki, bardziej kwaśny niż słodki” (s. 327). Tak, ten autor generalnie budzi we mnie sympatię.
*
W „NZZ” artykuł o tym, że w X wieku, jakiś czas po pierwszej bitwie pod Poitiers (732), Arabowie zaczęli ponownie zapuszczać się na północną stronę Alp. „To brzmi jak horror, napisany przez skrajnie prawicowego autora: muzułmanie wdzierają się w alpejską krainę, okupują szlaki komunikacyjne, pustoszą klasztory i wioski, wybierają sobie młode kobiety, mordują i wymuszają złoto”. No właśnie – można się zastanawiać nad sensem publikowania takiego artykułu akurat teraz, gdy niemal codziennie nadchodzą z Niemiec nowe wiadomości o incydentach z udziałem młodych „saracenów”.
*
Numer jubileuszowy z okazji pięćdziesięciolecia miesięcznika „W Drodze”. Już w pierwszym tekście, w rozmowie z roku 2006 z pierwszym redaktorem pisma, o. Marcinem Babrajem OP, pod z Majakowskiego wziętym tytułem Żeby nas nie zatłukły kanarki rewelacyjna dla mnie informacja o genezie tytułu pisma: „Chodziły mi po głowie różne pomysły. Długo myślałem o tytule związanym z prawdą, ale był on niewygodny ze względu na skojarzenia z moskiewską «Prawdą». Łacińska wersja «Veritas» kojarzyła się z PAX-em i jego wytwórnią świec i past do butów. Pewnego dnia wpadła mi w ręce powieść Jorisa-Karla Huysmansa W drodze. Pomyślałem od razu, że to dobry biblijny tytuł oddający prawdę o kondycji człowieka, homo viator, będącego w drodze do domu Ojca. I na drugi czy trzeci dzień dostałem list od Jacka Salija z propozycją takiego samego tytułu. Tak więc opatrznościowo wpadliśmy na tę samą nazwę dla pisma”. Kto by pomyślał: autor dekadenckiej powieści Na wspak patronem poznańskiego pisma katolickiego.
Inna dotycząca Francji ciekawostka: „W katedrze Notre Dame w Paryżu jest witraż z zaznaczonymi miejscami pielgrzymkowymi […] Obok Rzymu i Santiago de Compostela jest Święta Góra Polanowska”. Góra Polanowska koło Darłowa, miejsce czczone już w czasach pogańskich, pustelnia franciszkańska przy dawnej Drodze Jakubowej. Na witrażu w Notre Dame? Ciekawe, czy przetrwał pożar i renowację.
Piękny tekst o. Jana Góry OP o starych meblach i wysłużonych przedmiotach, z taką pochwałą wiecznego, jakże wiecznego pióra: „Stryj jakby w testamencie ofiarował mi wyschnięte «wieczne» pióro. To «pióro plebana» stało się jednak najwartościowszym, jakie miałem w ręce. Nie pisząc, napisało przecież moją liryczną historię powołania”.
Ks. Tischner cytuje Rilkego w kontekście budowania domu: „Człowiek odkrywa czas, odkrywa jutro, odsłania mu się przestrzeń, miejsce. «Gdzie ty jesteś, wyrasta miejsce» (R. M. Rilke).
Spod powieki odnotowuję pierwszy pośmiertny cud św. Tomasza z Akwinu: „Jeszcze zanim położono go na marach i rozpoczęto modlitwy, podczas mycia zwłok jeden z braci położył się na nim, w ten sposób, że jego oczy były na równi z oczami Tomasza, i doznał uzdrowienia wzroku”. I jeszcze, z więziennych zapisków z roku 1984 Pawła Kozackiego, późniejszego redaktora naczelnego „W Drodze”: „Dziś Jurek zaskoczył mnie. To dziwny człowiek. Potrafi bez mrugnięcia powieką ukraść komuś setki tysięcy złotych, a dziś w skrytości przed innymi powiedział mi, że nie zaśnie, gdy się wieczorem nie przeżegna”.
Niedziela, 6 lipca
Nie zamierzałem wcale czytać Null, ale chyba będę musiał po tym, co pisze historyk starożytności Marek Węcowski: „To dzieło dopracowane. Wiele w nim opiera się na namyśle nad literaturą starożytną, a nawet pewnymi antycznymi zabytkami. Czytelnicy zorientują się zapewne, jaki konkretny starożytny zabytek ważny jest dla książki, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele tym, którzy jeszcze nie czytali”. Zobaczymy.
Poniedziałek, 7 lipca
Nagrodę im. Zajdla w kategorii powieści dostało Rozdroże kruków Sapkowskiego, a w kategorii opowiadania Dlaczego nie ma klanu kruka Aleksandry Janusz. Inwazja kruków na polskie SF?
*
Do Opypów trafiło dziś moje nowe dziecko. Podziękowania zechcą przyjąć: Agnieszka Bolecka za pomysł, Kaja Strzelka za bezkonfliktową współpracę i Katarzyna Krause, dyrektor Instytutu Polskiego w Brukseli (który rzecz wydał na zakończenie polskiej prezydencji w Unii), za życzliwą opiekę.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Leszek Prorok, Nasze czujne spojrzenia, Warszawa, Czytelnik, 1978, s. 47.
[2] Tamże, s. 63.
[3] Tamże, s. 56-57.
[4] Tamże, s. 121.
[5] Od nazwiska Babeufa.
[6] Philippe Buonarroti, Sprzysiężenie Równych. Tom I. Tłum. A[ndrzej] Jeżewski. Warszawa, Książka i Wiedza, 1952, s. 35.
[7] Frederike Kretzen, Poste Restante. Essay. W: Adelheid Duvanel, Fern von hier. Sämtliche Erzählungen. München, btb Literaturverlag, 2022, s. 767.
[8] Adelheid Duvanel, Ostatni akt łaski. Tłum. Dorota Stroińska. Warszawa, Cyranka, 2025, s. 5.
[9] Tamże, s. 13-14.
[10] Tamże, s. 23.
[11] Duvanel, Fern von hier, s. 328.
[12] Ostatni akt łaski, s. 33.
[13] Fern von hier, s. 336.
[14] Ostatni akt łaski, s. 45.
[15] Krzysztof Varga, Zrobić z Goebbelsa idiotę. „Newsweek” 2025 nr 26 s. 52.
[16] Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Michał K. Pawlikowski, Listy. [=Mackiewicz, Dzieła, t. 34]. Londyn, Kontra, 2022 s. 57.
[17] Wacław Sieroszewski, Latorośle. Pustelnia w górach. Czukcze. Warszawa, Gebethner i Wolff, 1900 s. 5. Nazwisko Sieroszewskiego nie pojawia się ani w Ptaszniku z Wilna Boleckiego, ani w antologii Józef Mackiewicz i krytycy. Nie ma go też chyba i w moim zbiorze szkiców Rekontra i inne mackiewicziana.
[18] Listy, s. 71.
[19] Tamże, s. 314.
[20] Tamże, s. 371.
[21] Tamże, s. 95.
[22] Tamże, s. 403.
[23] Tamże, s. 417 i 427.
[24] Tamże, s. 415.
[25] Piosenki leguna tułacza. Zebrał Bogusław Szul. Warszawa-Kraków 1919 s. 45.