HOME
Miłosz Waligórski

Łotewskie gry o tron

Na pożegnanie droga do Sabile pachnie ziemią po deszczu, ściętą trawą, obitymi jabłkami, które fermentują po rowach. W skarlałym sadzie bałtyckich baronów głęboki cień rzucają buki, dęby, graby i olchy. Oto sygnatura miejsc opuszczonych.

Na przystanku autobusowym za bary wodzą się dwaj pijaczkowie, łudząco do siebie podobni. Jeden ciska drugiego w krzaki, miele w zębach przekleństwa, po czym siada na wąskiej ławeczce, gdzie brak miejsca dla dwóch. Otrzepuje spodnie, spod pazuchy dobywa litr piwa Bauska, pociąga z butelki. Już dobrze. Tron zajęty, wróg odparty. Książę może rozejrzeć się po okolicy. Upadły pretendent jednak nie daje za wygraną. Sam sobie podając rękę, wydobywa się na świat z bukszpanowych chęchów. Niepewnie, bo niepewnie, ale stoi już na dwóch nogach. W ten sposób, obronnym harcapem, wychodził w opałów baron Münchhausen (1720–1797).

Posiadacz piwa znikającego w oczach odpędza kijem psa. Przypałętał się i czyni podchody. Dziwny to kundel, jakby w kożuchu. Mężczyzna robi zamachy kijem, próbuje przegonić natręta. Wstaje, tupie, odstrasza, unosząc wysoko zbrojne ramię. W końcu musi go uwiązać. Książę, co psy wiąże. Konkurent w tym czasie skrada się i – cup! – podsiada księcia. Ponieważ oglądam całą tę farsę z autobusu, nie dowiem się, jak się kończy. Z kierowcą i dwoma starszymi pasażerkami ruszamy do Talsi.

W Stende zarastają tory, ruch pasażerski wstrzymano lata temu. Przez okno widzę stacyjkę na uboczu, podobną do tej, na której w Łasce śmierci (1976) Volkera Schlöndorffa żołnierz Freikorpsu Eryk von Lhomond zastrzelił Sophie, hrabiankę de Reval. Dziewczyna z rozpaczy i żądzy zemsty na nim, niedoszłym kochanku, przeszła do bolszewików. Wyrok kazała mu wykonać osobiście, obarczając w ten sposób wyrzutami sumienia za odepchnięcie miłości. Nie wiedziała, że był gejem. W finałowej scenie żołnierze odjeżdżają, wracają do Niemiec. Na rampie leżą trupy, które wkrótce zostaną uprzątnięte. Kończy się jedna epoka, ale nie wiadomo, kiedy zacznie się kolejna. Trwa pauza dramatyczna, moment między ostatnim bodźcem a pierwszą reakcją. Zastyga twarz Europy. Co ciekawe, ani u Schlöndorffa, ani w powieściowym pierwowzorze (1939) Marguerite Yourcenar nie ma Łotyszy, mimo że rzecz rozgrywa się w Łotwie.

W drodze z Talsi doznaję iluminacji, oświecenia pod Damaszkiem, tyle że nie pod Damaszkiem, lecz pod Ventspilsem. „Cisza tu jak na dnie jeziora…”, myślę. No tak! Cisza jak na dnie jeziora, bo to było jezioro! Tysiące lat temu. Jezioro lodowe, wczesne stadium ewolucji Bałtyku. Tam po lewej wśród zbitych masywów leśnych miga jezioro Usma z wyspą Moricsala, nazwaną tak na pamiątkę księcia Kurlandii i Semigalii Maurycego Saskiego (1696–1750), mylonego zresztą z Münchhausenem ze względu na nieuleczalną mitomanię, jaka ich dręczyła, czyny, których dokonali za pomocą sprytu i fantazji, oraz legendę, jaką obrośli.

 

Maurycy Saski

 

Podobno pod Fontenoy (1745) Maurycy mimo choroby „kierował przez cały dzień ogniem z noszy, aby wieczorem podnieść się z nich”, a następnie „ze szpadą w ręku poprowadził brawurowy kontratak, który rozbił jednostki angielskie, i w konsekwencji zapewnił Francuzom zwycięstwo”. Oto próbka jego możliwości.

Ze słynnym baronem łączy go także smykałka do popadania w tarapaty i umiejętność wychodzenia z nich przy wsparciu szczęścia, przypadku, a może i magii czy sił nadprzyrodzonych. Bo jak inaczej wytłumaczyć epizod, kiedy baron sam uratował sobie życie, ciągnąc się nie tyle za czuprynę – choć i to byłoby niesamowite – ile za harcap przymocowany do włosów na słowo honoru.

W równie fantastyczny sposób ocalił się Maurycy Saski z rosyjskiego oblężenia właśnie na tej wyspie noszącej dziś jego imię. Żołnierze wroga byli już wszędzie, zwartym szpalerem zacieśniali pierścień wokół jeziora, on jednak z powodzeniem zbiegł. Salwował się brawurową ucieczką. Jak tego dokonał, nie wiadomo. Münchhausenowskim swędem.

Wspólna dla nich jest również Łotwa. Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen konfabulować zaczął podobno dopiero nad Dźwiną, z nudów. Stacjonując w rosyjskim regimencie w Rydze, nie bardzo miał co robić. Polował więc na kaczki i emablował damy podczas rautów urządzanych w majątku Dunte. I zmyślał na potęgę, tak nieznośnie, że tylko nabić w armatę i wystrzelić! Pofrunie, w locie przesiądzie się z jednej kuli na drugą, a wyląduje być może dopiero na dachu swojego muzeum (Minhauzena muzejs).

 

Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen

 

Czy ja próbuję właśnie wmówić sobie i światu, że ci dwaj pijaczkowie z Sabile to inkarnacje barona i księcia? Możliwe. Trochę to naginane, niemniej lubię wracać do dawnych czasów, na przykład do XVIII wieku. Dla mnie to okres beztroski. Jakież opadały mnie bowiem kłopoty w XVIII wieku? Żadne!

Przed Ventspilsem autobus zatrzymuje się jeszcze w Pope. Nikt nie wsiada, nikt nie wysiada. Niby zwykła dziura. Na pierwszy rzut oka, mówiąc memem: „Kiedyś to tu było, teraz to tu nie jest”. Ale grubo się mylę. Wszak to w Pope, goszcząc w 1857 roku u barona Karla von Behra, dwa łosie – nie w kij dmuchał! – ustrzelił sam Otto von Bismarck (1815–1898), ów nienasycony żarłok i miłośnik tytoniu, który palił z dwóch cybuchów naraz.

 

Cmentarz rodowy von Behrów w Pope

 

Jest tu dwór unikatowy na skalę kraju, bo jako jedyny w Łotwie nigdy nie uległ zniszczeniu. Nie spalono go, nie zdemolowano, „baron był dobry”, powie mi później miejscowa pani. Nawet rok 1905, zwany próbą generalną przed wielką rewolucją, oszczędził dwór i mieszkających w nim ludzi, w tym Karla von Behra (1836–1909).

Łatwo sobie wyobrazić, jak Schlöndorff lub inny melancholijny Niemiec filmuje tu któryś z kurlandzkich zeitromanów, Dumalę (1908) Eduarda von Keyserlinga, Lamparta (1958) Giuseppe Tomasiego di Lampedusa – niech nas nie zmylą sycylijskie dekoracje! – czy La Nuit de Blankenfeld (2015) Davida Gaillardona.

Ventspils na powitanie przywiewa znad portu słodką woń granulatu. Idę wzdłuż Venty aż do punktu, gdzie z przystani wbija się w wody Bałtyku długa ostroga falochronu, zwieńczona wieżyczką, na którą mamy po polsku dwa słowa: „stawa” lub „baka”. Bāka, tak z kolei Łotysze nazywają latarnię morską; polska baka jest jakby jej miniaturą. „Słówka – to już Czapski – czasami dają więcej niż cały tekst. Mój dziennik jest przede wszystkim tyle wart, że ja słówka cytuję, słówka, które mnie dają życie, które są esencją”.

1 września 2025, Pedvāle – Ventspils

MIŁOSZ WALIGÓRSKI

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek