Walter Crane był malarzem, ilustratorem, grafikiem, projektantem, teoretykiem sztuki i działaczem społecznym. Współtworzył ruch Arts and Crafts, był uczniem Johna Ruskina, zakładał i kierował organizacjami dla artystów. [...] Dla Crane’a, podobnie jak dla całego ruchu Arts and Crafts, ważnymi zagadnieniami były zarówwno zanik dobrego smaku, jak i spadek jakości wyrobów wskutek industrializacji i masowej produkcji. Dziś zmagamy się z zalewem tworów „sztucznej inteligencji”. Diagnozy sprzed ponad stu lat pozostają w mocy.
Przyrodnicy dokonujący nowych odkryć – kierowani ciekawością humaniści, stopniowo zaczęli przekształcać się w pełnowymiarowych naukowców, zwiastując nadejście oświecenia. Wieści o niezwykłej różnorodności flory i fauny Nowego Świata, sprawiały, że zajmowano się głównie klasyfikacją i próbami stworzenia uniwersalnego systemu taksonomicznego. Minie jednak jeszcze sto lat, zanim Linneusz przedstawi swoją rewolucyjnie prostą metodę nazewnictwa gatunków. Dzieje renesansowej botaniki to wyraz „wiedzy radosnej”, poszukiwania ulotnych momentów jasności, próby zrozumienia świata, determinacji i otwartości umysłu.
Stempowski wysoko cenił epigramaty, aforyzmy. Mówił, że gdyby był poetą, pisałby wiersze gnomiczne. Z ich lapidarności wyłania się prawda, która nie potrzebuje sztafażu. Wymagają za to doskonalenia, szlifowania, aby nabrać stosownej prostoty. Szczególnie bliski Stempowskiemu był nowołaciński dystych Janusa Vitalisa [...]. Tłumaczył go: „Patrz co może los: nieruchomości rozsypują się w proch, rzeczy zaś przeznaczone do wiecznej płynności pozostają”. W esejach i listach Stempowski wzmiankuje ten dwuwiersz wielokrotnie – po raz pierwszy w "Księgozbiorze przemytników", wyjaśniając, że przeczytał go w karpackiej kryjówce zimą 1939/40, a wizja Tybru płynącego pośród ruin Rzymu przywiodła mu na myśl Wisłę w bombardowanej Warszawie.
Każdy czytelnik cieszy się, gdy ma okazję stanąć przed pokaźnym księgozbiorem, którego jeszcze nie zna. O radości z odkrywania biblioteki, o tomach układających się w atole znaczeń i powinowactw pisał Roberto Calasso w "Krętych ścieżkach". Widok ogromu książek pozwala powrócić do dziecięcej ekscytacji i entuzjazmu, zawsze jednak podszytych lękiem, bo odkrycie mnogości dziedzin, którymi można się zająć, oznacza zarazem uświadomienie niemożności kompletnego poznania świata i konieczności zmagań z wiecznym niedopowiedzeniem.
O ile gonienie za wydawniczymi premierami, można czasem uznać za zupełnie nieszkodliwe pragnienie bycia na bieżąco z modą, która może się zmienić z dnia na dzień, albo poczciwe snobowanie się na literaturę, to kłopot pojawia się w chwili, gdy nowość traktowana jest jako główny czynnik w ocenie wartości. Choć ta obawa może brzmieć konserwatywnie, to wypowiadam ją właściwie z troską o przyszłość. Nie straciło bowiem znaczenia twierdzenie, że jeśli widzimy dalej, to dlatego, że stoimy na ramionach gigantów. Świadomość dawnych błędów i przeoczeń, nie może sprawiać, że zaczniemy wznosić wszystko od nowa, z poziomu fundamentów.
Nie wiemy, jak mocno Austen Henry Layard ubarwił swoją opowieść o okolicznościach kupna portretu sułtana. W liście do przyjaciela twierdził, że pewnego jesiennego wieczoru w 1865 roku, schodził spokojnie z gondoli na weneckie nabrzeże, kiedy z mroku wyłoniła się tajemnicza postać. Nieznajomy mężczyzna mówiący mieszanką angielskiego i włoskiego zaczął wymachiwać mu przed oczami płótnem zwiniętym w rulon, które gotowy był sprzedać za marne dwanaście funtów.
Pod koniec XVI wieku flamandzki artysta Pieter van der Borcht stworzył serię rycin, która szybko zdobyła sporą popularność. Były to klasyczne sceny rodzajowe, przedstawiające jarmark, wiejską ucztę, szkolną lekcję czy zabawy na lodowisku. Mnogość postaci równomiernie rozsianych w przestrzeni, prostota stylu i charakterystyczna perspektywa czytelnie wskazują na inspirację obrazami Pietera Bruegla. Różnica jest jedna, ale za to bardzo istotna – wszystkie postacie na grafikach van der Borchta są małpami.
"Wiek brązu", to akt męski, oddany tak wiernie, że dopiero specjalnie powołana komisja uwolniła Rodina od zarzutu zdjęcia formy z żywego modela. To przedstawienie pierwszego człowieka, jak i każdego, który nastąpił po nim. Doskonale na nim widać co miał na myśli Rilke, pisząc o znaczeniu gestu. Każda część ciała postaci żyje, pracuje, działa w pozaczasowym wszechświecie. Zamyślona twarz, która będzie kochać i nienawidzić, ręka, która poda bochenek chleba i zada śmiertelny cios. Noga gotowa do pierwszego i ostatniego kroku. Czy to w ogóle jest człowiek dopiero co przebudzony do życia, czy może już gotowy na przyjście śmierci?
Niezależnie czy mamy do czynienia z grafikami mistrzów, czy jedynie prostymi rycinami skromnych rzemieślników, podziwianie drzeworytów jest zawsze źródłem wizualnej przyjemności. Jest coś w tej technice, co czyni ją szczególnie urzekającą, być może jej łączność z pierwotną naturą – wyryte w drewnie gruszy matryce odbijają wzór na moczonym w wodzie papierze. Ostre dłuto przedzierające się przez drewno musi być prowadzone zdecydowaną, ale cierpliwą ręką. Trzeba docenić upór i kunszt, z jakim projekt zostaje przełożony na matrycę, uwagę w prowadzeniu linii, której przerwanie może skutkować koniecznością rozpoczęcia całej pracy od nowa. To sztuka bardzo zróżnicowana w skali, ucząca, że każdemu dziełu należy się szacunek.
Od Steinera, uznającego myślenie za najważniejszą ludzką umiejętność, jedyną drogę do pełnego poznania, Beuys zaczerpnął swoje poglądy na kreatywność i twórczość. Rozwinął je, opracowując rozszerzoną koncepcję sztuki. Zainspirowany aforyzmem Novalisa, stworzył swoje sztandarowe hasło: „Każdy jest artystą”. Wielokrotnie niewłaściwie interpretowano te słowa. Zarzucano artyście utopijność i pięknoduchostwo, wyśmiewano, że chce zmusić każdego do malowania obrazów. To nigdy nie było jego intencją.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.