Po powrocie z sowieckich łagrów Jerzy Jaworowski „nie mógł się odnaleźć. Cierpiał z powodu depresji, dwa lata się leczył” [1]. Jego syn, Piotr Jaworowski, w swoich wspomnieniach dał wyraz przekonaniu, że po tym czasie ojcu udało się wyzwolić z łagrowego syndromu. Pytał: „Czy można odnaleźć w pracach Jerzego Jaworowskiego rys depresyjny, echa traumatycznych przeżyć obozowych?” – i niezwłocznie odpowiadał – „Chyba nie. […] Od łagrowych przeżyć odciął się w sposób zupełny i jednoznaczny” [2] . Sądzę jednak, że to nadmierny optymizm.
Jaworowski trafił do łagru jako młody chłopak i zapewne dlatego po powrocie do kraju, w ciągu kilku lat na wolności, jego wyniszczony organizm zdołał odzyskać siły. Przypuszczalnie pomogła mu nieopanowana radość życia i chęć czerpania z niego garściami, czego doświadczyło wielu więźniów po opuszczeniu obozu. W przypadku Jaworowskiego na pewno przyczynił się do tego nieoczekiwanie odkryty talent. Już pierwsze studenckie prace znalazły uznanie redaktorów graficznych szacownych oficyn wydawniczych – jako student czwartego roku warszawskiej ASP Jaworowski mógł się pochwalić kilkunastoma wydrukowanymi książkami z okładkami własnego projektu, a także kilkoma plakatami. Niemal wszystkie jego wczesne prace wyróżnia dojrzałość artystyczna i niebywała pewność ręki oraz delikatność rysunku – zdumiewające u byłego lesoruba.

Pierwsze lata dojrzałej twórczości Jaworowskiego zbiegły się szczęśliwie z październikowym przełomem w kraju. Estetyczna rewolucja, która w malarstwie objawiła się fascynacją taszyzmem, w grafice projektowej przyniosła ożywcze poszerzenie palety kolorów i zakresu technik warsztatowych (kolaż, fotografia), przede wszystkim zaś – adaptowanie artystycznych nowinek z Europy. Już w drugiej połowie lat 50. Jaworowski był autorem kilkunastu abstrakcyjnych kompozycji malarskich i graficznych, zdobiących okładki książek. Pracował bardzo intensywnie, spod jego ręki wychodziło kilkadziesiąt projektów rocznie. Zaskakuje rozmaitość stosowanych przez niego technik, narzędzi i języków graficznych, a realizacje z tego okresu często są barwne i bogate formalnie, niekiedy finezyjnie dekoracyjne. I nagle w połowie lat 60. nastąpiła głęboka przemiana. W tym czasie artysta z pasją i zaangażowaniem zaczął pracować nad rysunkami „porannymi” [3] . Powstawały one z wewnętrznej potrzeby i nie miały bezpośredniego związku z twórczością zawodową. Gdybym musiał wskazać jeden ich atrybut, ich differentia specifica, wybrałbym głęboki pesymizm. Utrzymane w mrocznym tonie, przesycone są smutkiem i melancholią. Dominują na nich ciemne, zduszone barwy, paleta często zawęża się do odcieni szarości, a niemal abstrakcyjne formy, będące tematem większości tych prac, nietrudno odczytać jako nieznacznie tylko zakamuflowane echo obozowej przeszłości.

Pojawiają się ciągi liter, niekiedy nawet całe alfabety, jednak całkowicie nieczytelne: „Prace artysty rekonstruują proces gubienia sensu. Kaligrafia, pismo, system znaków zostają pokazane w sytuacji przeciwnej ich powołaniu – zamiast przekazywać informację, oszukują łatwowierny umysł podobieństwem do liter i symboli niosących treść” [4] . Niektóre bezkształtne, literopodobne formy przywołują na myśl ciała skręcone w chorobie albo zesztywniałe na mrozie po śmierci. Stale powraca motyw niemej i pozbawionej zmysłów figury ludzkiej, często dramatycznie wygiętej, lub głowy, będącej ciemnym, organicznym kłębem, pozbawionej oczu, ust, nosa i uszu, martwej jak głowy manekinów.
W połowie lat 60. w twórczości projektowej Jaworowskiego nastąpił schyłek arkadyjskiego rysu, w którego miejsce pojawiły się przedstawienia zdeformowanych i zdegradowanych figur ludzkich. Krótki, niespełna dziesięcioletni okres do roku 1975 – roku śmierci artysty – wypełniają projekty okładek i obwolut zaludnione przez amorficzne kłęby mięsa albo budzące grozę profile zniekształconych po długim przebywaniu w masowym grobie głów, straszących ślepymi oczodołami i wyszczerbionym uzębieniem (Abe Kobo, Kobieta z wydm). Jestem przekonany, że Jerzemu Jaworowskiemu nie udało się wyprzeć z pamięci ośmioletniej podróży w głąb piekła, a jego późna twórczość jest tego niebudzącym wątpliwości dowodem. Kto widział dno otchłani, nigdy nie będzie już taki jak inni. Warłam Szałamow, wyjątkowo oszczędny w słowach autor Opowiadań kołymskich, pisał: „Istnieje świat i istnieją podziemia piekieł, skąd czasami ludzie wracają, nie ginąc w nich na zawsze. Ale po cóż wracają? Serca ich są napełnione wiecznym strachem, pełne grozy świata ciemności, który wcale nie jest poza grobem” [5]. Więźniowie łagrów przyglądali się obojętnie, jak umierali ich najbliżsi sąsiedzi – „od głodu, chłodu, wielogodzinnej pracy, bicia i chorób. Od razu oduczyli się bronić jeden drugiego i wzajemnie podtrzymywać. […] Dusze tych, co pozostali przy życiu, uległy pełnej deprawacji” [6]. W innym opowiadaniu Szałamow stwierdza z goryczą: „Dla człowieka nie ma nic przyjemniejszego niż świadomość, że ktoś jest jeszcze słabszy, w gorszym stanie. […] Jeżeli osłabłem, bije mnie każdy”. Pomimo upływu lat pisarz nie zapomniał pierwszego ciosu. „Pamiętam, kiedy uderzono mnie po raz pierwszy. Pierwszy z setek tysięcy razów otrzymanych w dzień i w nocy. Zapamiętać wszystkie razy to niemożliwe, ale pierwsze uderzenie pamiętam dobrze” [7]. Zbliżony zapis pozostawił Primo Levi, włoski intelektualista, który spędził rok w Oświęcimiu: „Zniewaga jest nieuleczalna, wciąż trwa w czasie, a Erynie […] kontynuują dzieło prześladowcy i nie chcą zostawić w spokoju prześladowanego. Słowa Jeana Améry’ego, austriackiego filozofa, […] wciąż napawają przerażeniem: «Ktoś raz torturowany, na zawsze pozostanie torturowanym. […] Kto doznał tortur, nie może się już zadomowić w świecie. Hańba unicestwienia nie da się już wymazać. Zaufania do świata, które wali się w gruzy po części już z chwilą otrzymania pierwszego ciosu, a całkowicie dopiero w trakcie tortur, nie da się już odzyskać». To była dla niego niekończąca się agonia” [8]. Améry, także więzień Oświęcimia, w 1987 roku odebrał sobie życie.


Pobyt w łagrze był dla Jaworowskiego torturą rozciągniętą na miesiące i lata. Jak zatem mógł się obronić przed zwątpieniem w humanistyczne ideały i nienaruszalność podstawowych norm etycznych? Twórczość rysunkową w latach 70. zdominowały zdeformowane ludzkie korpusy i katastroficzne pejzaże rodem z mrocznych snów. Obwoluty z serii PIW-u Proza Współczesna wypełniają apokaliptyczne cmentarzyska (Muriel Spark, Memento Mori), stosy porzuconych waliz, jak na ostatnim przystanku w Oświęcimiu-Brzezince (Aldo Palazzeschi, Doża), czy poskręcane ludzkie kadłuby (Boris Vian, Jesień w Pekinie; Herbert Rosendorfer, Budowniczy ruin). Wszystkie są przygnębiające, trudno jest wśród nich znaleźć choćby jeden przykład projektu tchnącego radością i optymizmem, które cechowały prace artysty z lat 50. i pierwszej połowy lat 60. Kiedy tematem jest sterylny świat szpitalnej sali zabiegowej (Gabrielle Wohmann, Poważna decyzja), brudna monochromatyczna technika monotypii nadaje jej odpychający wygląd izby łagrowego szpitala, w którym setkom dochodiagów (więźniów dogorywających) odmawiano hospitalizacji i wysyłano z powrotem do katorżniczej pracy. Kilka plam koloru to czerwień krwi w laboratoryjnych naczyniach i niebieskie światło żarówek. Powieść Wohmann wypełniają rozmyślania kobiety oczekującej w szpitalu na operację. Projekt Jaworowskiego tchnie bezbrzeżnym smutkiem i całkowitym brakiem nadziei.

Seria Proza Współczesna objęła co prawda poruszającą relację z bombardowanego Drezna w Rzeźni nr pięć Kurta Vonneguta czy wojenne moralitety Wasilija Bykowa, którego powieści wieńczy zazwyczaj tragiczny finał, ale znalazły się w niej także: arcydzieło magicznego realizmu (Sto lat samotności Gabriela Garcii Márqueza), opowieść o losach młodocianego uciekiniera z internatu (Dobre chwile – złe chwile Jamesa Kirkwooda) czy przedstawienie konformizmu intelektualistów i mechanizmów kariery w komunistycznej NRD (Stopka redakcyjna Hermanna Kanta). Niezrealizowana obwoluta Blaszanego bębenka Güntera Grassa przedstawia gdańskie kamieniczki w morzu płomieni, choć epizod bombardowania Gdańska przez wojska sowieckie w 1945 roku nie zajmuje centralnego miejsca w tej przesyconej groteską powieści. Tom Jurija Trifonowa Bilans wstępny. Długie pożegnania, zawierający subtelną analizę moralnych uwikłań inteligencji rosyjskiej w latach 60. xx wieku, ma monotypiczną obwolutę, na której kłębi się pozbawiona twarzy brudnoszara ludzka masa.

Najbardziej jaskrawym przykładem rozłamu między tonem prozy a tworzoną przez Jaworowskiego grafiką jest skierowana do młodzieży fantastycznonaukowa seria małych tomików Stało się Jutro. Jej okładki wypełnione są pejzażami zbudowanymi z pofalowanych groźnych struktur albo fantasmagoryczną dżunglą, w której kryją się resztki wymarłej cywilizacji. Na czarno-białych rysunkach w środkach książeczek wywołują lęk błyszczące białe czaszki wypchnięte w wyniku ruchów tektonicznych ziemi bądź niepokojący anatomiczny przekrój głowy oblepionej czujnikami i omotanej kablami. Science fiction to jądro popkultury, a projektowana przez Jaworowskiego seria, zamiast kusić młodych czytelników perypetiami kosmonautów w międzygwiezdnej przestrzeni, budzi przerażenie apokaliptycznym jutrem. Jej niekłamana groza wywodzi się wprost z katastroficznych wizji ukazanych w dziesiątkach rysunków porannych.


Więźniem tego samego zespołu łagrów, w których przetrzymywano Jaworowskiego, był Gustaw Herling-Grudziński. W szkicu Piętno. Ostatnie opowiadanie kołymskie pisał: „Co było istotą wielkiego instynktu życia? Nie zapominać. Nie po to, żeby pewnego dnia innym przekazać swoje wspomnienia, nie, skoro istnieją rzeczy, których człowiek, uniknąwszy pobytu w piekle, nie powinien wiedzieć. Istotą wielkiego instynktu życia była potrzeba przechowywania w duszy wszystkich zaznanych cierpień, przechowywania do ostatniego tchu, pod groźbą utraty własnej tożsamości” [9].
JANUSZ GÓRSKI
[1] P. Jaworowski, +++ [w:] P. Jaworowski, E. Pałasz, Jerzy Jaworowski. Na papierze, Gdańsk 2025, s. 37.
[2] Ibidem, s. 38.
[3] Od około 1965 roku aż do śmierci Jerzy Jaworowski pracował zgodnie ze stałym rytmem: popołudniami i wieczorami realizował zlecenia wydawnictw, a rankami rysował dla siebie. Dlatego syn, Piotr Jaworowski, nadał tym pracom nazwę rysunków porannych.
[4] E. Pałasz, Rysunki poranne [w:] P. Jaworowski, E. Pałasz, op. cit., s. 11.
[5] W. Szałamow, Ból [w:] idem, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. III, s. 8.
[6] W. Szałamow, Ostatni bój majora Pugaczowa [w:] idem, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. II, s. 214.
[7] W. Szałamow, Termometr Griszki Łoguna [w:] idem, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. I, s. 114–115.
[8] P. Levi, Czy to jest człowiek. Rozejm. Pogrążeni i ocaleni, Wołowiec 2024, s. 418–419.
[9] G. Herling-Grudziński, Piętno. Ostatnie opowiadanie kołymskie [w:] W. Szałamow, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. III, s. 272–273.