Już więc po krajach ościennych i po sąsiednich okolicach rozeszła się wieść o przekładzie – że go zrodziła głębina klasycznego tekstu, a wykarmiła rosa języka poetyckiego. I już, za przyzwoleniem ducha oryginału, dotarła do czytelników (w Poznaniu). Lub może – jak mówili inni – nie z wody, lecz z ziemi polszczyzny wyrosła ta druga Wenus, Translacja, obdarzona dziewiczym kwieciem sensu, zrodzona z boskiej mżawki, która spadła z nieba filologii…
Ten manierycznie dziś brzmiący passus to moja parafraza (sporządzona na potrzebę chwili) fragmentu z innych słynnych Metamorfoz, tych pióra żyjącego w II wieku po Chr. – zatem za łaciny barokowej – Apulejusza; wyimek pochodzi z księgi IV powieści, z noweli znanej tradycji jako Amor i Psyche. Co chciałem przez to powiedzieć, to że przekład mój spodobał się pani profesor Elżbiecie Wesołowskiej, najwyższej kapłance kultu Owidiusza w Polsce, co poskutkowało tym, że zaprosiła mnie do wielkiego projektu realizowanego przez jej zespół na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu – przekład dzieł wszystkich Owidiusza.
Zgodzić się? Odmówić?

Otrzymałem propozycję przełożenia księgi IX dzieła. Od razu odetchnąłem z ulgą, że Metamorfozy zespół poznański tłumaczy bezrymowo, chwilę jednak zatrzymaliśmy się w rozmowie nad wyborem metrum – trzynastozgłoskowiec. Od razu wyłożyłem pani profesor moją koncepcję: wiersz wolny z tendencją do toniczności, który tylko miejscowo „wchłania” formy bardziej lub mniej regularne, sylabiczne czy sylabotoniczne. I jej się ta koncepcja spodobała. Zespół jednak pracujący nad tym dziełem w Poznaniu to, zdaje się, 10 osób i akurat to, czyli trzynaście sylab w wersie (ze średniówką po 7. sylabie), zostało już uzgodnione i wiąże wszystkich bez wyjątku. Cóż, myślę, a gdyby tak spróbować wyjść sobie naprzeciw…?
Wszak poza tym (i faktem, że liczba wersów w przekładzie ma być równa liczbie wersów w oryginale – co i ja uważam za ważne), tłumacze otrzymali licentia poetica. Pełna swoboda! Kuszące…
Odmówić? Zgodzić się?
Zanim podzielę się pomysłem salomonowego rozwiązania kwestii metrycznej, jeszcze kilka słów, dlaczego propozycja powierzenia mi akurat księgi IX odegrała ważną rolę w podjęciu ostatecznej decyzji.

17 marca 1965 roku Jerzy Stempowski tak pisał do Stanisława Vincenza: „O nimfach żyjących w drzewach najczęściej i najobszerniej mówi oczywiście Owidiusz. Jest to niejako jego konik, którego dosiada często w Metamorfozach. Najobszerniejszy z tych tekstów dotyczy historii Dryopy (Met. IX, 321-394). Przechadzając się z synem na ręku brzegiem stawu, Dryope zatrzymała się przed krzewem LOTOSU o purpurowych kwiatach. Gdy zerwała dla dziecka jeden z tych kwiatów, ze złamanej gałązki spadło kilka kropel krwi i dreszcz przebiegł cały krzew. Okazało się, że nimfa Lotis, uchodząc od zalotów Priapa, przybrała formę krzewu. Za karę Dryope zostaje zmieniona w drzewo, kora zaczęła pokrywać jej nogi, z rąk rosły liście. Zebraną dokoła rodzinę zaklina, aby zajęła się jej dzieckiem. – Przynoście je często na to miejsce i pokazujcie mu drzewo, aby gdy zacznie mówić, mógł powtarzać ze smutkiem: w tym pniu ukryta jest moja matka. Niech się wystrzega bagnisk i nie waży się zrywać kwiatów i owoców. Niech pamięta, że w ich łodygach mogą być ciała bogów.
Stagna tamen timeat nec carpat ab arbore flores
Et frutices omnes corpus putet esse deorum.
Szczegół charakterystyczny: o obecności nimfy Lotis w krzewie lotosu siostra Dryopy dowiaduje się od okolicznych chłopów – ut referunt agrestes – rzecz więc nie jest czymś wyjątkowym, należy niemal do folkloru, do zjawisk znanych powszechnie na wsi.
Nawiasem mówiąc nikt nie wie dobrze, czym jest lotus o purpurowych kwiatach. Filolodzy i komentatorzy francuscy mówią, że jest to le jujubier, włoscy nazywają go giugiolo. Zresztą botanicznie oba te terminy nie są zbyt jasne. Oglądałem wszystkie bodaj gatunki giugiolo, rosnące w okolicach Sulmony, ale żaden nie odpowiadał opisowi Owidiusza. W okolicy tzw. Villa Ovidio zebrałem kilkadziesiąt roślin, ale nikt z miejscowych nie znał ich nazw. Po długich poszukiwaniach dowiedziałem się, że w całych Włoszech jest tylko jeden człowiek znający nazwy wszystkich roślin, mianowicie dyrektor instytutu botanicznego w Padwie. Był tam jednak zawsze na urlopie i nigdy nie udało mi się go zastać. Wszystkie krzewy w okolicy Sulmony miejscowi nazywali vitacchie, łozy, bez różnicy. Tak samo podobno jest w Hiszpanii.
Niejasność nazw jest antyczną tradycją i leży w tej samej linii co legendy i poezje tego czasu. Dla starożytnych rośliny były istotami indywidualnymi i nie tworzyły gatunków. W jednej skrywała się Lotis, w drugiej Dryope. Każda była zjawiskiem konkretnym i indywidualnym, gdy gatunek jest tylko abstrakcją. Nawet próby generalizacji były związane z bogami, którym drzewa były poświęcone. Nie wiem, czy jakiś filolog zwrócił na to uwagę”.
Może to dziwnie zabrzmi, ale jest to dla mnie jeden z tekstów formujących. Tymi kilkoma akapitami Stempowski nauczył mnie, jak czytać (sobie i innym) teksty starożytne, jeśli się nie chce człowiek przemienić w Gombrowiczowskiego Pimkę (czyli Tadeusza Sinkę, archetypicznego filologa klasycznego). To lekcja Stempowskiego – nie wykłady z historii literatury rzymskiej – przekonały mnie o tym, że Owidiusz „wielkim poetą był”.
Mit o Dryope to sam środek IX księgi Metamorfoz! Czyż mógłbym się nie zgodzić?!
Owszem, trzynastozgłoskowce przemycałem już gdzieniegdzie – jak tu, na początku opowieści o Likaonie (I, 163-167):
Kiedy spojrzał z wyżyn nieba Saturnida, Ojciec,
To jęknął – na myśl o uczcie Likaona,
Wydanej niedawno, niesłychanej, okrutnej.
Gniew wielki, siebie godny, wzniecił w sercu Jowisz (7 sylab || 6 sylab)
I zwołał radę. Nikt z wezwanych nie zwlekał.
No dobrze; ale jak wierszem, który będzie – równocześnie! – trzynastozgłoskowcem regularnym (7+6), wierszem tonicznym (z czterema tzw. zestrojami akcentowymi, z których każdy niesie sens) i wierszem wolnym (imitującym naturalny szyk) przetłumaczyć te wszystkie 797 linijek?
Cóż: konsekwentnie.
Symulację przeprowadzę na dwuwierszu przytoczonym przez Stempowskiego (wersy 380-381):
Stagna tamen timeat nec carpat ab arbore flores
Et frutices omnes corpus putet esse deorum.
Wersja pierwsza – wiersz sylabiczny (numeryczny; trzynaście sylab ze średniówką w stałym miejscu):
Niech wystrzega się jezior, || z drzew nie zrywa kwiatów,
Każdy krzew niech uważa || za boską istotę.
Wersja druga – wiersz toniczny (numeryczny; cztery zestroje akcentowe):
Niech wystrzega się | jezior, | z drzew | nie zrywa kwiatów,
Każdy krzew | niech uważa | za boską | istotę.
Wersja trzecia – wiersz wolny (nienumeryczny):
Niech wystrzega się jezior,
z drzew nie zrywa kwiatów, każdy krzew
niech uważa
za boską istotę.
Nie jest poezja magią? Wszak za każdym razem to jeden i ten sam dokładnie – co do literki, co do głoski – dwuwiersz:
Niech wystrzega się jezior, z drzew nie zrywa kwiatów,
Każdy krzew niech uważa za boską istotę.
Czy się zgodziłem? Oczywiście tak. Spotkamy się między słowami…
JACEK HAJDUK