Mija miesiąc od zakończenia Konkursu Chopinowskiego. Nie milkną media, nie milkną komentarze, a ja wciąż uważam, że usłyszeliśmy mnóstwo wspaniałej muzyki, ciekawych interpretacji. Mnogość propozycji była tak wielka, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma jednej idealnej wersji Chopina. A jaki właściwie miałby być Chopin – ten piękny? Jedyny słuszny? Jedyny akceptowalny nad Wisłą?
Raz tylko napotkałam definicję piękna (przypisywaną św. Tomaszowi z Akwinu) w takiej postaci: „na piękno składa się poznanie, harmonia i blask”. I tak jak słowo „poznanie” oraz słowo „harmonia” były zrozumiałe i oczywiste, tak przy „blasku” musiałam się na chwilę zatrzymać. Rozprawiałam o tym z wieloma przyjaciółmi, muzykami, plastykami, pisarzami. Szukałam tłumaczeń w innych językach. Na pewno odrzucałam „blask” jako flesz, „blask” jako tanią błyskotkę. Chciałam raczej, żeby kojarzył mi się z czymś świetlistym, z charyzmą. Czy charyzmą może być obdarzony tylko ktoś kto nas porywa? A czy musi nas porywać? Czy poruszenie do głębi nie jest wartościowe? Czy na pewno wesoły Dzień Dziecka jest bardziej „wartościowy” niż Dzień Zaduszny? Tego porównać się nie da. To są dwa światy. Każdy z nich piękny; beztroski i bolesny. Jest jeszcze nastrój zwykłego jesiennego (a może wiosennego dnia) kiedy nad brzegiem wdychamy zapach morza, który przypomina nam jakieś zdarzenia lub pochylamy się nad pierwszymi krokusami. Nic się nie dzieje, a jednak zapamiętujemy te chwile jako momenty szczególne, choć właściwie są zwyczajne.
Pamiętam w 2010 roku spędziłam dłuższy czas w Tokio. Poszłam obejrzeć wystawę w Muzeum Sztuki Współczesnej. Pawilon sztuki wizualne, a tam prace słynnego plastyka, wśród nich scenografia do przedstawienia Don Kichota i dwie instalacje, o tytułach Dress 1 i Dress 2. Ta pierwsza zrobiona była z lisich futer, gdzie pyski kilku zwierząt spotykały się ze sobą tworząc ogromną głowę jakby jakiejś nieobecnej postaci. Ta praca budziła lęk, obrzydzenie, była pełna grozy, biło z niej zło. Ale ta druga, Suknia 2, jeszcze bardziej przykuła moja uwagę. Otóż suknia ta była zrobiona z bardzo długich naturalnych ludzkich włosów zaplecionych w cienkie warkoczyki… Pierwsze moje skojarzenie prowadziło oczywiście do zapamiętanych fotografii z czasów II wojny światowej… Najpierw odwróciłam się z impetem i przeszłam do innej sali, oburzona, wstrząśnięta! Po dłuższej chwili jednak wróciłam próbując odgadnąć zamysł autora tej pracy. Tamtego popołudnia jeszcze kilka razy stanęłam przed gablotą z Suknią 2. Byłam przejęta i poruszona. Tamten obraz pozostał ze mną.
Czy więc sztuka ma tylko bawić? Rozweselać? Porywać?
W Konkursach Chopinowskich jest zwykle zwycięzca i kontrzwycięzca (czasem nawet dwóch). Tym razem wiele osób (w tym media) odmawiają wszelkich zalet laureatowi Pierwszej nagrody. Podkreśla się jakoby umiejętność porwania publiczności była największą i najbardziej pożądaną cechą pianisty (pianistów ostatnio dzielę sama dla siebie na trzy kategorie – pianista, pianista-muzyk i pianista konkursowy). Absurdalnie zarzuca się Amerykaninowi dojrzały wiek, no bo przecież trwa moda na młodość… (co dziwne, zarzuca się też cudownej „gwiazdce” Chince, jej rzekomo zbyt młody wiek).
Miałam wśród tegorocznych uczestników finału Konkursu troje ulubieńców. Każde z nich dla mnie, mogłoby ten Konkurs wygrać. Tianyao Lyu, tryskająca młodzieńczą energią, dźwięcznym tonem, grą perlistą, gdzie trzeba miękką, taką „kocią”, pełną temperamentu, a jednocześnie nostalgiczną, a wszystko, co pokazała jako „nowe” było w dobrym guście.
Kolejną moją ulubienicą była Zitong Wang, którą zapamiętałam jeszcze z eliminacji po jej absolutnie fenomenalnym wykonaniu Scherza h-moll, które porównałam wtedy do rysunków Goyi – pełnych „złych duchów”, wewnętrznego rozedrgania. W październiku ogromne wrażenie zrobiła na mnie (nagrodzona) Sonata b-moll, z przejmującym i doskonałym finałem, ze wspaniałym „horyzontalnie” przeprowadzonym pierwszym tematem, gdzie pauzy – dobrze usłyszane – wydają się nawet ważniejsze od nut. Znakomicie zagrała też Zitong koncert – porywając orkiestrę! Jej piano pianissimo sprawiało, że wszyscy słuchali z zapartym tchem nigdy nie było to piano dla piana, nie była to „sztuczka”, a raczej służyło wyrażeniu bardzo specjalnego wyrazu.

Wreszcie Eric Lu – już w pierwszym etapie zwrócił moja uwagę wspaniałą interpretacją Ballady f-moll, która była w swym wyrazie mroczna, jednak pełna dźwiękowej fantazji i swobodnego czasu. W drugim etapie postawiłam mu 25 punktów (nieczęsto stawiam tę najwyższa punktację) za Sonatę b-moll. Poruszyła mnie tak bardzo, że łzy popłynęły po policzkach… Nie mogłam się uspokoić jeszcze przez dłuższy czas. W produkcjach Erica wszystko jest przemyślane jednak wydaje się, że pozostawia sobie artysta pole dla swobodnej improwizacji podczas występu, zostawiając również margines dla wyobraźni słuchacza. On nie mówi: „słuchajcie jak JA gram”, on nie mówi wprost. W Sonacie h-moll w trzecim etapie zdumiała mnie barwa fortepianu jaką potrafił uzyskać w trio trzeciej części, miękka, aksamitna, ciepła, brzmiało to tak jakby spokojnie szemrał strumień (i tak właśnie wyobrażam sobie to miejsce, takiego brzmienia szukam, gdy gram sama).
Podczas Konkursu korespondowałam z jednym ze swoich bliskich znajomych, który nie jest muzykiem, chyba nawet nie jest melomanem, ale słucha muzyki i czasem o nią pyta. Zastanawialiśmy się wspólnie nad określeniem „magia w muzyce” i nad tym, kiedy mamy z nią do czynienia. Opisałam to tak: „Słuchasz koncertu na żywo lub nagrania i nagle «odpływasz»… nie wiedząc z jakiego powodu”. Co znaczy „odpływasz”? Otóż to jest tak, że nagle z sali koncertowej przenosimy się w zupełnie inne miejsce, widzimy jakieś obrazy albo krajobrazy, zamykamy oczy, jesteśmy jakby nieobecni. Nie ma orkiestry, nie ma solisty, nie ma chóru jest… jakaś inna przestrzeń. Trochę mi to przypomina czytanie wiersza; chcemy poznać, zrozumieć jego treść (czy wiersze mają treść?) przesłanie, wyczuć oddech, poddać się rytmowi i nagle trafiamy na zderzenie dwóch słów, które sprawia, że doznajemy wzruszenia, musimy się zatrzymać, wsłuchać, wstrzymując oddech… I to właśnie jest magia. Magia tkwi w brzmieniu. To właśnie odczułam podczas półfinału kolejnego konkursu, w którym jestem w jury. Pewien młody Włoch wyczarował zupełnie niesamowitą aurę w finale Sonaty Schumanna. Niezależnie od tego jak daleko zajdzie w tym konkursie jestem mu wdzięczna, że zabrał mnie w swój (i Schumanna) baśniowy świat. Kolejny raz miarą piękna okazało się wzruszenie. Teraz, kiedy wysyłam ten tekst do Redakcji, jest już po ogłoszeniu wyników. Włoch zdobył drugą nagrodę. Pozostanie w mojej pamięci jako młody człowiek, pełen fantazji, temperamentu, który nie skupia się tylko na doskonałości, a raczej poszukuje muzyki.

© 2002 by Paramount Pictures
Takie magiczne momenty zdarzyły się również podczas ostatniego Konkursu Chopinowskiego za sprawą Williama Yanga. Artysta przedstawił nieczęsto grywane podczas konkursu Nokturny z opusu 32. Zaprosił słuchaczy do swojego intymnego, pięknego świata operując światłem i cieniem, grając z cudownym rozkołysaniem – tempo rubato. Zwłaszcza Nokturn As-dur (napisany w rytmie ukrytego walca) zabrzmiał tak, że wyobraziłam sobie scenę z filmu Wojna i pokój, w której Natasza tańczy z Księciem…
Nie wszyscy laureaci mnie przekonali do swoich interpretacji. Nie zainteresował mnie ktoś, kto tak dobrał swój program, aby móc wykazać się sprawnym warsztatem, bo moim zdaniem niewiele miał do powiedzenia w muzyce.
Nie podobał mi się również pianista, u którego dostrzegłam najpierw ogromne ego (nie mylić z osobowością), a jego Chopin był w moim odczuciu zbyt bohaterski, siłowy, agresywny, arogancki. Widać jednak po reakcjach publiczności, że i ci pianiści mieli swoich zwolenników.
W historii wykonawstwa muzyki Chopina jest wiele nazwisk, wielu pianistów, którzy tę muzykę rozumieją „po swojemu”. Mamy z jednej strony Richtera i Sokołowa, z drugiej Lipattiego i Dang Thai Sona, a w środku Benedettiego. Czy odmawiamy im „ich Chopina”. Z pewnością nie. Dajmy więc szanse młodym! Niech poszukują. Sama wybiorę się na pewno na koncerty laureatów Pierwszej, Trzeciej, Czwartej nagrody. Jestem pewna, że wszyscy nagrodzeni znajdą swoich słuchaczy. Wszystkim tego życzę.
EWA POBŁOCKA