Sonet trzeci cyklu drugiego: wśród luster, wobec losu
Jerzemu – nadzieję pomnożoną
Jako bardzo młoda dziewczyna, czyli taka, która potrafi zasnąć wszędzie, nocowałam kiedyś w Pradze, rodzinnym mieście Rilkego, w sali lustrzanej szkoły baletowej. Tak się wtedy jeździło i nocowało byle gdzie. W tej sali lustrzanej – nie mogłam jednak zasnąć. Była tam tajemnica w czystej postaci. Lustra odbijały się w lustrach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest Rilke, Prażanin, i że napisał o tym sonet.
Rilke to symbolista, który nigdy nie przestał nim być – nie tylko jako poeta wnętrza róży i urody heliotropu, także jako poeta rzeczy, jako prekursor egzystencjalizmu, jako marzyciel, który jest tam, gdzie go nie ma… Bo – jak to świetnie dostrzegła i zapisała Małgorzata Baranowska w Prywatnej historii poezji: „Symbolizm stanowi skrajny przykład użycia poezji. Symbolizm rozciąga poezję na każdą dziedzinę, w której tylko zechce się wypowiedzieć. Symbolizm poszukuje tajemnicy i sam ją tworzy” [1], a w jednym z kolejnych zapisów dodaje: „Punkt widzenia artysty przejęty przez wielu staje się symbolem” [2].
Tak dzieje się w narracji sonetu trzeciego drugiej partii orfickiego cyklu, napisanego między 15 a 17 lutego 1922 w Muzot. To pośmiertny hołd dla tancerki, której wirujące ciało mieszkało wśród luster, żyło w sali lustrzanej. A jednocześnie to sonet napisany przeciw śmierci: tam, gdzie ktoś umiera, zasłania się przecież lustra. Gdyby było choć jedno nie zasłonięte, śmierć nie mogłaby czynić swej powinności do końca, uparcie wracałoby życie. A w sali pełnej luster? Życia jest tak dużo, że aż ono samo tańczy. Cóż dopiero – w wyobraźni poetyckiej!
Posłuchajmy polskich przekładów analizowanego sonetu, od najnowszego począwszy:
Andrzej Lam:
Lustra: nikt jeszcze nie zdołał opisać,
czym wy jesteście w ukrytej istocie.
Wy, jak dziurami rozlicznymi sita
międzyprzestrzenie czasu zapełnione.
Wy, sali jeszcze pustej trwoniciele –
gdy świt się budzi, jak lasy w oddali…
I świecznik jak szesnastorogi jeleń
idzie ostępem waszym niezbadanym.
Czasem jesteście pełne malowideł.
Niektóre jakby weszły kiedyś w was -,
inne lękliwie stałyście na stronę.
Lecz najpiękniejsza w was zostanie – , aż
Świetlisty Narcyz wtargnie niecierpliwie
w jej lica, które trwają tam uśpione.
Adam Pomorski:
Lustra: któż kiedy opisu dokona
tego, co jest waszą istotą.
Pustko, z odstępów czasu złożona,
jak z samych dziur złożone rzeszoto.
Nim się zapełni, topnieje w niej sala -,
w zmierzch zapada jak leśna zieleń…
Skroś ostęp kandelabr szesnastak z dala
sunie koronny jak jeleń.
A tu w was – malowane postacie.
Kilka z nich bodaj w was samych tonie – ,
inne spłoszone się przyjąć wzdragacie.
Lecz najpiękniejsza trwa – , aż wychynie
narcyz przejrzysty po tamtej stronie
w waszych lic powściągliwej głębinie.
Bernard Antochewicz:
Lustra: jeszcze nikt was świadomie nie opisał,
czym w swej istocie jesteście.
Wy, jakby tylko dziurami sita
wypełnione przedziałami czasu.
Wy, trwoniciele jeszcze pustej komnaty,
gdy się zmierzcha, jak lasy niezmierne…
A świecznik idzie jak szóstak rogaty
przez wasze nieuczęszczane przestrzenie.
Czasem jesteście jak malowidła.
Jedni jakby już weszli w waszą dal –
Innych wasz trwożny odblask odsyła.
Lecz najpiękniejsza zostanie, doprawdy,
dopóki w jej znieruchomiałą twarz
nie przeniknie jasny swobodny Narcyz.
Mieczysław Jastrun:
Lustra, wy, dotąd niewysłowione,
o istność waszą nikt nie zapytał.
Wy, interwały czasu, przelśnione
i jakby pełne tylko dziur sita.
Wy, jeszcze pustych sal trwoniciele,
gdy dal jak lasy zmierzchnie…
I świecznik idzie jak wielki jeleń
przez nieprzekraczalną powierzchnię.
Niekiedy blaskiem kolorów lśnicie.
Jedne jakby weszły w głębię waszą,
inne trwożnym odsyłacie odbiciem.
Najpiękniejsza zostanie do czasu,
gdy w gładkość waszych twarzy jasnych
wciśnie się wątły i czysty narcyz.
Istnieje kilka kwestii, które różnie rozwiązywali polscy tłumacze. Istnieje kilka pytań, na które odpowiadali odmiennie: sito czy rzeszoto? – w strofie pierwszej; szóstak, szesnastak czy szesnastorogi jeleń, a może po prostu – wielki? – w strofie drugiej; Narcyz, syn nimfy i bóstwa rzecznego, czy też narcyz – kwiat? – w strofie czwartej. Rzeszoto jest bardziej nacechowanym słowem niż sito – mieści się w wyższym rejestrze stylistycznym, słychać w nim brzmienia dawne, co nie znaczy, że użycie tego synonimu w sonecie nie byłoby uprawnione: jesteśmy wszak, dzięki wyobraźni Rilkego, w sali lustrzanej. Co do jelenia, to równoznacznikiem osobnika szesnastorogiego, dojrzałego i bardzo okazałego (słowo „wielki” – jak najbardziej tu adekwatne) jest, podług leksyki przyrodniczej i łowieckiej, szesnastak, zaś szóstak to jeleń o zaledwie sześciu rogach, młodszy (pomylił się więc ewidentnie Antochewicz). Skąd jednak asocjacja wielkiego świecznika, zwielokrotniającego odbicia zwierciadlane, z jeleniem szesnastorogim, zwierzęciem potężnym – w logice poetyckiej tego sonetu? Otóż (to hipoteza) Narcyz, który nie potrafił miłować, kochał polowanie. Zatem widok jelenia o rogach tak wielu jak świec ma wielki kandelabr, to swego rodzaju miłosne (i śmiertelne zarazem) olśnienie? Paralelne do pomnażania wielości luster przez światło ogromnego kandelabru? Być może. Na pytanie zaś o Narcyza / narcyza trzeba by odpowiedzieć z konieczności wymijająco (w niemczyźnie skądinąd ta opozycja nie istnieje – gdyż wszystkie rzeczowniki, nie tylko imiona własne, pisze się majuskułą – i Rilke tę ambiwalencję semantyczną znakomicie wyzyskuje): wszak narcyz-kwiat miał wyrosnąć z krwi po śmierci Narcyza-efeba, a dziś ten rodzaj kwiatu liczy już dziesięć tysięcy odmian (czysty narcyzm!), co czyni ważną analogię zarówno wobec nieskończoności odbić lustrzanych, jak i wobec wielokrotności milknącego w oddali echa / Echo.
Sonet jest niewątpliwą – inaczej niż wczesne wiersze Rilkego tematyzujące postać Narcyza – próbą dyskusji z mitem Metamorfoz Owidiusza; podstawą rozmów i sekretu luster staje się komplementarna/e Echo, żeński, zredukowany do zmysłu słuchu, odpowiednik samo-zapatrzenia. Uroda zwierciadeł, ich sekretna doskonałość, przestrzenna kwintesencja pustki (sito z samych dziur, puste doskonale), istniejąca istotnie wobec czasu, w zmaganiu z jego upływem. Czyli z losem.
Kiedy tancerka, nawet zmarła, zwłaszcza młodo zmarła, tańczy w sali lustrzanej, nie ma śmierci, nie ma rozpaczy. Jest życie, jak to życie – niemożliwe, rozsadzające wyobraźnię, nawet poetycką: Narcyz istotnie spotyka Echo. Kochają. Zapatrując i zasłuchując się w sobie nawzajem, nie w sobie samych jedynie.
„Gesang ist Dasein”, „śpiew jest istnieniem” – powiada Rilke. Taniec wśród luster, wobec ich niebywałego pomnożenia, tym bardziej jest – istnieniem.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Małgorzata Baranowska, Prywatna historia poezji, Warszawa, Sic!, 1999, s. 151 (zapis z 30 III 1994).
[2] Tamże, s. 157 (zapis z 19 VII 1994).