HOME
Jan Zieliński

Spod powieki (T)

 

Wtorek, 17 marca

W „Załączniku Kulturoznawczym” (nr 12) artykuł o wydanej we Włoszech książce Storia di mia vita Janka Gorczycy (Palermo, Sellerio, 2024), autobiograficznej relacji polskiego imigranta, który wiele lat przeżył w Italii jako bezdomny. Znajomy literat włoski przepisał jego tekst, pisany specyficzną włoszczyzną z licznymi polonizmami (już tytuł powinien poprawnie brzmieć: Storia della mia vita) i doprowadził do publikacji. Autorka artykułu cytuje pierwsze zdanie („Questo sarà un breve racconto di mia esperienza sulla vita per strada”) i daje własny przekład: „To będzie krótkie opowiadanie o moim doświadczeniu życia na ulicy” [1], a ja słyszę „Nel mezzo del camin di nostra vita / mi ritrovai per una selva oscura, / ché la diritta via era smarrita ” albo „W połowie drogi naszego żywota / Wpośród ciemnego znalazłem się lasu, / Albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki”, jak ten początek arcydzieła Dantego przełożył Edward Porębowicz, i zastanawiam się, jakimi drogami wędrują takie książkowe otwarcia. Świadomie? Nieświadomie? Przypadkiem czy nieprzypadkiem?

 

*

Belgijski sąd postanowił pociągnąć do odpowiedzialności prawnej 93-letniego b. dyplomatę, ostatniego żyjącego spośród sprawców zamordowania w roku 1961 Patricka Lumumby. Z tej okazji przypomniano bulwersującą kwestię złotego zęba. Po zabójstwie belgijski komisarz policji nakazał zniszczenie zwłok, żeby uniemożliwić kult Lumumby jako bohatera walki o niepodległość Konga. Ciało posiekano i rozpuszczono w kwasie. Ale komisarz zabrał sobie na pamiątkę, niczym myśliwskie trofea, dwa złote zęby i kilka palców. Z czasem został mu tylko jeden ząb, który po jego śmierci został uroczyście przekazany na ręce córki Lumumby; ta przewiozła trumnę z palcem ojca do Konga i umieściła w specjalnie zbudowanym mauzoleum.

 

Środa, 18 marca

W Jankach na filmie Emi Buchwald. Zdania podzielone. M. rozczarowana, mnie podobał się bardziej, przede wszystkim dzięki muzyce i klimatom, które w wielu miejscach przypominały mi życie moich synów (reżyserka jest od nich zaledwie o 7-10 lat młodsza), nie mówiąc już o tym, że Mama pod koniec życia przez kilka lat mieszkała przy Dobrej. Dusiołek świetny, choć nie wygrany do końca, odchodzi jakoś bez przekonania.

 

Czwartek, 19 marca

Film dokumentalny o muzyce, który zaczyna się od sekwencji stron tytułowych prasy brytyjskiej z takim nagłówkami jak „WOJNA. DESZCZ BOMB NA WARSZAWĘ” („The Saturday News”), „POLSKA ZAATAKOWANA. JEJ MASTA ZBOMBARDOWANE” („The Evening Star”). Następna sekwencja to nagłówki sześć lat później: „KONIEC WOJNY NIEMIECKEJ” („Newcastle Evening Chronicle”). Potem bohaterowie filmu mówią o tym, jaki był krajobraz miasta (ruiny, kratery) i jak wyglądało życie codzienne w Londynie zaraz po wojnie (kartki na mleko i jajka), tudzież o tym, że to wszystko razem stanowiło punkt wyjścia do lepszej przyszłości. Kto by pomyślał, że tak się zaczyna Becoming Led Zeppelin (2025), autoryzowany film Bernarda McMahona o pierwszych dwóch latach kariery jednego z najważniejszych zespołów rockowych świata? Kontrapunktem dla tych gazet z początku i końca II wojny światowej jest scena z lata 1969 roku, kiedy Led Zeppelin gra w Stanach podczas lądowania pierwszego człowieka na Księżycu. Niespełna ćwierć wieku po wojnie – dobrobyt i tryumf myśli technicznej. Między jednym a drugim solidna porcja świetnego materiału dokumentalnego – koncertowe wersje najważniejszych utworów z dyskretnie wplecionym komentarzem czterech muzyków.

 

Wtorek, 24 marca

W teczce pacjenta szpitala dla nerwowo chorych w Pirnie koło Drezna, polskiego szlachcica Krzysztofa Szczytta, zachowały się w przekładzie na francuski bądź niemiecki niektóre z wysyłanych przez niego listów. Spróbowałem przełożyć jeden fragment z powrotem na polski, jako że dotyczy bliskiej mi ostatnio (wręcz obsesyjnie, jak sądzi Henryk Waniek) tematyki. Pisany do siostry autora, Krystyny ks. Druckiej-Lubeckiej, list jest datowany: 9 stycznia 1847 roku.

„Widzę z niektórych listów, że cierpisz, Wielmożna Siostro, na oczy – nie zwróciłem na to zrazu Uwagi, jeszcze bowiem za życia Rodziców miałaś, Siostro Dobrodziejko, słaby wzrok, teraz wszakże – wzmianka w ostatnim liście o wywracaniu oczu mocno mnie zastanowiła, jako iż sam osobiście wielem w tej materii doświadczył. Wywracanie oczu świadczy o ich fermentacji bądź o ich trawieniu, spowodowanym brakiem pożywienia w czasie Snu. U dzieci oczy nie są przytwierdzone, a poniekąd są oddzielone od reszty ciała: toteż ich Praca nie ma większego wpływu na życie. Jednakowoż każde Zapalenie oczu, obok ciśnienia atmosfery, a w szczególności Drzew, wywołuje silną Gorączkę, i to w całym Ciele. Dlatego radzę Ci, Wielmożna Siostro, nie jedz innych zbóż, a jedynie Grykę. W rezultacie Drzewa zaczną na Twe oczy oddziaływać, i jeśli nawet nie uczynią Ci nowych oczu, to przynajmniej nie będzie groziła utrata wzroku”.

Ciekawy to i, rzekłbym, poetycki koncept wpływu, jaki drzewa wywierają na wzrok. Sprawdzam, bez trudu znajduję artykuł w periodyku „People and Nature” z roku 2024, w którym badaczka walijska wraz z dwoma kolegami z Izraela opisuje eksperyment, polegający na śledzeniu ruchu gałek ocznych. Wyniki były jednoznaczne: patrzenie na zieleń, a zwłaszcza na drzewa, wpływa dobroczynnie na samopoczucie, na zmniejszenie stanów lękowych, na odprężenie. Punkt dla intuicji naszego szlachcica.

 

*

W bookcrossingowej szafie w brwinowskiej Galerii Podkowa natrafiłem na powieść fantastyczno-przygodową Ludzie-skorpiony z roku 1985, opatrzoną przejrzystym pseudonimem Max Lars (tym łatwiejszym do rozszyfrowania, że rzecz ilustrował Stefan Chwin, jak skądinąd wiadomo, mąż poetki, publikującej jako Krystyna Lars). Nie byłem pewien, czy nie mam egzemplarza z dawnych czasów, kiedy się częściej spotykaliśmy, czy to w Warszawie, czy w Gdańsku, ale nie mogłem nie wziąć, kiedy kartkowana książka otwarła mi się na całostronicowym rysunku, przedstawiającym ogromne oko na tle wzburzonego nieba nad spokojną wodą, oglądane przez widzianego od tyłu młodzieńca. Kompozycja jawnie nawiązuje do słynnego Wędrowca nad morzem mgły Caspara Davida Friedricha. Rysunek z okiem ilustruje rozdział zatytułowany Noc na bagnach. Spod powieki czytam: „Czarnozielone oko kołysało się w fosforyzującym, rozedrganym miąższu, który wstrętnymi skurczami wspinał się w górę, rósł, stawał się coraz większy… zbliżał się…”. I dalej: „Ciemna źrenica kołysała się tuż przed samą twarzą, niczym zielonawa szklista kula ociekająca śluzem. Patrzył w jej czarny środek. Na dnie zobaczył półkolisty, ceglany kanał, biegnący w dół niczym cembrowina studni. Łukowate ściany wygięły się ogarnęły go…”. To tylko przygrywka. Na następnej stronie: „[…] Joachim zobaczył, że pulsujące rozgałęzienia tętnic oddzielają się od podłoża, zostawiając za sobą mglistą, nabrzmiałą wypukłość. […] przesuwały się pod sklepieniem niczym wielkie czerwone drzewo nerwów, wyjęte z atlasu anatomicznego Hogeviusa van Imiels…”.

Odłożyłem książkę na półkę jako chwilowo zbyt bolesną dla pacjenta, któremu okuliści mówią zgodnie, że jego problem leży nie po stronie oczu, tylko nerwu ocznego, któremu zlecają specjalistyczne badania tętnic szyjnych, żeby sprawdzić przepływ krwi i przed którym roztaczają perspektywę wyrafinowanej, ale ryzykownej interwencji chirurgicznej. Kto by pomyślał, że tak mnie po latach poruszy wytwór nieskrępowanej fantazji młodej pary autorskiej, rzecz napisana trochę dla żartu, może trochę dla pieniędzy (wyszła w nakładzie 50 000 egzemplarzy), trochę na przekór. A tymczasem z audycji radiowej Doroty Gacek dowiaduję się, że właśnie wyszła nowa książka Maxa Larsa: Piratki.

 

Środa, 8 kwietnia

Dobrnąłem przed Świętami do końca książki Krzysztofa Hubera. Druga połowa żwawsza, nieco bardziej substancjonalna od biesiadowania części pierwszej, dzieje się na odwyku w szpitalu psychiatrycznym. Pomyślałem sobie jednak, że daleko jej do Obłędu Krzysztonia, książki, która była bezlitosną diagnozą Polski końca lat siedemdziesiątych. A tu, jak na zamówienie, w najnowszym „Newsweeku” Krzysztof Varga przypomina tę powieść z okazji wznowienia jej przez PIW, które to wznowienie nazywa „sensacją dekady”, nie szczędząc takich określeń, jak „monstrualne arcydzieło”, „powieść, którą poznać powinien każdy Polak”. Wskazuje też, że powieść ta „jest zbudowana z polskiego romantyzmu”, zaś Krzysztof z Obłędu to nowy Kordian. Zwraca ponadto uwagę na obecność w opisanych w powieści Tworkach ks. Poniatowskiego. „Ale skąd się wziął Poniatowski w Tworkach? Ależ tak, został wskrzeszony, by odegrać kluczową rolę w wielkich wydarzeniach! – uznaje biedny Krzysztof, pędzący na karuzeli opętańczego mesjanizmu”. Tak pisze Varga, zresztą też Krzysztof, a my pamiętamy Termopile polskie w Teatrze Narodowym w aktualizującej inscenizacji dramatu Tadeusza Micińskiego, którego skomplikowana wielogodzinna akcja dzieje się w mózgu wpadającego do Elstery księcia…

 

Czwartek, 9 kwietnia

Nie musimy wybierać żadnego z czterech dzisiejszych zaproszeń (na debatę z udziałem burmistrza Berlina i prezydenta Warszawy w gmachu głównym SGH, na wernisaż wystawy Czapskiego i Grzegorza Kozery w Kordegardzie, na premierę nowego przekładu tomu opowiadań Kafki, połączoną z wręczeniem Sławie Lisieckiej medalu Gloria Artis w BUWie, na finisaż wystawy „AI and its Consequences – Artistic Positions on Post-Digital Futures” w Austriackim Forum Kultury), ponieważ mamy dawno temu kupione bilety i lecimy do Rzymu, gdzie Maria nigdy dotąd nie była. Ja, jeśli pamięć nie myli, cztery razy: raz prywatnie, z Berna, z Alą i Chłopcami, raz „na Słowackiego”, raz „na Norwida”, raz „na Wata”.

A że w dniu wyjazdu nadeszły z Gdańska trzy nowe książki Stefana Chwina (Dziennik pisany w Gdańsku, Gombrowicz i „dusza polska” oraz Piratki, sygnowane Stefan Chwin / Max Lars), pierwszą z nich biorę na drogę – i do Rzymu.

 

Piątek, 10 kwietnia

Przebudzenie. Sześć metrów nad łóżkiem drewniane kasetony sufitu, niczym łoże olbrzyma, rzucone w górę.

Za oknem, po drugiej stronie wąskiej uliczki, ciemna bryła Terme di Agrippa, majstersztyk rzymskich łaźni, zasilanych przez akwedukt Aqua Virgo, odbudowany w czasach renesansu jako Acqua Vergine i powiązany z kultem maryjnym, jak o tym świadczy obraz Matki Boskiej Różańcowej i stosowny wiersz.

 

*

Wyrzeźbiony przez Berniniego słoń na placyku przed bazyliką Santa Maria sopra Minerva, w której spoczywają szczątki Fra Angelico i św. Katarzyny ze Sieny. Na prawo od głównego ołtarza tablica pamiątkowa gen. Józefa Korwin-Szymanowskiego (który mieszkał też w Muri pod Bernem, a w Bernie pochował córkę). Nad tablicą popiersie generała w todze rzymskiej, z grzywką i długą siwą brodą (dzieło Tomasza Oskara Sosnowskiego). Pod popiersiem herb Szymanowskich, Ślepowron.

 

*

Parę godzin w Palazzo Barberini. Dla mnie radość powrotu do tego miejsca, w którym obrazy i rzeźby żyją otoczone światłem, bez natłoku, w harmonii z kolorem ścian i malowidłami na plafonach. I są takie perełki, jak Madonna z Dzieciątkiem, skubiącym ziarnko granatu (XV-wieczny Neri di Bicci) albo hieratyczne ułożenie palców anioła Gabriela i Maryi (Zwiastowanie Filippo Lippiego).

 

 

Do tego wszędzie pełno pszczół, dobrze charakteryzujących aktywność Barberinich na różnych polach. I Vanitas Trophime’a Bigota, obraz, który od wielu lat widzę codziennie rano odpalając kompka.

A wystawa czasowa dotyczy rozmaitych powiązań rzeźbiarskiej rodziny Berninich z możnym rodem Barberinich.

 

*

Powrót niespiesznym spacerem przez via Sistina, ulicę, przy której mieszkało wielu artystów, aż do kościoła Santa Maria ai Monti, potem w dół Schodami Hiszpańskimi, jedną z bocznych uliczek do Corso. Już pod wieczór wstępujemy do spokojnego Oratorio del Santissimo Crocifisso, słuchamy śpiewów i modlitw przełożonej oraz dwóch zakonnic.

 

Sobota, 11 kwietnia

Il Gesù, kościół jezuitów, dla mnie jeden z ciekawszych w Rzymie, dla M. zbyt przeładowany, przesadnie barokowy. Zatrzymujemy się dłużej przy Kaplicy Aniołów z obrazami Federica Zuccaro, o której pisałem kiedyś jako o scenerii znanego wiersza Mickiewicza Do M. Ł. W dzień przyjęcia komunii św. [2]. A także przy freskach ze scenami z azjatyckich podróży św. Franciszka Ksawerego, jak zagubiony podczas morskiej podróży do Malakki krucyfiks, po wylądowaniu misjonarza na wyspie kanibalów przytaszczony mu przez olbrzymiego kraba. Opisała to Zofia Kossak w Szaleńcach Bożych: „Wielki, oliwkowy krab wyłaził z trudem na brzeg, rozstawiając szeroko i niezdarnie kosmate nogi. Był to krab z rodzaju grzbietonogów, na szerokim spłaszczonym odwłoku noszący parę niby ramion,  do trzymania zdobyczy przeznaczonych. I teraz trzymał w nich coś śliskiego snadź, bo osuwało się ciągle, wysokiego, bo kołysał się z boku na bok niepewnie, pośpiesznie kiwając szczypcami. To coś zalśniło do słońca tak dziwnie, że ojciec Franciszek pochylił się zaciekawiony. I zdumiał!… – Ciemny morski potworek przynosił mu zgubiony krzyż – krzyż wyrwany przez złą falę o cztery dni drogi stąd”. Autorem fresków jest Andrea Carlone, uczeń Carla Marattiego.

 

*

Potem zwiedzanie z przewodnikiem Koloseum i Forum Romanum. Duża atrakcja dla M., która zbudowała dwa domy i umie docenić rozmaite rozwiązania architektoniczne. Jest pod wrażeniem wind, które wywoziły z podziemi gladiatorów i dzikie zwierzęta na arenę, a najbardziej – systemu ruchomego zadaszenia, swego rodzaju gigantycznych markiz, osłaniających kolejne części widowni przed upalnym słońcem (nagie ciała na arenie błyszczały w pełnym żarze).

 

*

Po powrocie do współczesności natykamy się na sporą demonstrację lewicowej centrali związkowej z hasłami solidarności z Kubą.

 

*

W drodze powrotnej do hotelu zachodzimy do każdego otwartego kościoła. Bazylika św. Klemensa (ten męczennik, skazany przez cesarza Trajana na wygnanie na Krym, gdzie pracował w kopalni, odniósł takie sukcesy w nawracaniu żołnierzy i współtowarzyszy niewoli, że przywiązano go do kotwicy i wrzucono do Morza Czarnego) jest też miejscem kultu Cyryla i Metodego, apostołów Słowian, którzy mieli odnaleźć relikwie św. Klemensa wraz z kotwicą.

Bazylika św. Piotra w Okowach wraz z grobowcem Juliusza II i posągiem Mojżesza, słynnym dziełem Michała Anioła.

Kościół Santa Maria ai Monti z barokowym sufitem, przedstawiającym Wniebowstąpienie, anioły i doktorów Kościoła, zwieńczonym kopułą ze scenami z życia Maryi, różnych artystów.

W kolejnym kościele, do którego wchodzimy tylko na chwilę, żeby nie przeszkadzać w nabożeństwie, zwraca moją uwagę nazwisko Mickiewicz w tekście łacińskim wmurowanej tablicy. To nie poeta, tylko bazylianin, „IORDANVS.MICKIEWICZ.RVTHENAE.FAMILIAE” („Jordan Mickiewicz z rodu rusińskiego”), a tablica upamiętnia poświęcenie w roku 1819 cudownego obrazu Matki Boskiej Żyrowickiej. W tym samym kościele (Chiesa San Sergio e Bacco, parafia ukraińska) jest też tablica nagrobna metropolity Rusi Rafała Korsaka, który zmarł w Rzymie w roku 1642, zabiegając z polecenia Zygmunta III o kanonizację bł. Jozafata Koncewicza, oraz epitafium wileńskiego malarza Juliusza Miszewskiego, który zginął w roku 1826 podczas pleneru w Subiaco, kiedy to osunęła mu się spod stóp ziemia, i mimo pomocy kolegi-malarza, Kanutego Rusieckiego, spadł z urwiska do rwącej rzeki.

Na koniec, przy Largo di Torre Argentina, wchodzimy do dużej księgarni Feltrinellego. Jak w innych krajach literatura jest tu (liczebnie) spychana na margines przez komiksy, fantasy, artykuły papiernicze, kryminały, Young Adult, nawet kompozycje kwiatowe (!). Na szczęście środkowe sale księgarni wciąż jeszcze wypełnione są książkami, które chce się wziąć do ręki. Z kronikarskiego obowiązku: wśród nowości zauważam już drugą przełożoną na włoski powieść Joanny Bator.

 

Niedziela, 12 kwietnia

Rano zaczynamy od tego samego miejsca, Largo di Torre Argentina – ruin kilku rzymskich świątyń, które od lat były tradycyjnym sanktuarium kotów. Nie wiem czemu, ale obecnie koty opuściły ten plac – będziemy przechodzili obok jeszcze kilka razy i nigdy nie ujrzymy naraz więcej niż trzech.

Potem dobrze strzeżona przez policję synagoga. Ale naszym pierwszym celem jest dziś wyspa na Tybrze – Tiberina. Położeniem i układem wobec rzeki przypomina ona nieco Wyspę Św. Ludwika wobec Sekwany, ale w mniejszej skali. W dodatku komunikacyjnie składa się z jednej uliczki, przecinającej ją w poprzek, przy której znajdują się dwa kościoły i szpital. Zachodzimy do pierwszego (chiesa di San Giovanni Calibita), w obecnej postaci wzniesionego w XVI wieku. Po prawej kapliczka św. Leopolda Mandicia, chorwackiego kapucyna, cenionego spowiednika.

Potem msza w bazylice św. Bartłomieja, wzniesionej pod koniec X wieku z inicjatywy cesarza Ottona III. Nim się rozpocznie liturgia, oglądamy płaskorzeźbę, uważaną za najstarszy znany wizerunek św. Wojciecha: znajduje się przed głównym ołtarzem, na kamiennej obudowie dawnego źródełka, z prawej strony. Od frontu towarzyszy jej wizerunek Jezusa, od ołtarza cesarza-fundatora kościoła, od lewej św. Bartłomieja, trzymającego nóż na pamiątkę męczeńskiej śmierci (został oskórowany). W kaplicy na lewo od ołtarza są też relikwie św. Wojciecha (ręka).

 

 

Od niedawna bazylika poświęcona jest też kultowi współczesnych męczenników za wiarę na całym świecie. Wśród ofiar nazizmu o. Kolbe i zamęczony w Dachau bł. Stanisław Kostka Starowieyski, wśród ofiar komunizmu – ks. Popiełuszko (są też jego drobne relikwie).

Msza z aktywnym udziałem młodzieży i dzieci, bez spowiedzi powszechnej, ale prawie wszyscy przystępują do komunii. Modlitwy w intencji zakończenia trwających obecnie wojen (Ukraina, Gaza, Środkowy Wschód, kilka regionów Afryki, w takiej kolejności).

Przechodzimy na Zatybrze. Mijamy pomnik lokalnego poety XIX-wiecznego Gioachina Bellego. Potem Basilica di San Crisogono, surowy kościół wzniesiony dla przebywających w Rzymie Korsykańczyków. Następnie Santa Maria in Trastevere, bazylika o historii, sięgającej III lub IV wieku. Na prawo od ołtarza tablica pamiątkowa Stanisława Hozjusza z sugestywnym popiersiem zmarłego w roku 1579 kardynała. Na lewo, w kaplicy Altemps, obraz przedstawiający sobór trydencki, na którym Hozjusz odegrał pierwszorzędną rolę.

Dalej: Galeria Corsini. W pałacu tym mieszkała dawniej nawrócona na katolicyzm królowa Szwecji Krystyna (można zwiedzać jej sypialnię, w której umarła w roku 1689, z dewizą „urodziłam się, żyłam i umieram w wolności”). Obrazów większe zagęszczenie niż u Barberinich, opisy mniej przejrzyste. Zapamiętałem szczególnie Judytę i Holofernesa Gerarda Seghersa, a jako ciekawostkę małe portreciki, które podobno przedstawiają Lutra i jego żonę.

W miejsce kilku obrazów, zwłaszcza Carla Marattiego i jego naśladowców, informacja, że zostały one wypożyczone na prestiżową wystawę „Tribute to Carlo Maratti” w Palazzo Sciarra Colonna, która trwa – do dziś wieczór! A jako że zdarzyło mi się napisać książkę o pewnym obrazie, którym zachwycił się Norwid, myśląc, że ogląda nieznaną rzecz Rafaela, gdy w rzeczywistości było to płótno Marattiego (Śmierć św. Józefa), skłania nas to do pewnej modyfikacji dzisiejszych planów.

Na razie jednak obiad w „Dar Poeta”, małej zatybrzańskiej restauracji, obwieszonej cytatami z poety Bellego, z charakterystycznymi dla rzymskiego dialektu podwojonymi spółgłoskami. A potem, zgodne z planem, bazylika Santa Cecilia in Trastevere z robiącym osobliwe wrażenie białym marmurowym posągiem św. Cecylii w pozie, w jakiej w roku 1599 znaleziono jej zwłoki. Jakby przed chwilą zasnęła.

Następnie uroczy kościółek z XI wieku, Santa Maria a Capella, przylegający do zabudowań średniowiecznego szpitala. Stamtąd ruszamy w drogę powrotną do miasta w nadziei, że zdążymy przed definitywnym zamknięciem wystawy. Mały przystanek w bazylice św. Mikołaja w Więzieniu, gdzie zatrzymuję się przed kaplicą Matki Boskiej Guadelupy, z obrazem na jedwabiu, przywiezionym przez jezuitów w roku 1573. I drugi w miejscu, na prawo od Teatru Marcellusa, skąd rozciąga się widok jak na dawnych wedutach – bezładna mieszanina ruin i budynków z różnych epok i w różnych stylach.

 

 

Bije godzina dwudziesta, kiedy zziajani wpadamy do Palazzo Sciarra Colonna. Wołam do recepcjonistki, że jestem autorem książki o obrazie Maratty i że muszę zobaczyć tę wystawę. Małe zamieszanie, ale w końcu grzecznie nas wpuszczają. Wystawa niewielka, ale ze smakiem skomponowana. Urządzono ją z okazji czterystulecia urodzin Carla Marattiego, dla pokazania rangi tego malarza, a także w związku z pozyskaniem do zbiorów włoskich jego okazałego portretu Gaspare Marcaccioniego, skarbnika kardynała Antonia Barberiniego.

Nie było na tej wystawie motywu śmierci św. Józefa, ani w wersji Marattiego, ani jego uczniów. Ale po wyjściu z pałacu wstępujemy jeszcze do kościoła św. Ignacego Loyoli, a tam, jak na zamówienie, w lewej nawie, w kaplicy kard. Sacripantiego wisi taki obraz, pędzla ucznia Marattiego, Francesco Trevisaniego. Dobre dopełnienie dnia.

 

Poniedziałek, 13 kwietnia

Zaczynamy od kościoła pod wezwaniem Stygmatów św. Franciszka, gdzie w głównym ołtarzu, jakby w przedłużeniu wczorajszego dnia, obraz tegoż Francesco Trevisaniego, malarza i poety. Na lewo od prezbiterium marmurowy nagrobek Władysława Konstantego Wazy, syna króla Polski Władysława IV, zmarłego w roku 1698 utracjusza, pod koniec życia szambelana papieskiego.

Potem przez Ponte Sant’Angelo z posągami Berniniego, przedstawiającymi Anioły z atrybutami Męki Pańskiej, na Plac św. Piotra. W lewej części kolumnady Berniniego identyfikujemy posąg św. Jacka Odrowąża, Apostoła Słowian, kanonizowanego przez Klemensa VIII w roku 1594 (pierwszy na lewo od środka, na wysokości fontanny, z monstrancją w prawej i liściem laurowym w lewej ręce).

Następnie za pomocą SKIP THE LINE zwiedzamy Muzea Watykańskie. Ogrom. Nie sposób odnotować nawet garstki najpiękniejszych, najbardziej poruszających dzieł. XV-wieczna Madonna i św. Anna Lorenza d’Alessandro di San Severino czy z tego samego stulecia Madonna z Dzieciątkiem Carla Crivellego? Osobliwa queerowa kolorystyka szat na tryptyku malarza zwanego L’Alunno? Alchemista Davida III Ryckaerta? Nie, moim faworytem pozostaje obraz, który zobaczyłem tu trzydzieści lat temu i który przez dwadzieścia lat cieszył me oczy przy każdym otwarciu komputera: Św. Irena pielęgnująca św. Sebastiana Trophime’a Bigota. Kwintesencja czułości, delikatności i tego, co w niektórych językach oddaje się słowem devotion, a co wcale nie musi mieć, jak polska dewocja, tylko sensu religijnego (po retoromańsku oddaje się to jako speranza, amur, u apreziaziun profunda, czyli jakby nadzieja, miłość i głębokie uznanie).

Po obejrzeniu Kaplicy Sykstyńskiej udaje nam się jeszcze przed zamknięciem wejść do bazyliki św. Piotra, uderzającej rozmachem, przestrzenią, skalą. Są tu, w postaci mozaikowych powiększonych replik, dwa obrazy, dawniej uważane za niezrównane arcydzieła sztuki religijnej: Przeistoczenie Rafaela i Ostatnia komunia św. Hieronima Dominichina (oryginalne obrazy oglądaliśmy przed chwilą w watykańskiej Pinakotece). Jest też pomnik Krystyny, byłej królowej Szwecji, jednej z trzech kobiet, które dostąpiły zaszczytu pochówku w tej świątyni (pozostałe dwie to Matylda toskańska i Maria Klementyna Sobieska, wnuczka Jana III).

Po opuszczeniu placu zachodzimy jeszcze do położonego tuż obok kompleksu szpitala Santo Spirito in Sassia. Jest tam mały kościół, wzniesiony w XVI wieku, ale kaplica maryjna istniała tu już w wieku VII. Szpital uchodzi za najstarszy w Europie. Warto zobaczyć „kołowrotek życia” z końca XII wieku: rodzaj beczułki, do której wkładano niechciane niemowlęta (na lewo od niej otwór na jałmużny dla takich dzieci i innych ubogich pacjentów szpitala). Ja chodziłem po korytarzach i patiach, żeby sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać życie przetrzymywanego tutaj w oddziale dla nerwowo chorych w początku lat czterdziestych XIX wieku Krzysztofa Szczytta. Odwiedził go tu, w S. Spirito, Zygmunt Krasiński, który opisał rzecz całą obszernie w liście do Adama Sołtana; zacytuję tylko fragment: „I odszedł w ciemne korytarze, pełne wariatów, taki spokojny, taki swój, taki pyszny, jak gdyby w Kożangródku szedł z strzelcami i psiarnią na niedźwiedzia do boru”. Z Santo Spirito przeniesiono Szczytta do zakładu w Perugii, stamtąd do Pirny pod Dreznem, nim po paru latach udało mu się w końcu wrócić do kraju.

 

Wtorek, 14 kwietnia

Rano oglądamy wystawę jednego obrazu – małego obrazka wielkiego cierpienia – w Palazzo della Minerva, siedzibie biblioteki włoskiego Senatu: Ecce Homo Antonella da Messina. A właściwie dwóch obrazków, na odwrocie jest bowiem przedstawiony również ciekawy św. Hieronim, pokutujący na pustyni. Obraz został niedawno kupiony na aukcji przez państwo włoskie. Antonello da Messina wiele razy mierzył się z zadaniem spojrzenia Chrystusowi w twarz – na wystawie pokazano te próby w postaci reprodukcji, wśród których wyróżnia się jedna czarnobiała: to zaginiony w Wiedniu obraz, który przed wojną należał do rodziny Ostrowskich.

 

*

Kościół i klasztor kapucynów przy Via Vittorio Veneto. W muzeum, wśród wielu interesujących przedmiotów związanych z życiem zakonnym, kilka świetnych obrazów, a wśród nich Św. Franciszek medytujący Caravaggia. W kościele zwróciłem uwagę na popiersie kobiece z napisem łacińskim, który głosi, że w roku 1846 wzniosła ten pomnik sobie samej, za życia, Welmina Ciacolski, żona pielgrzyma Łazarza, żeby, (jeśli dobrze tłumaczę), „matka, w proch obrócona, mogła się połączyć ze swą córką Adelajdą, której tak gorączkowo poszukuje i którą kocha ponad wszystko”. Iście powieściowa fabuła.

A przed głównym ołtarzem w podłodze inna płyta, stara, z surową inskrypcją HIC IACET PULVIS CINIS ET NIHIL. Taki sam napis oglądał Czapski w roku 1930 w Toledo, na grobie kardynała Portocarrero. „Tu leży proch, popiół i nic”.

 

*

Park i Villa Borghese z kolejną wspaniałą galerią. Marii podoba się tu jeszcze bardziej, niż u Borrominich: obrazy, rzeźby, dekoracje wnętrz. Dla mnie trochę za tłoczno i za mało informacji o dziełach sztuki (są pewnie serwowane przez słuchawki, ale ciągle nie mogę się do tego medium przekonać). Wśród rzeźb tematy tak znane i obrośnięte komentarzami, jak śpiący Hermafrodyta, chłopiec wyjmujący kolec, skok Marka Kurcjusza czy porwanie Prozerpiny. Wśród obrazów przede wszystkim Caravaggio: Św. Hieronim, autoportret w postaci Chorego Bachusa, Św. Jan Chrzciciel, Dawid z głową Goliata, Madonna dei Palafrenieri. Parmigianina Portret mężczyzny, z rachunkiem sumienia w oczach.

Z parku przez Viale Adamo Mickiewicz wracamy do miasta. U Zmartwychwstańców oglądamy na dziedzińcu pomnik Kopernika (Sosnowskiego) i umawiamy się z ks. Krzysztofem na oglądanie muzeum w czwartek.

Potem Basilica di Sant’Agostino, a tam kapitalna Madonna pielgrzymów (z brudnymi stopami) Caravaggia.

 

Środa, 15 kwietnia

Rano Basilica di Sant’Andrea della Valle z tablicą, upamiętniającą egzekwie za duszę zmarłego w Genui irlandzkiego patrioty Daniela O’Connnella w czerwcu roku 1847 (był na nich bodaj Norwid, wielki zwolennik tego Irlandczyka).

Potem Campo de’ Fiori. Na tle zachmurzonego nagle nieba odcina się posępnie sylwetka zakapturzonego Giordana Bruna, nie pasująca dziś do kolorowego, rozkrzyczanego targu kwiatów, owoców i serów.

Zmartwychwstańcy. Byłem tu podczas konferencji Colloquia Norwidiana w roku 2007, znalazłem w archiwum listy i materiały biograficzne dotyczące Hipolita Terleckiego, męża ciekawej poetki Anny z Krakowa, potem jednego z założycieli zakonu, pielgrzyma do Ziemi Świętej. W siedzibie Zgromadzenia nie było wówczas muzeum, powstało dopiero trzy lata temu. Ciekaw byłem, czy znajdą się w nim jakieś pamiątki po ks. Terleckim, ale nie, ani śladu. Jest gablota, poświęcona apostolatowi wśród unitów i prawosławnych, ale próżno tam szukać choćby jego nazwiska. Szkoda.

Potem wizyta w prywatnej galerii, która ma w swych zbiorach kolekcję gemm, należących ongiś do ks. Stanisława Poniatowskiego, bratanka króla. Oprowadza nas Elisa di Castro, córka właścicielki. Przypomina pokrótce dzieje kolekcji, która, wystawiona po śmierci księcia w roku 1839 na sprzedaż, wzbudziła kontrowersje, kiedy się okazało, że nie są to zabytki starożytności, tylko bardzo artystycznie udane naśladownictwa z pierwszej połowy XIX wieku. Tak też są te gemmy dziś traktowane: jako rezultat nieco szalonej zachcianki polskiego księcia, który chciał żyć otoczony pięknymi dziełami sztuki antycznej, a tam, gdzie oryginałów – jak właśnie w przypadku gemm – zachowało się niewiele, nadrabiał ten brak zamawiając u najlepszych współczesnych artystów doskonałe naśladownictwa neoklasyczne, przy czym sam podsuwał im tematy i źródła. „Mój dziadek, mówi Elisa, zwykł mawiać, że prawdziwe dzieło sztuki miniaturowej po powiększeniu zachowuje piękne proporcje pierwowzoru. Takie właśnie są te gemmy, warto je oglądać przez lupę”. Wieczorem w hotelu studiuję katalog kolekcji, wydany w roku 2019 (po angielsku i po japońsku). W opisie zdarzają się drobne nieścisłości, gdy mowa o tym, że kolekcja Stanisława Poniatowskiego trafiła doń wcześnie, kiedy jego ojciec, „Casimir of Poland, a legendary collector of objets d’art” przekazał mu swój zbiór 150 antycznych gemm – tak jakby podkomorzy wielki koronny sam był królem Polski, a nie tylko bratem ostatniego jej władcy – ale fotografie 29 gemm (przeważne karneoli i sardonyksów), sporządzone z użyciem silnego bocznego światła, które wydobywa delikatne kształty, przedłużają przyjemność obcowania z tymi małymi dziełami sztuki.

Obiad w małej restauracji przy Via Vittoria pozwala nam przeczekać jedyny deszcz podczas tego tygodnia rzymskiego. Potem przez Via Babuino (tablica na domu nr 164-165, gdzie mieszkał Słowacki) do Piazza del Popolo. Odwiedzamy wszystkie trzy kościoły maryjne, najdłużej zatrzymując się w tym, w którym wiszą dwa obrazy Caravaggia: Ukrzyżowanie św. Piotra i Nawrócenie św. Pawła (z mądrym koniem).

Między kaplicą z tymi obrazami a ołtarzem głównym tablica łacińska, upamiętniająca Artura Mostowskiego (1822-1852). Wedle tej inskrypcji był on Polakiem „natus Cercliscis”. To Cerkliszki w powiece wileńskim, z pałacem, który od połowy XVIII wieku należał do rodu Mostowskich. Młodszy brat Artura, Władysław, który odziedziczył majątek, był żonaty z Katarzyną Szczytt-Niemirowicz.

Te szczegóły genealogiczne sprawdziłem po powrocie, mają one jednak bezpośredni związek z naszą podróżą rzymską, ponieważ prosto z kościoła Santa Maria del Popolo udaliśmy się na drugą stronę dawnej ulicy wjazdowej do Rzymu i weszliśmy do budynku, będącego obecnie posterunkiem karabinierów. Udało nam się zobaczyć w środku jedynie sień i korytarz, ale to tam, w roku 1840, w areszcie gwardii papieskiej uwięziono ekscentrycznego Krzysztofa Szczytta. Cytuję ten sam list Krasińskiego do Sołtana: „Otóż te obszarpańce, te Sanszy go za wariata donoszą urzędnikom bramy di Popolo. Przytrzymują szlachcica, przez dwa dni go męczą, gwałtów niesłychanych na nim się dopuszczają, sodomskich, gomorskich, z kieski mu wszystkie holendry wykradają, potem z bzikowatego przerobiwszy go tam na wściekłego, raport piszą do władzy. Władza doktorów szle, on doktorów kpa, grozi im nożem. Doktory za wariata go ogłaszają, wiążą go i prowadzą do S. Spirito. Tam byłem u niego”. W ten sposób doszliśmy do miejsca początku rzymskich kłopotów Krzysztofa Szczytta, dalszy ciąg już znamy.

 

Czwartek, 16 kwietnia 

Rano kościół bliski hotelu, do którego nigdy dotąd nie udało nam się wejść: Chiesa di San Luigi dei Francesi, narodowy kościół Francuzów w Rzymie. Tu też Caravaggio: trzy obrazy związane z postacią ewangelisty św. Mateusza, a przedstawiające jego powołanie, podszepty anioła przy pisaniu Ewangelii i męczeństwo.

Tablice komemoratywne dotyczą głównie francuskich dyplomatów w Świętym Mieście, ale też niektórych artystów. Zabawną genealogię ułożono na płycie pomnika nagrobnego Nicolas-Didiera Bogueta, malarza neoklasycystycznego. Pierwsze pokolenie stanowi tam Nicolas Poussin, drugie Gaspard Dughet, zwany Gaspardem Poussinem, trzecie Claude Lorrain. Czwarte miejsce ma w domyśle zająć zmarły w roku 1839 Boguet.

 

*

Potem taksówką jedziemy do prawdziwej perły architektury i zdobnictwa wczesnochrześcijańskiego: Mausoleo di Santa Constanza z IV wieku, mauzoleum córki cesarza Konstantyna Wielkiego, położonego tuż obok bazyliki św. Agnieszki za Murami. A stamtąd do Bazyliki Santo Stefano Rotondo (V wiek), narodowego kościoła węgierskiego. Tutaj na ścianach rotundy oglądamy XVI-wieczny cykl fresków, przedstawiających rozmaite formy dręczenia i śmierci męczenników, przy czym literki na freskach odsyłają do opisów, trochę jak dymki w komiksach (to skojarzenie w niczym nie ujmuje powagi temu miejscu, podkreśla jedynie powtarzalność form, służących do skutecznego docierania do widza).

 

*

Potem spacerem do Bazyliki Laterańskiej. Imponujące wnętrze i ładne drobiazgi. Zaraz na początku, po prawej, fragment fresku Giotta. Na prawo od ołtarza delikatna XIV-wieczna drewniana statua Maria Matka Kościoła w radosnych kolorach, nabyta przez Pawła VI, a ofiarowana przez papieża Franciszka.

Potem Scala Santa. Maria wchodzi, nie sprawdzam, czy na kolanach, ale nie ma jej dość długo.

 

*

Bardzo długi spacer przez Viale Parco del Celio (tu tablica ku czci etiopskiego maratończyka Abebe Bikila, zwycięzcy olimpiady rzymskiej w roku 1960) i Via del Circo Massimo do Santa Maria in Cosmedin. W przedsionku M. w milczeniu wkłada rękę do Bocca della Verità i wyjmuje ją bez wyraźnych obrażeń. Stamtąd wracamy nad Tybrem, potem koło synagogi, a na Torre della Argentina wstępujemy do dawnego teatru operowego. Pora żegnać się z Rzymem.

 

Piątek, 17 kwietnia

W samo południe Panteon – imponująca budowla starożytna, reaktywowana przez renesansowych papieży (spoczywa tu Rafael), w końcu XIX wieku miejsce pochówku królów Włoch. Jej istotą jest brak, okrągła dziura w suficie kopuły, zwana okiem (oculus), przez którą podczas naszych odwiedzin wpada świetlna plama, oświetlająca fragment ściany koło wyjścia, ale czasem przez to samo oko leją się strugi wody, a może i wpadają pioruny. Oculos łączy świat ludzi i tego, co uważają za ważne, godne pamięci, z górą, z niebem.

Potem spacer do Ołtarza Pokoju (Ara Pacis), starannie odrestaurowanej (na polecenie Mussoliniego) świątyni, wzniesionej z rozkazu cesarza Oktawiana Augusta na parę lat przed narodzinami Chrystusa. W małym muzeum jest obecnie przywieziona z Detroit wystawa impresjonistów, ale przecież nie po to przyjechaliśmy do Rzymu.

Wieczorem powrót do kraju. Radość Tiny.

JAN ZIELIŃSKI

 

[1] Apolonia Filonik, Autobiografia nomadyczna. „Załącznik Kulturoznawczy” 2025 nr 12, s. 406.

[2] Marzenia w Kaplicy Aniołów. W: Liryka romantyczna i inne szkice pod red. Bernadetty Kuczery-Chachulskiej, Warszawa, Wydawnictwo UKSW, 2010, s. 29-34.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek