HOME
Krzysztof Bielawski

Epistolariusz biblioteczny – listy do Hajduka (II)

10.11.2025

Drogi Jacku!

Przeczytałem … trzynaście wersów Odysei Homera.

Wiem, że to musi brzmieć dla Ciebie niemal jak policzek, Ciebie, który właśnie połknąłeś Chaucera, a wcześniej wyedytowałeś Wittlinową Odyseję, oczywiście w całości, wszystkie dwanaście tysięcy sto sześćdziesiąt wersów. Na swoją obronę mam to, że to nie byle jakie wersy i nie byle gdzie czytane. Są one bowiem zachowane na glinianej tablicy odkopanej ledwo co – w 2018 roku – niedaleko świątyni Zeusa w Olimpii. Pewnie słyszałeś, widziałeś i czytałeś, ale wybacz: muszę Ci o tym napisać.

Wiadomość o tym odkryciu przewaliła się przez wszystkie największe media światowe – od Reutersa przez New York Timesa po BBC – niestety, w polskich mediach żadnej wzmianki ani ja nie pamiętam, ani google nic znaleźć nie umie. Dwa tylko historyczne, specjalistyczne portale internetowe odnotowały („Historykon” i „Antyczna Hellada”) znalezisko – jeden krótką notką, drugi właściwie samym zdjęciem przeklejonym ze strony greckiego ministerstwa kultury i sportu (popatrz, jakie piękne, starożytne połączenie ministerstw! Idzie w poprzek powszechnemu chyba przekonaniu, że najbardziej adekwatne byłoby łączenie ministerstwa sportu albo z ministerstwem finansów, albo obrony narodowej). A szkoda, że taka u nas cisza, bo lektura to arcyciekawa i zmuszająca do myślenia nie mniej niż tzw. „nowa Safona”, która wprawdzie przykuła uwagę największych polskich filologów i największych gazet, ale po czasie okazała się najpewniej wyrafinowanym oszustwem (jeden Martin West konsekwentnie zachowywał sceptyczny dystans, a może po prostu nie lubił Dirka Obbinka, nomina non otiosa). 10 lipca minęło właśnie siedem lat od publikacji wiadomości o tym odkryciu na stronach greckiego ministerstwa, dotąd ukazał się jeden duży artykuł naukowy wydany przez Niemiecki Instytut Archeologiczny, a półtora miesiąca później sam stanąłem przed tym przedziwnym napisem w Olimpii. No i takim oto sposobem przeczytałem trzynaście wersów Odysei.

Ta gliniana tablica jest tak naprawdę cegłą i została znaleziona w towarzystwie – by nie rzec na kupie – innych takich samych cegieł. Miały one wszystkie boki długości dwudziestu dwóch centymetrów i grubość około czterech. Datowana jest z dużą pewnością na przełom II i III wieku naszej ery. Tekst został wydrapany rylcem na glinie już podeschniętej, ale jeszcze niewypalonej. Mamy starsze papirusy i jednowersowe cytaty, ale cegła z taką ilością Homera na raz spadła nam prosto na głowę pierwszy raz.

Jest to sam początek pieśni czternastej o spotkaniu z Eumajosem. Rozpoczyna się od ΑΥΤΑΡΟΕΓΛΙΜΕΝΟΣ (Αὐτὰρ ὁ ἐκ λιμένος z błędem w ἐκ), a kończy niespodziewanie na ΔΥΟΚΑΙΔΕΚΑΠΟΙΕΙ (δυοκαίδεκα ποίει), sam zresztą zobacz:

 

Fot. © Krzysztof Bielawski

 

Jak idzie o tekst, to jest to opowieść o tym, jak to Odyseusz po wylądowaniu na Itace w ślad za precyzyjnym rozkazem Ateny (z wersów 404-411 księgi XIII) idzie do siedziby Eumajosa, pasterza świń, który był i pozostał życzliwy swemu panu i najbardziej ze wszystkich troszczył się o jego dobra (βιότοιο μάλιστα / κήδετο, w. 3-4). Dalej następuje przedziwny opis zagrody Eumajosa, nie tyle nawet jego domostwa (ten, dość szczegółowo przedłożyła Odysowi Atena kilkadziesiąt wersów wcześniej – przy okazji odnotuj, proszę, że Martin West w swojej edycji Odysei nie rozdziela tekstu nagłówkami ksiąg, ale leci ciurkiem – no bo tak właśnie trzeba to czytać), ile chlewni (συφέους), co kończy się na tabliczce słowami jak od siekiery: „dwanaście wykonał”, tj. dwanaście chlewów pomieścił na dziedzińcu.

Popatrz, co to za przedziwne znalezisko: Homer jako taki w Olimpii nie dziwi, bo po pierwsze Homer nigdzie w Grecji nie dziwi, a po drugie niejeden z niego passus mógłby funkcjonować jako fundacyjny dla każdego rodzaju agonu – współzawodnictwa, także sportowego. Jednak Homer nabazgrany byle jak na miękkiej glinie z passusem o chlewniach znaleziony w pobliżu najsłynniejszej bodaj świątyni Zeusa w greckim świecie to jednak coś więcej niż zagadka. Tym większa, że glina została wypalona z tym napisem (inaczej by się nie zachowała). Mogła zostać wypalona lub „się” wypalić przez przypadek, na przykład w jakimś małym lub dużym pożarze czy ognisku. Mogła zostać wypalona celowo wraz z innymi materiałami budowlanymi – cegłami i płytami – a napisem w tym wypadku nikt się nie przejmował, ponieważ to on powstał „przypadkiem”, mogła też zostać wypalona jako semiofora, nośnik tekstu – nieprzypadkowa płyta z nieprzypadkowym napisem, nawet jeśli później innym zrządzeniem tego samego losy zupełnie banalnie trafiła do magazynu cegieł.

Innymi słowy, albo ta tablica wylepiona z mokrej gliny została wyłączona z użytku właściwego cegłom tylko po to, żeby po niej pisać i zapisaną utrwalić przez wypalenie. Albo też, jako że została zrobiona z tej mokrej gliny jako materiał budowlany, a napis pojawił się na niej przypadkiem, dla zabawy, to i dla zabawy również została utrwalona. Tertium non datur. Oczywiście, nigdy się nie dowiemy, który z tych wariantów miał miejsce.

Tak czy inaczej podczas lektury tekstu na tablicy – dziś w muzeum archeologicznym w Olimpii – widzimy Odyseusza kroczącego jakąś lichą ścieżką od morza do siedziby Eumajosa, któremu poświęcony jest jeden wers opisujący go jako domownika Odysa i troskliwego obrońcę jego majątku. Dowiadujemy się, że Odys znalazł świniopasa przed jego domem (? vide infra), przed którym był urządzony rodzaj dziedzińca czy tarasu widokowego, a sam dom (vide infra etiam) był ze wszystkich stron chroniony. Ten wers przyciąga moją uwagę z trzech powodów: 1) co to znaczy, że aule – ów taras widokowy – był „wysoki”, bo jak mógł być wysoki, skoro był „przed” domem; 2) co znaczy i skąd pochodzi słowo periskeptos i cały zwrot przyimkowy eni periskeptoi oikoi; 3) w jaki sposób ten podniesiony taras był „zbudowany”? Co do pierwszego, wyznaję, że nie wiem, a konieczność wysłania tego listu raczej prędzej niż później zniechęca mnie do zakopania się w raporty z wykopalisk i poszukiwania nie pałaców, ale domostw mykeńskiej biedoty. Co do drugiego – zależy to w jakimś sensie od odpowiedzi na pytanie pierwsze, ponieważ aleksandryjscy bibliotekarze uznali, że słowo pochodzi od periskepto i oznacza „widziany ze wszystkich stron”, ale najpewniej się mylili, bo pochodzi raczej od periskepo i oznacza „ze wszystkich stron chroniony” (wiem, że już się lękasz jakiegoś boże broń przypisu i zezujesz na dół strony, ale ponownie zwalczę pokusę i tylko zaproponuję zerknąć do słynnego a pięknego komentarza oksfordzkiego do tego miejsca). Łącząc jedno z drugim mielibyśmy nie tyle ławeczkę przed domem z pięknym widokiem na okolicę (tak chyba wyobrażali to sobie Parandowski i Siemieński w swoich przekładach), ale jakąś prostą konstrukcję warowną, w której aule oznaczałoby być może dość wysoki mur, dzięki któremu cały dom jest otoczony ochroną – mało kto tak tłumaczy, z czego wynika, że oksfordzkie komentarze są tyleż piękne, co bezużyteczne. W liście do Ciebie nie można nie odnotować, że jeden Twój Wittlin wspaniały za tym właściwym znaczeniem podążył tworząc wers abundantny, nowotworowy i niezwykły: „Dokoła szły przenadobne, ogromne okołokopy, / zamykające je zewsząd”. Na „okołokopy” zbaraniały i google, i sztuczna inteligencja, choć – jak mówił prof. Ulewicz – i garbaty to widzi, że to zwykłe okopy, tylko dookoła, a abundancja Wittlinowa kazała je wykopać nie tylko dookoła, ale i „zewsząd”. Nota bene ów taras widokowy to u Wittlina „podwórko na wysokości wzniesione”, który to przekład ucieka przed moim dylematem architektonicznym w stronę uznania po prostu, że dom Eumajosa musiał stać na wzgórzu. Tym sposobem Hajdukowy Wittlin odpowiedział na trzecie z pytań, które jednak wpisałem, żeby wrócić do trzynastu wersów, jakie przeczytałem w Olimpii. Otóż wers (nr 9 na tablicy glinianej i 6 wydaniach klasycznych), który w standardowych edycjach wygląda tak:

 

ὑψηλὴ δέδμητο, περισκέπτῳ ἐνὶ χώρῳ

 

w transkrypcji z tabliczki olimpijskiej wygląda inaczej:

 

ὑψηλὴ δέμνητο, περισκέπτῳ ἐνὶ οἴκῳ

 

Zresztą, sam zobacz – nie chce być inaczej.

 

 

Te mi i ni na siebie dziwnie nachodzą, jestem gotów dopuścić, że ten skryba, czy skrobek raczej, najpierw wyskrobał błędnie δέμνητο, a potem próbował poprawić na δέδμητο, z pierwszych dwóch kresek w mi robiąc deltę przez doskrobanie poziomej podstawy u dołu, ale szczerze mówiąc takie myślenie przypomina mi procedurę wyciągania dostatecznego z klasówki marnego ucznia, któremu nie poszło. Zostaje zatem uznać, że złapaliśmy tego Olimpijczyka na błędzie, bo takie słowo czy taka forma nie istnieją, jak sądzę. Druga zmiana w tym wersie jest innej natury – zamiast choros (ogólnie „miejsce”, „przestrzeń”) wydrapał on oikos („dom”). W znanej nam tradycji rękopiśmiennej wariant taki nie występuje, ale widać myśl naszego skryby wędrowała ścieżkami podobnymi do tych Jana Parandowskiego, który w tej scenie koniecznie świniopasa przed domem chciał widzieć.

 

 

Wiem, że jesteś cierpliwym słuchaczem i niejedną opowiadaczą ekstrawagancję z mojej strony dzielnie zniosłeś, nie znaczy to jednak, żeby wolno mi było cierpliwości tej nadużywać opowieściami o tej ważnej w moim życiu cegle – masz jakąś ważną w swoim życiu cegłę? No widzisz, a ja mam. No więc nie będę Cię nużył rozmyślaniami, kto i dlaczego mógł ten akurat tekst w takim akurat miejscu zapisać. Nie wiem, kto i dlaczego postanowił utrwalić w glinie homerowe wersy o chlewach w liczbie dwunastu, ale wiem, że skłonił mnie do takiej lektury Homera, jakiej wcześniej nie uprawiałem.

Umówiliśmy się, że naśladujemy Focjusza i zaczynamy nasze listy od „przeczytałem”, co sprawia, że czujemy się wproszeni na elitarną imprezę, ale z drugiej strony zupełnie rujnuje dobry obyczaj dziękowania za słowa z listu, na który przecież odpowiadamy. Nie czuję się dobrze z taką gburowatością, ale mam nadzieję, że odczuwasz podobnie i rozumiesz.

W każdym razie – dziękuję za miłe słowa. Tak jak Ty, znam kilka sprawnych figur retorycznych i potrafiłbym tym kluczem niejedną Twoją pochwałę zoperować, ale bez żalu się powstrzymam i chwilę ogrzeję. Inna rzecz, że mamy za sobą dość długą drogę i rzeczywiście jest za co być wdzięcznymi. Ja jestem bardzo wdzięczny za Twoją odpowiedź i przepraszam za moje przeinaczenia popełnione na marach. W odpowiedzi na pytanie o Chaucera uciekłeś się do argumentu najgorszego z możliwych, tzn. argumentu z autorytetu; kłopot w tym, że mogłem sobie te argumenty sam wygrzebać, a co Ty sam o tej lekturze tak naprawdę myślisz, to nadal nie wiem.

Wielkie to szczęście, że tak różnie myślimy o czytaniu. Z drugiej jednak strony skłoniłeś mnie do wyrażenia dwóch sprostowań i jednego separatum. Oczywiście, że zdarzyło mi się odłożyć książkę po kilku stronach, fakt, że zdarzało się to rzadko, ale bywa, że nie da się kontynuować rozpoczętej podróży i dochować kontraktu – otwarcie książki traktuję jak zawarcie umowy z wzajemnymi zobowiązaniami. Zawieramy takich umów wiele, nie zawsze o tym pamiętając – na przykład, kiedy kupujemy bilet w tramwaju, albo choćby gumę do żucia w Żabce. Osobiście nie potrafię wycenić moich wymagań i nie wiem, czy są wysokie i czy w ogóle mam jakąś windę (żeby cokolwiek windować). Z tego listu dowiedziałeś się, że moje wymagania na temat papieru nie mogą być wygórowane, skoro mogę czytać chropowatą cegłę. Po Twoim liście postanowiłem zadzwonić do wydawcy mojego Trójnogu z podziękowaniem za jako taki papier, bo dzięki temu być może tę książkę akurat przeczytałeś, ponieważ choćby wymagania celulozowe zostały spełnione. Nie wiem, co na to polonista i rzesze całe polonistów, ale wypowiedziałem ostatnio kontrakt – po dwudziestu stronach – Henry’emu Millerowi w Zwrotniku raka, do którego widać jeszcze nie dorosłem (sięgnąłem po niego z powodu pochwał Piotra Augustyniaka pod adresem Millerowego Kolosa z Maroussi, ale o tym kiedy indziej). Drugie sprostowanie dotyczy notowania – oczywiście, że znam to zatracenie w lekturze, które nie tylko nie zostawia miejsca na ołówek, ale wprost wyrywa z czasu i przestrzeni. Nie prowadziłem na sobie badań, ponieważ momenty takie nie są do zaplanowania, ale mam wrażenie, że zdarza się lektura maniczna, w szale zupełnym, w którym zaburzone zostają nasze więzi z czasem, to znaczy mam wrażenie, że o ile zwykle czytamy średnio z prędkością około trzydziestu stron na godzinę, to w lekturze manicznej nie jest to ani sześćdziesiąt ani sto dwadzieścia stron, ani w ogóle nie da się powiedzieć, ile, ponieważ dokonuje się ona właśnie poza czasem. Wybudzamy się z niej i najpierw musimy się uszczypnąć, sprawdzić godzinę i odzyskać sterowność. Zapytasz na pewno o listę moich manicznych tytułów, a ja odpowiem, że jest to raczej lista sekretna, ponieważ dotyczy relacji intymnych, ale ze względu na nasze wspólne doświadczenie w Pałacu Potockich wyznam Ci, że jest na niej na przykład Wężowe serce Radka Raka. Separatum? Zupełnie nie rozumiem Twojego – nawet jeśli to niezamierzone i niefortunne – przeciwstawienia skupienia pisaniu, które uroczo określasz gryzmoleniem. Gryzmolenie, niekiedy choćby jedno słowo na marginesie tekstu, zdecydowanie moje skupienie intensyfikuje, spaja mnie fizycznie z papierową semioforą i bywa, że odsłania cel, którego nawet nie pomyślałem. No i bardzo bym chciał, żeby moje relacje z literaturą – w obie, by tak rzec, strony – pozostały zawsze bezinteresowne, ale najpewniej tutaj czegoś w Twoim liście nie rozumiem, więc ratuj. Ach, no i wreszcie przypisy! W jednym się zgodzę – nie dotykam, nie czytam i odmawiam jakiejkolwiek współpracy z książkami, które mają przypisy na końcu, nawiązując do mych słów powyżej – jak kupa cegieł zwalona za miastem. Nawet jeśli wydawca wykosztował się na fikuśną tasiemkę. Ale w każdym innym wypadku – oczywiście książek, które muszą mieć przypisy z powodów genologicznych – przypisy są solą ziemi i światłem świata, to one sprawdzają, czy moje skupienie jest rzeczywiście takie, jak sobie wmawiam, że jest. Strona z przypisami to jest dzieło sztuki, i zamilczcie profani. Znam ja te dyskusje i z Tobą, i z Michałem Pawłem Markowskim – ileż to razy pomostowałem, a nawet pisałem mu o tym, że podczas lektury jego tekstów (niektórych!) czuję się jak burek, któremu pan rzucił kija na łące i muszę za nim lecieć do spisów, bibliotek, katalogów, tak jakby mnie testował, czy jestem poważnym czytelnikiem i w ogóle, czy warto mnie traktować poważnie. Ale we wszystkim tym najważniejsze w tej chwili jest to, że do Ciebie piszę i wiem, że zostanę usłyszany.

Zacząłem ten list od zupełnie innej lektury, Homer miał być tylko spełnieniem Twojej prośby o niezaniedbywanie Greków. Nie wiedziałem, że zawędruję aż tutaj i że tak długo będę dziś nudził, ale to oznacza tylko, że niebawem dostaniesz kolejną wiadomość. Bywaj.

 

***

 

11 XI 2025

Drogi Krzysztofie,

Przeczytałem… Twój drugi list! I bardzo, bardzo Ci za niego dziękuję! Znajduję w nim dwa zasadnicze wątki: literacki (z kilkoma odsłonami) i teoretycznoliteracki (genologia listu), do których odniosę się po kolej. Nie obiecuję Ci jednak, że zachowam harmonijne proporcie pomiędzy następującymi po sobie partiami.

A zatem: literatura, którą czytamy.

I najpierw, ma się rozumieć: Odyseja! Nie wiem co prawda, czy te ponad dwanaście tysięcy wersów (ba, coś około dwudziestu pięciu – mówimy o bilingwie!) czytane na papierze (nawet najświetniejszym!), mogą się równać Twemu obcowaniu, Twemu doświadczaniu, Twemu odkrywaniu w Olimpii. Co mówię bez cienia ironii: bo właśnie tę jakość obcowania najbardziej w Tobie podziwiam i cenię, a nawet Ci jej może trochę zazdroszczę. Kto wie, czy nie ona właśnie legła u fundamentów mojej amicitia z Bielawskim; w każdym razie z mojej strony. Chodzi tu przecież nie tylko o jakość obcowania z tekstem, ale ze wszystkim w ogóle: z człowiekiem i ludźmi, z otium i negotium, z fas i nefas, z sacrum i profanum, z materią i tym, co niematerialne. Ze wszystkim! W przeciwieństwie do mnie, Ty jesteś konstrukcją o głębokiej, bo głęboko zakorzenionej i głęboko zawsze przeżywanej duchowości. Bo przecież odczuwasz niewątpliwą potrzebę jakiejś religijności – nawet jeśli meandrującej gdzieś na zupełnych rubieżach jakichkolwiek religii. Ja tego zupełnie nie mam. Co wcale jeszcze, jak sądzę, nie czyni mnie materialistą. Wierzę, owszem, w fizykę i metafizykę, ale tej drugiej nie kojarzę z żadną istotą ani nawet żadną bez-istotową transcendencją; podobnie też ewidentnego wyczuwaniaw świecie materialnym obecności jakiejś nie-materii i obcowania z nią czy umysłowego, czy duchowego, czy nawet przejmująco mistycznego – nie łączę z niczym innym jak tylko z byciem człowiekiem. Mój kościół to jakiś „kościół międzyludzki”, a tam wszak przeżycie wszystkiego, więc i przeżycie lektury – choć niewątpliwie bardziej autentyczne i bardziej ludzkie – nie może być głębokie-aż-do-dna.

Ale do rzeczy: Homer! Drogi, Krzysztofie, powiem Ci tyle: musisz wiedzieć, że nie „jeden Twój Wittlin wspaniały za tym właściwym znaczeniem podążył”, ale wręcz – „każdy” z moich wspaniałych Wittlinów!

Jak wiesz, wydania jego Odysei są trzy, ale tylko dwa przedwojenne są nam „uświadomione”: pierwsze, lwowskie (1924), ale też za sprawą jubileuszowej reedycji w krakowskiej Austerii (2024); drugie, nieco tylko zmienione względem pierwotnego (Warszawa 1931) – bo było najpopularniejsze (wyszło w Warszawie w 1931 roku, miało niezłą promocję i otrzymało nawet nagrodę PEN Clubu). Trzecie natomiast wydanie ukazało się w Londynie w 1957 roku, kiedy Wittlin – zadeklarowany już emigrant-antykomunista osiadły w Nowym Jorku – był w PRL autorem niedrukowalnym. Książka była więc nieobecna w kraju, a i na emigracji radziła sobie kiepsko.

Owo trzecie wydanie – choć nie mniej poetyckie – jest już bardzo od tych przedwojennych swoich krewnych inne: na pewno bardziej powściągliwe. Na pewno też poeta daje dowód niebywałego wręcz słuchu: każde słowa sprawia wrażenie wstawionego z wielką rozwagą. Jest to jedno ze szczytowych osiągnięć poezji polskiej w całym XX wieku. Myślę, że interesujący Cię fragment, w tej, tj. trzeciej z kolei szacie Wittlinowej, spodoba Ci się równie, a może nawet bardziej niż ten, które przywołujesz za „cegłą” z 2024 roku. Oto te wersy (odczytaj je, proszę, na głos):

 

Wspina się Odys od morskiej zatoki kamienną ścieżyną,

W krainę wzgórz zalesionych podąża, bo Pallas Atene

Iść mu kazała, – gdzie mieszkał Eumajos, ów boski świniopas,

Który mu z wszystkiej czeladzi najwierniej pilnował dobytku.

I nalazł go, jako siedział przed domem na pięknym i wielkim

Dziedzińcu, skąd widok na całą rozciągał się okolicę.

Okólnik ten wybudował sam pasterz dla świń swego pana,

Co bawił z dala od domu. I ani pani królowa,

Ani staruszek Laertes nie byli mu przy tym pomocni:

Sam ciężkie głazy przydźwigał, otoczył nimi okólnik,

Dzikimi je upiększając gruszami. – Dookoła zaś gęsty

I mocny powbijał ostrokół z czarnych, ciosanych pni dębu.

W środku onego dziedzińca dwanaście kubów postawił,

Jeden przy drugim: w nich świnie miały na noc swoje leże.

 

Krzysztofie, jeśli znasz tłumaczenie bliższe w duchu i melodii duchowi i melodii Homera – odeślij mnie do takiej książki w następnym liście, proszę. Sądzę jednak, że nie znasz i nie znajdziesz. Wittlin był nie tylko wytrawnym filologiem, tzn. miłośnikiem i znawcą greki klasycznej, ale też – po prostu – wielkim poetą. (Notabene, czy Ty znasz fragmenty Iliadypióra Juliusza Słowackiego? Jeśli nie znasz lub nie pamiętasz, to koniecznie sięgnij: jest to bardzo piękne, niezrównane!).

Wielka to szkoda, że w autorskim projekcie Liwiusza Andronikusa ten akurat fragment nie zachował się (sprawdziłem, do ostatniej chwili mając nadzieję). Jak pamiętasz, początki literatury rzymskiej – tej młódki! – datuje się zwyczajowo na rok 240 p.n.e., tj. kiedy Andronikus wystawił po łacinie przeróbkę którejś z greckich sztuk. I tenże Andronikus – w tym samym mniej więcej czasie – dał przecież Rzymianom także Homerową Odyseję! Czy był to przekład czy parafraza – trudno powiedzieć, dysponujemy tylko garścią fragmentów, przeważnie nawet niepełnych wersów, które przechowali jakiś późniejsi pisarze, gramatycy itp. dla celów utylitarnych, dydaktycznych: „tak oto, drodzy studenci, mówiono w czasach bardzo archaicznych!”. Zresztą (moim zdaniem) najcenniejsze są te adaptacje, które sytuują się gdzieś w „szarej strefie” pomiędzy oryginałem a współzawodniczącym z nim w artyzmie tłumaczeniem. Nie wiem, jak rozumieć frazę „wierny przekład”. Każdy przekład jest przecież niewierny (traduttore – traditore!) – pytanie tylko, co ocala on z oryginału i jakimi środkami; ale to osobny temat.

Liwiusz Andronikus pisał tzw. wierszem saturnijskim, prastarą wierszową miarą italską. Do naszych czasów dotrwało tylko sto kilkadziesiąt takich wersów. Nie ma się temu co dziwić, skoro saturnin wypadł z łask jeszcze w czasach średnio-republikańskich i został zastąpiony przez poetów rzymskich począwszy od Enniusza heksametrem; i od wtedy datować trzeba uzależnienie się piśmiennictwa łacińskiego od Hellady. Myślę, że właśnie przejęcie miar wierszowych i gatunków literackich (bo tematy są akurat uniwersalne i wspólne całej ludzkości) – innymi słowy: niechęć Rzymian do poszukiwania dla siebie „formy bardziej pojemnej” i odpowiadającej własnemu doświadczeniu – było największym błędem rzymskich pisarzy. Na zawsze już uzależnili się od literatury greckiej, której – w jej greckości – prześcignąć przecież nie mogli! Horacy co prawda określił to metrum mianem horridus, ale upodobania się zmieniają – może akurat nam poezja rdzennie italska bardziej przypadłaby do gustu niż… Horacy… (Nb.: moja teoria dotycząca genezy rzymskiego imperializmu jest taka, że narodził się on z kompleksu niższości wobec Grecji i greckiej kultury). Trzeba im było zostać przy swoich miarach!

No więc Homerowe ἄνδρα μοι ἔννεπε, μοῦσα, πολύτροπον tenże Andronikus oddawał tak: Virum mihi Camena insece versutum (fragm. 1). Ale na tyle mało wiemy o tej prastarej metryce, że nawet nie mamy pewności co do tego, czy saturnin był wierszem sylabicznym, czy iloczasowym…

Tyle na teraz w tym temacie niewyczerpanym.

Co do Chaucera. Na Twoje słowa, jakobym uniknął odpowiedzi na mój stosunek do Opowieści kanterberyjskich, muszę odpowiedzieć następująco: wszak zapytałeś mnie – literalnie – „o to, kto i po co na boga dziś czytuje Chaucera”. Na to odpowiedziałem. Jeśli jednak pytanie to implikowało także i kolejne: „…i co o tej lekturze naprawdę myślisz”, musisz mi wybaczyć moją tam miejscu niedomyślność. Spieszę już z dopowiedzeniem: otóż Chaucer „wielkim poetą był!”.

Co mam na myśli?

Zacznę od tego, że argument „z autorytetu” nie jest bynajmniej – w moim oczywiście przekonaniu – najgorszym; jest, owszem, zły w dwóch tylko wypadkach: albo gdy autorytet jest niewiarygodny, albo gdy delikwent (w tym przypadku ja) jest niedojrzały do samodzielnego osądu. A tu sytuacja jest taka: po pierwsze, przywołałem nazwiska osób, których kompetencje w tym zakresie są wysokie; po drugie, przy całej mojej pokorze wobec czytelników naprawdę doświadczonych, czuję się – wcale nie od tak dawna, zresztą! – odbiorcą tekstu względnie pewnym. Tj.: rozumiem, co czytam, jak i po co, i wiem, dlaczego czegoś czytać nie chcę. Metodę tę czytania scharakteryzowałbym powiedzeniem Ronalda Reagana: „Ufaj, ale sprawdzaj!”.

Powiem nawet więcej: takie właśnie czytanie tworzy sieć – sieć autorytetów. A ta jest dla mnie jak stalowa konstrukcja. Myślę nawet teraz, że może ta sieć jest dla mnie tym, czym dla innych jest transcendencja… Kiedy szukam oparcia, to szukam jej właśnie wśród tych Wielkich Poetów. Moje myślenie jest proste: skoro te dzieła przetrwały tyle wieków, to musi w nich być to coś, czego się uchwycę. I te dzieła – jak mówię – tworzą skomplikowaną sieć powiązań, czasem oczywistych, a czasem nie. Czy mnie obchodzi, że bohaterowie Chaucera pielgrzymują do Canterbury? Nie. Jest mi absolutnie wszystko jedno, o czym Opowieści traktują – zachwyca mnie rozmach, zróżnicowanie (także językowe), bogactwo tematyki i nowatorskie rozwiązania narracyjne. Ale czytam, bo Chaucer „wielkim poetą był” i ja tej wielkości, po ludzku, potrzebuję.

Eo ipso: argument „z autorytetu” jest argumentem najlepszym z możliwych, bo przewodnikiem po świecie literatury jest ktoś, kogo się ma za Mistrza. (A bo to mało książek czytałem idąc za Twoją radą? Raz wrażenia lekturowe zgadzały się z Twoimi, kiedy indziej – nie: „ufaj, ale sprawdzaj!”).

Inna sprawa, że – co wiem niemal na pewno – do czego innego potrzebujemy literatury, ja i Ty, choć potrzebujemy jej równie mocno. Ale o tym są właśnie te listy, więc wątki te uważam za ledwie rozpoczęte…

Na koniec jeszcze krótko w sprawie formalnej: list.

Przypomniałeś mi, że jako początkujący wykładowca prowadziłem w naszym Instytucie zajęcia z kursu „Retoryka i epistolografia”. Czytaliśmy wtedy ze studentami głównie Cycerona i Pliniusza Młodszego jak dwóch najsłynniejszych epistolografów rzymskich (a najsłynniejszych, bo niemalże jedynych zachowanych w większych korpusach). Myślę dziś, nie bez wstydu, jak to zamiast zaczynać od solidnego omówienia „wyznaczników gatunkowych” itp., od razu rzucaliśmy się w „świat przedstawiony”. (Inna rzecz, że listy są niemal zawsze najlepszym źródłem dla poznania epoki i niewątpliwie z listów Pliniusza nieźle poznałem jego czasy). Pewnie to było złe; mam jednak nadzieję, że te kilka roczników uzupełniało tę wiedzę przy innych okazjach… Dlaczego o tym wspominam? Otóż chciałem odnieść się w kilku słowach do „kwestii formy” – czyli tego, co, ucząc, nierozważnie pomijałem.

List to wspaniały gatunek. Jest jakby połówką dialogu: można w nim powiedzieć wszystko i na każdy sposób – bo przecież owe formułki z początku i końca to jedyne właściwie wytyczne i ograniczenia! A jednak każdy list bez odpowiedzi to tylko „jedna strona prawdy”. Sytuacja nadawczo-odbiorcza jest w tym gatunku wyjątkowa: nie piszesz ani do siebie samego, ani do bliżej nieokreślonej – czyli de facto nie istniejącej – grupy czytelników; w obu tych przypadkach łatwo jest popaść w wyrachowanie. W liście jest tylko ten, który nadaje i ten, który odbiera. Korespondenci potrzebują się nawzajem: skoro piszą do siebie listy, to są sobie naprawdę bliscy; skoro są sobie bliscy, to piszą sobie prawdę… Epistolograf nie może być samolubem; a jeśli nim jest, to jego samolubstwo równoważone jest błyskawicznie przez samolubstwo „partnera w korespondencji”.

Formuła rozpoczynająca, którą zaproponowałeś („Przeczytałem…”), nie „odlistawia” bynajmniej naszych listów; tak samo jak otwierające tekst „Drogi…,” nie czyni go wcale mnie „katalogiem i wykazem przeczytanych przez nas książek”. Myślę, że czymkolwiek jest to, co piszemy, jest tym, czym być powinno; i że miałeś doskonałą intuicję, proponując ten dziwaczny tytuł… To tyle.

Pisz!

Tak jak przewidywałem: w sprawach czytelniczych rozpisałem się dalece bardziej aniżeli o teorii listu.

Pozdrawiam Cię

Jacek

P.S. Wybacz mi, proszę, że nie zacząłem żadnego z dotychczasowych listów łacińską formułką: SI VALES BENE EST EGO QUOQUE VALEO, tudzież skrótem: SVBEEQV. Nie planuję tego robić.

P.S.2. Twój Trójnóg przeczytałem kilkukrotnie. Zawsze z tym samym zachwytem!

P.S.3. Kiedy pisałem o tym, że „gryzmolenie” rozprasza podczas czytania, to miałem na myśli oczywiście to, że rozprasza mnie.

P.S.4. Kiedy pisałem o lekturze bezinteresownej miałem na myśli taką lekturę, która ma jeden jedyny cel: estetyczny.

P.S.5. Jeśli przypisy są solą, to chyba tylko – solą w oku!

Do katalogu:

Homer, Odysseja, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2024; Remains of Old Latin, Volume II: Livius Andronicus, Naevius, Pacuvius, Accius, Cambridge 1936.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek