Kiedy w 1902 roku James Matthew Barrie wymyślił Piotrusia Pana […] z pewnością nie wyobrażał sobie nawet, jak popularna stanie się fikcyjna wyspa, którą tak wspaniale opisał. […] Metaforyczna, tajemnicza natura wyizolowanego skrawka ziemi nie omieszkała pobudzać fantazji, przyczyniając się do sytuowania tam największych dziwactw, najbardziej zuchwałych aspiracji. Miejsce wybitnie utopijne – rajskie lub piekielne, zależnie od punktu widzenia – przestrzeń z definicji ograniczona, a tym samym potencjalnie podlegająca kontroli, wyspa na długo zachowała swoją zdolność fascynowania. Wystarczy pomyśleć – by pozostać w kategoriach pisarstwa Barriego (nie przypadkiem w grę wchodzi wyspa) – o Utopii Thomasa More’a, wydanej w 1516 roku: o idealnej wyspie, zdolnej ucieleśnić renesansowe marzenie o pokojowym społeczeństwie; albo o wyspie z Burzy Szekspira, wydanej w 1611, ofiarowującej ratunek od morskiej katastrofy, jaką jest życie. Pomyślmy również o Bensalem, wyspie z Nowej Atlantydy Francisa Bacona z roku 1627, umieszczonej na Morzach Południowych, gdzie współistnieją zarówno „Betlejem” jak i „Jeruzalem”; o bezludnej wyspie Robinsona Crusoe Daniela Defoe z 1719, pięknym miejscu, które należy sobie podporządkować (na usprawiedliwienie tego, co rzeczywiście się działo na morzach świata); albo o licznych wyspach z Podróży Guliwera Jonathana Swifta z 1726, przedstawiających nieskończoną różnorodność ludzkich społeczności. We wszystkich tych wypadkach mamy do czynienia ze szczególnymi miejscami, w obrębie Morza Śródziemnego lub poza nim, a zatem w granicach onirycznego horyzontu, który co prawda jest konkretny, lecz trudno do niego dotrzeć. To, że literatura angielska snuła domysły na temat rozmaitych wysp, jest czymś naturalnym, zważywszy na geografię tego kraju. Nie oznacza to jednak, że Morze Śródziemne niczego nam nie mówi. Z tej perspektywy długie wieki średniowiecza stanowią ważny czas dla powstania imaginarium ściśle związanego z wyspiarskością. Temat ten nie był zbyt często przedmiotem badań – i właśnie dlatego jest tak interesujący.
Historia wypraw i odkryć geograficznych pełna jest wysp: odkrywanych, utraconych, odkrywanych na nowo. Skały wystające z wody, atole, skrawki ziemi wyłaniające się z morza, rozległe aglomeraty, prawdziwe kontynenty – wszystko to długo fascynowało podróżników i pisarzy, na ogół skłonnych uważać ich istnienie za prawdziwe. Krzysztof Kolumb twierdzi, że napotkał ich tysiąc czterysta, jak pisze w liście do papieża Aleksandra VI; tysiąc siedemset zaś, jak donosi w liście wysłanym do hiszpańskiej pary królewskiej. Liczby te są znacznie niższe w stosunku do wysp na Oceanie Indyjskim, o których wspomina Marco Polo: byłoby ich wręcz dwanaście tysięcy siedemset. Opowieść o odkrywaniu świata przypomina dialog pomiędzy mitem i rzeczywistością. Między tymi biegunami zachodzi ciągły przepływ: mit budzi ciekawość, zachęca do podjęcia wyprawy; rzeczywistość żywi rym, zachęca do tworzenia opowieści. Pojawia się tu ważny problem: relacji między „tym, o czym się sądzi, że się znajdzie” – i dlatego zaczyna się szukać – a „tym, co się znalazło” i co zmusza do rewizji własnych przekonań. A wszystko w ramach postępującego procesu racjonalizacji rzeczywistości, przemieszczającego poczucie tajemnicy – lub, jak kto woli, Tajemnicy – ściśle powiązane z postrzeganiem nieznanego, w sferę w pełni metafizycznego „gdzie indziej”. Taki właśnie proces będzie przedmiotem dociekań w tej książce. Europejskie chrześcijaństwo podejmowało wielokrotnie i z uporem poszukiwania owych wysp, o których od dawna krążyły legendy, na ogół sytuowanych za Słupami Heraklesa, i przyczyniało się stopniowo do „odczarowania świata”, ściśle związanego z materialną weryfikacją tego, co wyobrażone; sprawi to, że będzie mogło ono przejść do Nowożytności (niebędącej synonimem epoki nowoczesnej). Nowożytność jednak nigdy nie utraci ani poczucia transcendencji, ani chęci patrzenia dalej niż to, co dane. Właśnie znajomość świata – tak brzmi główna teza – sprawia, że „radykalnie Inne” naprawdę takie się staje. W podobnej dynamice wyspy zajmują szczególne miejsce: ich poszukiwanie skłania do zaplanowania i przedsięwzięcia licznych podróży mających na celu odkrycia i poprowadzi człowieka średniowiecza w stronę humanizmu, tak by ujrzał – skoro eksploracja oceanów stała się możliwa – jak istota jego marzeń staje się rzeczywistością.
Z pewnością nie mamy tu do czynienia z procesem linearnym. Analiza sposobu, w jaki geografia zaczęła stopniowo uprzywilejowywać opis, rezygnując tym samym – chociaż nigdy całkowicie – z wypełniania pustych miejsc pojęciami zaczerpniętymi od starożytnych, mniej lub bardziej zmodyfikowanymi, najeżona jest przeszkodami. W jeszcze większym stopniu odnosi się to do wysp, w których istnienie nikt nie wątpił. Przynajmniej dopóki ktoś się nie wyprawił na ich poszukiwanie. Tak więc to morze jest nicią przewodnią niniejszej książki. Miejsce z definicji nieznane – mimo rozwoju handlu, coraz częstszych pielgrzymek, wybuchów wojen – nie przestawało onieśmielać. Tak w każdym razie można sądzić na podstawie dostępnych źródeł, notorycznie niewystarczających, szczególnie w odniesieniu do późnego średniowiecza. W tamtych czasach, w łacińskiej Europie, ten, kto pisze, często robi to w ciszy klasztornych krużganków albo przykościelnych szkół. Morze jest mu całkowicie obce. Z upływem czasu będzie przybywać źródeł opartych na znajomości morza i będą one dostarczać coraz więcej konkretnych informacji. Erudycyjne dociekania, spisane przez uczonych zamieszkujących stały ląd, na długo jeszcze zmonopolizują scenę. I nic w tym dziwnego, że w encyklopedycznych dziełach typu Imago mundi Honoriusza z Autun, De philosophia mundi Wilhelma z Conches albo Qaestiones naturales Adelarda z Bath w XII wieku oraz w Livre dou tresor Brunetta Latiniego, L’image du monde Gossuina z Metzu czy De naturis rerum Alexandra Neckama w następnym stuleciu – tę listę można by wydłużyć – wyspy zajmują bardzo mało miejsca. Można uznać, że zainteresowanie encyklopedystów ogranicza się raczej do tego, co fizycznie dane: „morze” – przypomina Izydor z Sewilli w swoich Etymologiae – „est aquarum generalis collectio”. Nie pisze natomiast nic o słowie insula, którego znaczenie uważa za oczywiste, chociaż – jak zobaczymy – zatrzymuje się na długo nad licznymi wyspami, począwszy od Fortunatae [Wysp Szczęśliwych]. Autora interesują rozważania nad rodzajami wód: zimnych, o zmiennych barwach, ciężkich, obfitych, słonych. Ale nic poza tym.
Mamy tu do czynienia z elukubracjami niemającymi wiele wspólnego z praktyką żeglowania; ujawniają one dystans dzielący światy odmienne, chociaż przyległe. Z pewnością nie chodziło o światy niekomunikujące się ze sobą. Zainteresowanie uczonych było odmienne, skupiało się na naturze środków transportu. I bez wątpienia to ono właśnie dało początek pierwszej refleksji na temat morza, mającej wyjaśnić jego obecność za nieznanymi ziemiami. Trzeba było jednak czekać długo na konceptualizację tej obecności, która dokonała się dopiero wraz z rozwojem technik budowy statków pomiędzy wiekiem XII a XIV. Tak dzieje się na przykład z reprezentacją globu, z początku podzielonego na cztery zamieszkane części, z których każda oddzielona jest dwoma pasmami oceanów. Schemat sięgający II wieku przed Chrystusem. Być może jest on dziełem Kratesa z Mallos, gramatyka ze szkoły pergamońskiej, przejętym przez Kleomedesa oraz Geminosa z Rodos, przez Cycerona w Somnium Scipionis, a także przez Marcjanusa Kapellę w De nuptiis Philologiae et Mercurii, aby od XII stulecia – kiedy komentarz Makrobiusza do tekstu Cycerona i rozprawa Marcjanusa staną się szkolnymi podręcznikami – zacząć obowiązywać w większości łacińskiego świata. Próba odtworzenia w skali poszczególnych fragmentów wybrzeża, mająca ułatwić nawigację, wyznaczy istotny moment, nie wyeliminuje jednak wcześniejszej tradycji. W rzeczy samej, współistnienie odmiennych systemów pojęciowych charakteryzuje całe tysiąclecie średniowiecza. Być może rosnąca centralna rola Morza Śródziemnego w żegludze dalekomorskiej sprzyjała powolnej rezygnacji z początkowego podziału globu na cztery części na rzecz bardziej właściwego trójpodziału, zastosowanego w tak zwanych mapach „T-O”. Umieszczały one w centrum „Mare Magnum” i oddzielały Azję wraz z jej bezkresnymi przestrzeniami od mniejszej Europy i Afryki. W grę wchodziły zatem tylko dzieła kategoryzujące rozmaite aspekty rzeczywistości, występujące równolegle do codziennej znajomości morza, obecnej u niewykształconych marynarzy i kupców; w podobnych tekstach „moralna” reprezentacja wszechświata nakładała się po prostu na jego fizyczne przedstawienie, nie budząc szczególnych skrupułów.

W takim kontekście wyspy to jedyne „pewniki”. Niektórzy je widzieli, poza tym musiały przecież istnieć. Bez nich żegluga – jak wiadomo, wyłącznie przybrzeżna – byłaby niemożliwa. Tym bardziej w owej rozległej przestrzeni atlantyckiej, kuźni mitów i legend, zdolnych wzbogacić europejski skarbiec wyobraźni. Antyczne tradycje przez długi czas stanowiły kulturowy substrat, w który należało włączyć nowe odkrycia. Marynarze i kapitanowie ośmielili się zaprzeczyć słowom umieszczonym na słynnych Słupach Heraklesa: „Ultra Grades nil”, i płynęli dalej. Kartagińczyk Hannon dał przykład i opłynął zachodnie wybrzeże Afryki; Grek Pyteasz, mieszkaniec Massalii (dzisiejszej Marsylii), udał się na północ aż do Ultima Thule. Sertoriusz, uciekający przed Sullą, Eufemiusz z Karii i Stacjusz Sebosus wyruszyli na otwarte morze. W De mirabilibus auscultationibus (84) Pseudo-Arystoteles twierdzi, że Kartagińczycy mieli odkryć wyspę oceaniczną niezwykłej urody, pełną wspaniałych lasów i spławnych rzek, której istnienie należy jednak zachować w tajemnicy – każdemu, kto wyprawiłby się na jej poszukiwanie, groziłaby śmierć. Dziełko, rodem ze szkoły arystotelesowskiej, pozwala zrozumieć zainteresowanie ciekawostkami, jakie znaleźć można w przyrodzie, typowe dla Liceum. Zachowane w około dwudziestu rękopisach, spisanych po grecku między połową wieku XII a XVI stuleciem, przyczyniło się, wraz z wieloma innymi tekstami tego samego rodzaju – poczesne miejsce zajmuje wśród nich Historia naturalna Pliniusza Starszego – do średniowiecznej znajomości geografii. Odkrycie Wysp Kanaryjskich, Madery, Azorów, Wysp Zielonego Przylądka łączono ze starożytnymi legendami, jawiło się więc ono raczej jako „ponowne odkrycie”. Przywiązywanie najwyższej wagi do map nawigacyjnych doprowadziło jedynie do kanonizacji istnienia tych wysp, bardziej jeszcze niż do ich usytuowania. To w nich jednak miała się skupić istota cudowności. Umieszczenie na Oceanie Atlantyckim serii wysp wyobrażonych, o najrozmaitszych kształtach, zamieszkanych przez najróżniejsze ludy, stanowi zatem charakterystyczny rys średniowiecznej kultury geograficznej – i nie tylko.
Proszę zwrócić uwagę, że mamy tu do czynienia z rozpowszechnionym zjawiskiem. Wystarczy pomyśleć o świecie celtyckim, o którym wspomniałem, a także arabskim. Geograf al-Idrīsī nie waha się mówić o wyspach zamieszkanych przez ogromne smoki lub istoty o głowach zwierząt; nurkują one w oceanie, aby żywić się morskimi potworami. Jak można wyczytać z Księgi tysiąca i jednej nocy, wyspiarski topos miał w sobie ogromny urok. Łaciński świat z pewnością gotów był wyruszyć na ich poszukiwanie. Ze ściśle geograficznego punktu widzenia możliwość ich opisania należała wyłącznie do sfery doświadczenia. Nie należy jednak się łudzić – szala wyobrażeń miała nadal przeważać. Dowodzą tego niezbyt obszerne sprawozdania z podróży poprzedzających rok tysięczny, na ogół o charakterze hagiograficznym, w których przez długi czas pokładano nadzieję na znalezienie informacji użytecznych dla analizy żeglugi. W tekstach tych przestrzeń geograficzna często nabiera fantastycznego wymiaru. To choćby przypadek klasyka literatury irlandzkiej, Żeglugi świętego Brendana, mającej się cieszyć – jak zobaczymy – wielką popularnością. Jeszcze w 1492 roku wyspę zwaną „Sanct Brendan”, leżącą w pół drogi między Zielonym Przylądkiem a Cipango, sygnalizowało słynne Erdapfel – „ziemskie jabłko”, czyli glob – autorstwa Martina Behaima. Jednym słowem, w świecie uczonych doświadczenie liczyło się niewiele. Wyraźna była rola auctoritates. Ale Wyspy Szczęśliwe, Wyspy Błogosławionych, Wyspa Świętego Brendana, Ultima Thule, Hy-Brasil, Antilia, Wyspa Satanazes, Wyspa Siedmiu Miast, Frislandia i tak dalej gdzieś przecież istniały. Należało uzbroić się w cierpliwość i próbować je odnaleźć; pozwoliłoby to nie tylko poszerzyć granice znanego świata, lecz także otworzyć szlak zachodni, którym można by dotrzeć do bogactw Azji, nie do pomyślenia bez postojów. Takie – moim zdaniem – fundamentalne założenie, sformułowane najpewniej długo przed Kolumbem, doczekało się imponującej realizacji dopiero za sprawą tego ostatniego. Jednym słowem, mamy do czynienia z postępującym „uwyspowieniem” przestrzeni, zapowiedzią czysto nowożytnej, iluzorycznej wiary w możliwość kontrolowania granic.
A zatem wyspy, wyspy i jeszcze raz wyspy. Wystarczy dla wszystkich: od czasów starożytnych aż do dziś. Od Atlantydy Platona, ziemi nadzwyczajnych bogactw, pochłoniętej przez wodę w wyniku tajemniczego kataklizmu – i w naszych czasach nadal są tacy, którzy poszukują ich śladów pomiędzy Santorini a Bermudami – do mitu Fortunatae i celtyckich immramów, mit wyspy szczęśliwej miał przemierzyć stulecia, przyczyniając się do powstawania najbardziej fantazyjnych czy, jak kto woli, utopijnych opisów. W tym tkwi istota Nibylandii. Miejsca doskonałego i niedostępnego. Zastanawiające jest to, że idea podobnej wyspy bywała wykorzystywana w pełni XI wieku jako dowód na istnienie Boga! Krytykując tak zwany dowód ontologiczny Anzelma z Canterbury, benedyktyński mnich Gaunilon w swoim Pro insipiente oskarżał go, że broni głupców, jedynych, którzy sądzą, że Bóg nie istnieje. Gdybym to ja myślał o wyspie doskonałej – twierdził – mogłoby mi przyjść do głowy, że istnieje jeszcze inna, bardziej doskonała, skoro wyposażona jest w istnienie. Doprowadziłoby to jednak do uznania za istniejące wszystkiego, co tylko da się pomyśleć. Istnienie zatem wymagało pośrednictwa doświadczenia. Rozumowanie Anzelma natomiast odnosiło się jedynie do Bytu doskonałego, wyposażonego w Mądrość, której wyspie doskonałej brakuje. Niezależnie od gier logiczno-słownych, w wyspie doskonałej miało koncentrować się marzenie o lepszym życiu, wolnym od zła, jakie panuje w świecie. Odległe, niedostępne wyspy miały na długi czas wypełnić marzenia człowieka średniowiecza. Epoka nowożytna zaś odziedziczyła ich aspekt legendarny, który szybko przemienił się w czysto literacki. Marzenie o egzotyce powróci na przełomie XIX i XX wieku, od Tahiti Paula Gauguina, poprzez Wyspy na Golfsztromie Ernesta Hemingwaya, aż do owego wewnętrznego archipelagu, jakim jest Dublin Joyce’a, a także tego zdecydowanie realnego, Sołżenicyna. Wyspy, gdzie można zniknąć, jak Capri Tyberiusza. Wyspy, do których można powrócić, jak Itaka Odysa. Wyspy, gdzie można śpiewać „hippi hippi pi”, jak na Wyspie Wight. Wyspy rewolucji, takich jak ta, której dokonał Comandante. Wyspy, gdzie można się schronić przed życiowymi katastrofami, jak Zagubieni Chłopcy lecący ku Wyspie-Której-Nie-Ma.
ANTONIO MUSARRA
tłum. Joanna Ugniewska
Fragment książki Antonia Musarry, „Wyspa, której nie ma. Geografie wyobrażone pomiędzy Morzem Śródziemnym i Atlantykiem”. Tłum. Joanna Ugniewska. Gdańsk, słowo / obraz terytoria, 2026. Aby zamówić, proszę kliknąć – tutaj.