Wpadła mi w ręce, zresztą z rąk samej autorki, książka Lori Cates Hand Ohio River Valley Girl. Autorka pracuje w branży wydawniczej, specjalizuje się w adaptowaniu książek brytyjskich do wymogów rynku amerykańskiego. Książka wyszła bodaj nakładem własnym; zainteresowała mnie jako element pewnego projektu autobiograficznego. Jak wynika z treści, autorka należy do osób, które wszystko utrwalają. Od dziecka do wieku dojrzałego piszą dzienniki, zbierają memorabilia, pasjonują się wszelkimi zestawieniami, takimi jak listy przebojów. W efekcie powstała książka, która jest dobrze udokumentowanym portretem upływającego czasu. Myślę też, że mogłaby stać się osią wystawy, w której ten upływ lat markowany byłby eksponatami ze zbiorów własnych, ilustrującymi kolejne mody i trendy.
Wspomniałem o przebojach. Lori jako nastolatka rywalizowała z siostrą, której uda się więcej razy wysłuchać w radio ulubionej piosenki. Muzycznym fascynacjom była długo wierna, potrafiła wybrać się po dziesięcioleciach na koncert ulubionego niegdyś wykonawcy. Traumatycznym przeżyciem był recital popularnej w początku lat osiemdziesiątych wokalistki i gitarzystki Joan Jett, która w roku 1988 kończyła występ przed studentami Uniwersytetu Alabamy, śpiewając dla garstki słuchaczy (Lori była wśród nich, z wdzięczności za przebój I Hate Myself for Loving You, balsam dla uszu, kiedy ją rzucił chłopak, który pozbawił ją dziewictwa). Teraz wpadła na świetny pomysł i opracowała zestaw swoich kolejnych muzycznych fascynacji, którego można słuchać czytając tę książkę, albo jako zachętę do lektury: https://linktr.ee/OhioRiverValleyGirl
Pragnienie zatrzymania czasu nie ogranicza się do przebojów. Tak jest, kiedy autorka opisuje odsłonięcie podczas obchodów Dwustulecia Stanów Zjednoczonych w Evansville w stanie Indiana pomnika Czterech Wolności w formie czterech kolumn, nawiązujących do antyizolacjonistycznego przemówienia Franklina D. Roosevelta z roku 1941, postulującego wolność słowa, wolność religii, wolność od niedostatku i wolność od strachu. Na pokrycie kosztów budowy pomnika sprzedawano po dolarze cegiełki, umieszczając nazwiska detalicznych sponsorów w zamurowanej w pomniku kapsule czasu – kiedy zostanie w roku 2076 otwarta, będzie w niej nazwisko Lori Cates. W takiej perspektywie łatwo zrozumieć ekscytację autorki, kiedy patrzyła na pukiel włosów szóstego prezydenta, Andrew Jacksona w muzeum Hermitage i porównując go z fryzurami wiszących na ścianach portretów: „Ta chwila połączenia zmieniła moje rozumienie historii. Przestała być zbiorem dawnych, odległych wydarzeń. Wszystko się łączy i wszyscy są połączeni” [1]. Podobny sens ma wspomnienie pobytu w hotelu Opryland w Nashville, Tennessee: „Największe wrażenie zrobiło na mnie logo Opryland, wytłoczone na białym piasku popielniczek stojących w hotelowym hallu” [2]. Ślady na piasku.
Piątek, 5 czerwca
Mieszkając ponad ćwierć wieku w Szwajcarii nieraz słyszałem (acz nie ręczę za ścisłość, może to urban legend), iż wynalazek sztucznych nawozów długi czas nie bardzo się podobał konserwatywnym chłopom szwajcarskim. Sytuacja się zmieniła, kiedy producenci do sztucznych nawozów zaczęli dodawać charakterystyczny zapach gnojówki. Obecnie „Guardian” informuje, że władze szwajcarskie dopuściły stosowanie nawozów, wytwarzanych ze skoncentrowanego moczu ludzkiego. Produkt taki nosi zręczną nazwę Aurin, w której obok uryny pobrzmiewa łacińskie „złoto” (aurum).
*
Wyszedł tom pism emigracyjnych Walentego Zwierkowskiego. Szwoleżer (jeden z głównych bohaterów cyklu Mariana Brandysa), zasłynął stanowczą odmową udziału w balu, wydanym przez senatorów i posłów ku czci świeżo koronowanego na króla Polski cara Mikołaja. To na jego wniosek Izba Poselska w roku 1831 przyjęła kolory biały i czerwony jako polskie barwy narodowe. W powstaniu listopadowym odegrał szlachetną rolę, chroniąc podejrzanych o zdradę przed samosądem motłochu i eskortując ich, by bezpiecznie stanęli przed odpowiednią instancją. Jest w jego rzeczowej relacji z tych wydarzeń taki opis pojmanego generała: „Hurtig, obdarty ze szlif, munduru i włosów na głowie, w spodniach tylko i koszuli, ledwie żywy, siedział na stołku, mało co mówiąc” [3]. Na swój sposób rymuje się on z życiorysem dzielnego generała Kazimierza Małachowskiego, pojmanego przez Rosjan: „Odarty ze szlif, pieniędzy, zegarka przez żołnierzy, znajduje obronę w osobie Polaka Siemianowskiego, majora w służbie moskiewskiej” [4].
Prawie połowę życia przeżył na emigracji. Nie miał może pióra Mochnackiego, ale pisał celnie, stylem, w którym dosłuchać się można reguł polemistów starożytnego Rzymu. Głównym jego konikiem było zrównanie chłopów w prawach ze szlachtą. Pogląd ten doprowadził go nawet w sejmie roku 1831 do krytyki Konstytucji 3 Maja: „ganiłem dlatego, że odmawiała najliczniejszej części ludu równości przed obliczem prawa” [5].
Barwnie opisuje Zwierkowski strukturę powstańczej Gwardii Narodowej (której sam był pułkownikiem). „W Warszawie […], w ognisku rewolucji, zrobiono trzy klasy obrońców: podzielono ich na gwardię chrześcijańską w mundurach z bronią, złożoną z ludzi zamożnych, mogących sobie sprawić ubiór wojskowy, na Straż Bezpieczeństwa złożoną z gminu bez mundurów, uzbrojonych w kosy, której nigdy nie użyto, bo jej się obawiano, i na gwardię brodatą, żydowską, w mundurach z tabaczkowym kołnierzem” [6]. Kapitalne jest to wtrącenie mimochodem o strachu przed kosynierami, ale marginalizowano także ową gwardię brodatą, bo dwie strony dalej czytamy, że deputacja najzamożniejszych obywateli, zmierzając do kapitulacji, nie pytała o zdanie „ani Gwardii Narodowej całej, ani straży, ani Żydów, bo tych za zero liczono […]” [7].
Jeden z ostatnich tekstów Zwierkowskiego nosi tytuł Groby polskie wspólne i oddzielne na cmentarzu paryskim Du Nord, Montmartre (1858) i dotyczy pomysłu, na jaki w roku 1844 wpadł emigrant Leon Stempowski (w kraju marszałek powiatu uszyckiego, Podolanin). Zważywszy, że na paryskich cmentarzach „miejsca na wieczność nabywane wiele kosztowały, a w głąb wolno było kopać według woli, przeto tego sposobu chwycił się, aby w jednym grobie większą liczbę zmarłych umieszczać, a wydatek zmniejszyć. Robił on umowy z przedsiębiorcą budowy murowanych głębokich grobów i stawiania pomników z kamienia, z godłami polskimi oraz wyryciem nazwiska każdego z nich” [8]. Powstały w ten sposób za życia Stempowskiego trzy okazałe pomniki, pod którymi umieszczono 27 zwłok. Zwierkowski podaje nazwiska wszystkich tam pochowanych, wymienia też umieszczonych w grobach pojedynczych bądź podwójnych na tym samym cmentarzu. Moją uwagę zwrócił numer 2 („Słowacki Juliusz, poeta”) oraz 14 („Sakowski Albert, słynny szewc paryski, dawny żołnierz pod Kościuszką”). W tym kontekście warto zacytować następujący fragment wspomnienia demokraty Zwierkowskiego o powstańczej Gwardii Narodowej: „Krawiec Morawski oświadczył, iż oddzielnie chce tworzyć artylerią. Utworzono więc artylerią z rzemieślników, a głównie z krawców, różnicę mającą w umundurowaniu, lecz wkrótce bateria ta przewyższyła inne, zawstydziła dystyngujących się, walczyła w oblężeniu Warszawy równie jak baterie polowe i dowiodła, że człowiek od igły prędko się nauczy (gdy go patriotyzm grzeje) sposobu skutecznego gnębienia nieprzyjaciół Ojczyzny. […] Krawcy warszawscy zasłużyli się Ojczyźnie jak szewcy i rzeźniki za czasów Kościuszki” [9]. Z pewnością mieli też dobrze skrojone (i jednolite) mundury.
*
Artykuł zatytułowany Misja Zwierkowskiego od Rządu Narodowego do obozu d. 15 sierpnia 1831 r. kończy się posępnym obrazem stolicy: „Kiedym się zbliżał do rogatek, już dniało. Warszawa dziwną postać miała. Przed więzieniem Domu Kary i Poprawy znalazłem ludzi pomordowanych na bruku, innych wiszących na latarniach, a koło nich grupę pospólstwa. Straszny widok. Jadąc do gmachu rządowego, postrzegłem wiele innych latarni z innymi wisielcami. Ranek był pochmurny i mgławy” [10].
Marek Stanisz wyjaśnia w przypisie, że ów Dom Kary i Poprawy to dawne więzienie miejskie, w budynku, który dziś nosi nazwę Starej Prochowni. Od razu stanęła mi w pamięci jego bryła, a zwłaszcza sklepienia i grube ściany wnętrza, w którym w roku 1971 w napięciu przeżywałem Apocalypsis cum figuris Grotowskiego. I czytam w sieci różne teksty, wskazujące na rolę, jaką tamta inscenizacja odegrała w środowisku ówczesnej młodzieżowej kontrkultury warszawskiej (Leszek Kolankiewicz http://re-sources.uw.edu.pl/reader/swintuch-bluznierca-pantokrator-guru-heretyk-grotowski/ , Tomasz Rodowicz https://grotowski.net/performer/performer-17/najwazniejsze-pytanie). Zwłaszcza ten drugi przywołuje cały wachlarz osób i spraw, wśród których obracałem się w tamtym czasie, w początku lat siedemdziesiątych. Cały ten nieoczekiwanie przyjemny flashback zawdzięczam lekturze przypisu do wspomnienia Zwierkowskiego o roku 1831.
Poniedziałek, 8 czerwca
W wypełnionej sali koncertowej Filharmonii Narodowej gala kolejnej edycji konkursu TERAZ POLSKA. Prowadząca i kolejni mówcy odmieniali przez wszystkie przypadki rzeczownik „Polska” oraz przymiotnik „polski” (jeden podkreślił nawet „polskie pochodzenie” odznaczanych firm). Kiedy jednak przyszło do wręczania przedstawicielom trzydziestki nagrodzonych firm godła TERAZ POLSKA, okazało się, że spora część firm oraz niektóre wyróżnione produkty mają nazwy angielskie bądź międzynarodowe. Paradoks. My byliśmy na tej gali gośćmi jednego z dwojga laureatów, którzy otrzymali tytuł Wybitnego Polaka, Jerzego Bralczyka, który z sobie właściwym poczuciem humoru podziękował kapitule za utwierdzenie go nie tylko w przekonaniu, że jest wybitny, ale też, że jest Polakiem. Taki sam tytuł otrzymała „najsłynniejsza polska dyrygentka” Agnieszka Duczmal. Zastanawiałem się, jak odebrała koncert w wykonaniu Orkiestry Reprezentacyjnej Sił Powietrznych pod batutą wesołego kapelmistrza Pawła Joksa i z udziałem dwunastoletniej wokalistki, ale w wywiadzie z laureatką czytam, w jakich okolicznościach sama postanowiła zostać dyrygentką: „Byłam z moim ojcem na koncercie Filharmonii w Auli UAM w Poznaniu. Jerzy Katlewicz dyrygował poematem symfonicznym Dyl Sowizdrzał Ryszarda Straussa. Ojciec opowiadał mi historię Dyla Sowizdrzała, a ja, słuchając tego utworu, odkrywałam na nowo najwspanialszy, fantastyczny instrument, jakim jest orkiestra. […] I postanowiłam zostać dyrygentem” [11]. Niepokój trochę zelżał. Zwłaszcza, że rysunek Stanisława Grochowiaka zatytułowany Dyl Sowizdrzał zdobi okładkę gigantycznej biografii tego poety, za której lekturę zabieram się w niedzielę w Nałęczowie. Kolejny nieprzypadek?
Środa, 10 czerwca
Wieczorem Lady Bird (2017) Grety Gerwig. Sympatyczny film, oparty trochę na własnych wspomnieniach reżyserki, a trochę na biografii jej ulubionej pisarki Joan Didion – rzecz o dziewczynie, która chce wyfrunąć ze zbyt dla niej prowincjonalnego (choć jest stolicą stanu Kalifornia) miasta Sacramento. O szukaniu tożsamości, o rozpoznawaniu intencji innych, w tym najbliższych, o nadawaniu sobie nowego imienia i powrocie do starego, o sile przyciągania niektórych miejsc, o pracy pamięci.
Piątek, 12 czerwca
W Krakowie umarł Marcin, mój brat. Był informatykiem. Emigrował do Szwecji, potem do Niemiec. W latach osiemdziesiątych, mieszkając w Hesji, prowadził wysyłkową księgarnię polską w Langen, miał przedstawicielstwo „Archipelagu” i „Zeszytów Literackich”. Pośredniczył w przekazywaniu moich tekstów do Wolnej Europy. Pod koniec życia zaczął pielgrzymować do Composteli. Kiedy M. spytała mnie dzisiaj, jakie mam o nim najmilsze wspomnienie, powiedziałem, że ze wspólnego chodzenia do warszawskiego ZOO. Głaskaliśmy słonika po trąbie. Przyniosłem do domu kłąb sierści wielbłąda. Pamiętam, jaka była w dotyku, zarazem miękka i szorstka. Młodszy brat.
Niedziela, 14 czerwca
W drodze do Nałęczowa zawadzamy o Maciejowice – trochę ze względu na Kościuszkę, bardziej z powodu Katarzyny Wapowskiej, która z dumą podkreślała swoje z tego gniazda pochodzenie. Na prostokątnym rynku szkaradny metalowy pomnik, ofiarowany Naczelnikowi i jego żołnierzom w roku 1976. Obok przyjemniejsza ławeczka z figurą Kościuszki, do której można się przysiąść. Niska, parterowa i piętrowa zabudowa rynku. Budynek ratusza z przyległościami, które dawniej były kramami. Z tablic informacyjnych spisuję: „W 1557 r. Zygmunt August nadał Maciejowicom miejskie prawo magdeburskie, ustanawiając dwa jarmarki w roku i cotygodniowy targ oraz zezwolił [ojcu Katarzyny] Stanisławowi Maciejowskiemu na wybudowanie zamku obronnego”. Muzeum Kościuszki w niedzielę zamknięte, nie udało się zaaranżować indywidualnego zwiedzania z powodu kolizji terminów z jakąś uroczystością kościelną. Idziemy zatem do kościoła, który też zamknięty, ale można zajrzeć do wnętrza przez przeszklone drzwi. Surowa biała bryła z drewnianym kasetonowym sklepieniem, na filarach obrazy. Zaraz po lewej stronie medalion z wizerunkiem i tablica, upamiętniająca tutejszego proboszcza do roku rewolucji francuskiej, sekretarza Komisji Edukacji Narodowej Grzegorza Piramowicza (jego listy, zachowane w archiwum parafialnym w Kurowie, oglądaliśmy cztery lata temu podczas konferencji o środowisku literackim Puław). Po prawej stronie medalion i tablica, upamiętniająca Seweryna Paszkowskiego z Podlasia, proboszcza Maciejowic w połowie XIX wieku, po powstaniu styczniowym emigranta do Francji.
Za czasów Maciejowskich parafia była w sąsiednim Kochowie, pierwszy kościół maciejowicki ufundowała Anna ze Stanisławskich Zbąska, autorka wierszowanej autobiografii. Na liście późniejszych proboszczów zwraca uwagę Paweł Norwid (lata 1942-44), który w roku 1929 wizytował polskie parafie w Argentynie, a w kwietniu 1940 r. przeżył masakrę ludności wsi Józefów Duży koło Serokomli w Ziemi Łukowskiej.
Za kościołem gigantyczne mauzoleum Zamoyskich (1908) z powtarzającym się w różnych konfiguracjach herbem Jelita, dzieło Ksawerego Dionizego Makowskiego.
Potem w miejscowości Krępe tuż przy drodze, obok dwóch kęp zieleni, głaz z napisem i kilkanaście stalowych tyczek z osadzonym na sztorc ostrzami kos – oto cała pamiątka po bitwie pod Maciejowicami.
Nieco dalej Podzamcze – miejsce, w którym Stanisław Maciejowski kazał zbudować niewielki zamek (1557). Przebudowany przez następnych właścicieli, przetrwał do insurekcji kościuszkowskiej; po niej pozostały do dziś drobne ślady, jak tablica pamiątkowa na miejscu, gdzie rosła lipa, pod którą opatrywano rannego Kościuszkę, albo kule armatnie, które Stanisław Kostka Zamoyski kazał wmurować w ściany zbudowanych w XIX wieku na tym miejscu budynków.
Stary park (w którym rośnie też dąb, wyhodowany z żołędzi dębu „Chrobrego”, poświęconych przez Jana Pawła II) zdziczały, ale piękny. Natomiast z pałacem i budynkami gospodarczymi stało się coś dramatycznego. M., która zna się na budownictwie, mówi, że w okna wstawione są wysokiej jakości, bardzo drogie futryny, ewidentnie ktoś rozpoczął tu fachowy remont, nie szczędząc środków. Ale budynki są porzucone, bezpańskie: drzwi pootwierane, w środku ślady libacji i wandalizmu, zmurszałe mury.
Poniedziałek, 15 czerwca
W nałęczowskiej pijalni wód, a zarazem palmiarni, obok palm stoją biusty wybranych postaci, zasłużonych dla uzdrowiska. Pod wizerunkiem Władysława Tatarkiewicza informacja, że jest autorem „pracy o Pałacu Małachowskich”. Sprawdzam, chodzi o artykuł z roku 1956, zestawiający dwa pałace (Lubomirskich w Opolu Lubelskim i Małachowskich w Nałęczowie) oraz dwóch architektów (Lombardczyka Dominika Merliniego i Gdańszczanina Ferdynanda F. Naxa). Warto było przeczytać tę pracę choćby dla celnego zestawienia obszernej, kilkustronicowej prośby Merliniego z roku 1794 o pożyczenie dwustu rubli, w której znalazło się i szczegółowe uzasadnienie medyczne („tak nieszczęśliwie pomiędzy kamienie stąpiłem, że wywichnąłem bardzo niebezpiecznie nogę o mało co czym nie złamał, nadzwyczaynie mi teraz rozpuchła y wielką gorączkę dziś miałem”) i wyliczenie ekonomicznych skutków wypadku („z przypadku tego siedzieć w domu muszę, żywić się swoim kosztem y na leczenie łożyć”) – ze zwięzłą adnotacją Karola Radziwiłła na odwrocie listu: „1794 Maja 22 dnia dałem za tym listem Rublów sto. K. Radziwiłł” [12]. Pytanie, czy architekt zawyżył wysokość poniesionych strat, licząc na to, że otrzyma choć połowę sumy, czy raczej arystokrata realistyczniej ocenił jego potrzeby.
Czwartek, 18 czerwca
Londyński Underground. Codziennie korzysta z niego od 3 do 4 milionów pasażerów. Teraz, jeśli oderwą wzrok od telefonu, gazety, książki czy sąsiada lub sąsiadki, mają szansę przeczytać i pomyśleć o Liście, intrygującym wierszu Tadeusza Dąbrowskiego (nagroda Kościelskich 2009) w przekładzie Antonii Lloyd-Jones. Banalna sytuacja komunikacyjna tworzy tu ramę czasową. Mężczyzna poprzedniego dnia wysłał do swej dziewczyny list, w którym wprawdzie chwali jej urodę, ale zapewne ogłasza zerwanie; ten list jest już w drodze i ona go otworzy, kiedy będzie chciała, kiedy jej będzie „wygodnie”, tymczasem on otrzymuje od niej przez telefon wiadomość o ciąży i rozwija się zupełnie nowy scenariusz wydarzeń: jego powrót, powitanie na lotnisku, budowa domu, dziecko, starość rodziców, całe życie, porównane do kolorowanki: „W kolorowance naszego życia jest coraz mniej białych pól, kredek ubywa, staramy się być dokładni, lecz i tak wychodzimy poza linie”. Otwarta pozostaje kwestia: kiedy (jeśli w ogóle) adresatka otworzy tytułowy list.
Piątek, 19 czerwca
Z okazji moich urodzin wybraliśmy się do Nałęczowskiego Ośrodka Kultury na najnowszego Spielberga, Disclosure Day (2026, polski przekład tytułu, Dzień Objawienia niezbyt fortunny, zbyt fideistyczny, gdy tu chodzi raczej o ujawnienie, otwarcie tego, co było zamknięte, zasłonięte, ukryte, o publikację skrywanych informacji na temat kontaktów ludzi z istotami pozaziemskimi). Osobiście jestem w kwestii ufoludków raczej sceptykiem, drażniły mnie też rozmaite naiwności fabularne, ale film niewątpliwie wart jest obejrzenia.
Istoty pozaziemskie pojawiają się w tym filmie ludziom (główne dzieciom) pod postacią zwierząt: ptaszka, lisa, jeleni i saren. Patrzą mądrymi oczyma i czekają na pierwszy ruch człowieka, potem odchodzą albo uciekają. Rolę ptasiego wysłannika odgrywa żyjący tylko na kontynencie amerykańskim kardynał (nomen omen?) szkarłatny.
Te scenki z udziałem kardynała stanęły mi znów przed oczyma, kiedy w najnowszym numerze „Kontekstów Kultury” czytam online artykuł mojej byłej studentki, Katarzyny Gędas o tym, czego można się dowiedzieć na temat stosunku Iwaszkiewicza do Żeromskiego nie tylko na podstawie lektury tekstów tego pierwszego, ale i przyglądając się korespondencji, dedykacjom czy marginaliom na zachowanych na Stawisku egzemplarzach książek Żeromskiego. Wśród ilustracji strona z dziennika Żeromskiego: opis polowania na turkawkę. Wyjmuję z niego końcowy akapit:

Zacytowana scenka świetnie współbrzmi z pokazanymi w filmie Spielberga odwiedzinami (chciałoby się wręcz powiedzieć: „wizytacjami”) kardynała szkarłatnego, z oczyma patrzących na ludzi jeleni i z losem, jaki wedle zaprezentowanej przez reżysera spektakularnej opowieści miał co najmniej od roku 1947 spotykać przybyszów spoza Ziemi [13].
Niedziela, 21 czerwca
Nie bardzo, jak wspomniałem, wierzę w ufoludki. Zupełnie jednak inaczej rzecz się ma z takimi sprawami jak synchronicity czy telepatia. Pasierbiczka Klara była ostatnio z Dziewczynkami na Madagaskarze; miały tam trudności z dostępem do sieci telefonicznej. Dziś rano dostałem jako załącznik do spóźnionych życzeń urodzinowych piękne zdjęcie wschodzącego słońca, zrobione o godzinie 7.21, równo w godzinę po tamtejszym dziś wschodzie słońca.

Sam natomiast, wstawszy nad ranem, zachwyciłem się oświetlonym z zewnątrz promieniami słonecznymi oknem w dawnym pokoju Klary; zrobiłem mu zdjęcie o godzinie 5.15, równo w godzinę po tutejszym dziś wschodzie słońca.

*
Wieczorem Finding Forrester (2000) Gusa Van Santa. Dawno nie widziałem filmu, który tak by mi się podobał. Tytułowa postać pisarza, który zamilkł po napisaniu jednej nagrodzonej Pulitzerem książki jest pewnie wzorowana na Salingerze, może trochę na Pynchonie, ale całość fabuły, sposób jej prowadzenia, budzi inne skojarzenia: The Figure in the Carpet Henry’ego Jamesa, tekst tajemniczy i bardzo mi bliski, o sensie pisania i sensie życia. Mówią Forrester, a ja słyszę Vereker [14].
Czwartek, 25 czerwca
In the Hand of Dante Juliana Schnabla (2025) mimo gwiazdorskiej obsady (m. in. John Malkovich, Al Pacino, Martin Scorsese) jest z góry skazaną na porażkę próbą połączenia filmu o odnalezieniu rękopisu Boskiej Komedii z thrillerem o bezwzględnych gangsterach i z ckliwym romansem o miłości sięgającej ponad stulecia. Nie zamierzam oceniać ani wątków gangsterskich ani wędrówek w czasie, ale jako człowiek, któremu zdarzało się pracować we włoskich archiwach mogę zapewnić, że pokazane w filmie sceny (czytelnik prowadzony między wolno stojącymi regałami z półkami, pełnymi dokumentów z XIV wieku, a potem siedzący samotnie w czytelni, co pozwala mu chować za pazuchę stare rękopisy) to czysta fikcja.
Fabuła opiera się na karkołomnej powieści Nicka Toschesa (1949-2019) pod tym samym tytułem (2002), którą najpierw zamierzał sfilmować Johnny Depp. Zainteresowało mnie nazwisko autora powieści. Okazuje się, że jego dziadkowie wywodzą się z mniejszości narodowej Arboreszów (Arbëreshë), czyli Albańczyków, którzy od końca średniowiecza emigrowali z Bałkanów do Włoch i którzy są grekokatolikami. Cerkiew italoalbańska to oficjalnie: „Kościół katolicki obrządku bizantyjsko-włoskiego”, uznający władzę i autorytet papieża. Nie twierdzę, że te szczegóły tłumaczą miszkulancję filmowych wątków, ale jakoś dziwnie do niej pasują.
Piątek, 26 czerwca
W Grodzisku film Pawła Pawlikowskiego Fatherland (2026, nagroda dla najlepszego reżysera na festiwalu w Cannes). Przygotowany niesłychanie starannie, z drobiazgową dbałością o detale. Opowieść o podróży Thomasa Manna z córką Eriką do powojennych Niemiec jest pretekstem do pokazania stopniowego nadymania się napompowanej Noblem purchawki. Reżyser nieco przemeblował chronologię wydarzeń, co mu pozwoliło skonfrontować przeciwstawne postawy Manna i jego córki wobec losu syna pierwszego a brata drugiej, Klausa Manna, uwielbianego przez siostrę i wzgardzonego przez ojca.
M. miała zastrzeżenia, że film jest przyczynkiem, że opowiada o mało ważnym epizodzie. Dla mnie był ważny i dojmująco aktualny. Patrząc na postać ówczesnego szefa informacji radzieckiej administracji wojskowej w Niemczech, Siergieja Tiulpanowa, biegle mówiącego po niemiecku i wciągającego Manna w rozmowę o Heglu oraz raczącego go ulubionym koniakiem Stalina trudno mi było oprzeć się skojarzeniom z osobą pewnego biegle władającego niemieckim funkcjonariusza KGB, działającego w Dreźnie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, który zrobił potem niejaką karierę a obecnie hopefully kończy w niesławie.
Poniedziałek, 29 czerwca
Przeczytawszy ciekawą rozmowę o duszy kotów, o kocich uczuciach, takich jak tęsknota, o kociej wolności oraz o Zbigniewie Mikołejce jako miłośniku kotów [15] dostałem wiadomość na podobny temat od mojej byłej studentki, Magdy Żukowskiej: „Jestem świeżo po weekendzie spędzonym z kotkiem moich znajomych, którym opiekowałam się podczas ich wyjazdu. Tydzień temu postawiono wyrok, że nic już z niego nie będzie, trzeba uśpić. A on, pomimo wycieńczenia, chętnie jadł, układałam mu różne wzorki do jedzenia w miseczce, żeby miał swój koci szwedzki stół, potem na dźwięk moich kroków przybiegał z ciekawością: «co tym razem będzie?», wróciło mu łaknienie i dzisiaj podczas wizyty lekarskiej zaskoczył wszystkich, bo wypiął się na wszelkie ostateczne decyzje i postanowił żyć. Ma zaskakująco dobre wyniki”. Ładna historia.
Wtorek, 30 czerwca
Prezydent Ukrainy zaproponował wzniesienie na miejscu obalonego pomnika Lenina w Kijowie – monumentu ku czci Iwana Mazepy. (Kwestia ta interesuje mnie osobiście, jako że wiele lat temu prowadziłem przez cały semestr, we Fryburgu i w Warszawie, zajęcia na temat Mazepa w literaturze i sztuce). Posmaku całej sprawie dodaje fakt, że hetman Mazepa był pierwszą osobą, której przyznano polski order Orła Białego. A Zełenskiemu go właśnie odebrano. Ciekawe, czy – jeśli pomnik powstanie – hetman będzie na nim trzymał mapę wielkiej Ukrainy przy orderach…
*
W szwajcarskim systemie ustawodawczym istotną rolę odgrywa słowo Vernehmlassung, które oznacza coś w rodzaju konsultacji społecznych: każde nowe prawo przed uchwaleniem rozsyła się do zainteresowanych jego działaniem instytucji i stowarzyszeń. Tym razem coś się zacięło w sprawnie zazwyczaj działającej państwowej maszynce i, jak podaje „NZZ”, od 1 czerwca weszło w życie nowe prawo, dotyczące wojska (Militärgesetz), zgodnie z którym duchowni podlegają obecnie w razie mobilizacji poborowi do służby wojskowej tak samo jak osoby świeckie. Problem w tym, że przed przyjęciem zmodyfikowanego prawa nie poinformowano o tym zamiarze organizacji, zrzeszającej „wolne kościoły i wspólnoty chrześcijańskie Szwajcarii”. W niewysłanym do wolnych kościołów szkicu nowego prawa uzasadniano zmianę licznymi wystąpieniami wiernych z kościołów, co miało sprawić, że traci znaczenie główny cel dotychczasowego uwalniania duchownych od służby, jakim było „zapewnienie ludności cywilnej duchowej opieki, wymagające szczególnego zaangażowania w sytuacji nadzwyczajnej”. Nadal nie podlegają poborowi ludzie wykonujący na co dzień zawody, niezbędne także w sytuacjach kryzysowych, jak pracownicy pogotowia ratunkowego, lekarze w szpitalach, policjanci, dyrektorzy więzień oraz pracownicy komunikacji publicznej. Są też dwie bardzo liczne grupy, z zasady niepodlegające poborowi: kobiety i cudzoziemcy. Ale duchowni? A komu to-to potrzebne?
Czwartek, 2 lipca
Od wczoraj w Bernie. Rano uniwersytet, pierwsza sesja międzynarodowej konferencji Reception of Antiques in Eastern Europe: Institutions, Actors, Practices. Cieszyłem się na otwierający obrady referat, Natalii Gamalovej z Lyonu, o recepcji greckiego antyku wedle Tadeusza Zielińskiego, ale autorka w ostatniej chwili odwołała swój przyjazd. Z nadesłanego konspektu wynika, że miała mówić o Klechdach attyckich Zielińskiego jako próbie rekonstrukcji starożytnego folkloru, który pozostawił ślady w komedii attyckiej, a zarazem jako części ambitnego projektu trzeciego Odrodzenia, którym, mówiąc w upraszczającym skrócie, po Odrodzeniu romańskim w XIV wieku i germańskim w wieku XVIII, miało być słowiańskie na przełomie XIX i XX wieku.
Mimo tej luki nazwisko Tadeusza Zielińskiego raz po raz przewijało się w referatach i w dyskusji, także pośrednio, przy omawianiu działalności jego ucznia i nieślubnego syna, dramaturga Adriana Piotrowskiego. Do mnie zaś co jakiś czas podchodziły różne uczone damy zapytać na stronie, czy nie jestem potomkiem Tadeusza Zielińskiego.
Obrady odbywały się po angielsku, ale w kuluarach dominował język rosyjski; okazało się, że zarówno organizator tej imprezy, jak i spora część referentów są Rosjanami, działającymi na różnych uczelniach Europy Zachodniej i Wschodniej. Przemawiający na samym początku Stefan Rebenich, niemiecki profesor, który kończy właśnie w Bernie kierować katedrą historii starożytnej i historii recepcji antyku do wieku dwudziestego, tłumaczył, że to świadomy wybór. Chodziło o to, żeby w sytuacji, kiedy „niszczycielska wojna” przerwała istniejące sieci kontaktów, spróbować znów je nawiązać. Zastrzegał się, że nie powinno to być rozumiane jako polityczna neutralność, tylko jako poszukiwanie wymiany intelektualnej, ponieważ „idee przekraczają granice nawet kiedy trwają odgłosy wojny”. Nie wszyscy uczestnicy byli tą deklaracją zachwyceni.
*
Bremgartenfriedhof. Dochodząc do urny Alicji, zatrzymuję się przed nowym polonicum. Władysław Radziwanowski (01.12.1938-14.11.2025). Bywał w ambasadzie, ale najczęściej spotykaliśmy się przypadkiem, między dworcem a Käfigturm i razem spacerowaliśmy pod arkadami głównej ulicy Berna. Opowiadał z dumą, że przed wojną był przystanek kolejowy przed ich domem, nazywający się tak, jak rodzina (podejrzewam, że chodziło o Radziuny koło Olity, dziś na terenie Litwy). Ubolewał, że nie ma z kim mówić po polsku, martwił się o los swoich pamiętników. Jego ojciec, też Władysław, był w latach trzydziestych urzędnikiem konsulatu polskiego w Marsylii. Wacław Jędrzejewicz w pracy o wojennych dziejach Funduszu Obrony Narodowej (opublikowanej w pierwszym, historycznym numerze „Zeszytów Historycznych”), wspomina ze wzruszającą pieczołowitością dla szczegółu, jak w lutym 1940 roku przekazywał w Marsylii srebra FONu na ręce upoważnionego do odbioru Radziwanowskiego: „Stwierdzono, iż jedna ze skrzynek (nr 1) została lekko uszkodzona, przy czym około 1 ½ kg bilonu srebrnego zaginęło. Zważono ją powtórnie i opieczętowano pieczęcią konsulatu. Inne skrzynki nie miały poważniejszych uszkodzeń (pęknięta deska lub drut) i zważone wykazywały swoją pierwotną wagę” [16].
Alicja miałaby dzisiaj 77 lat. Zachodzę do nowej restauracji „La Vie”, urządzonej w pomieszczeniach dawnego kolumbarium (o tym kontrowersyjnym projekcie był parę tygodni temu artykuł w „NZZ”). Staję przed ścianą, w której pozostawiono wnęki na urny – jeszcze niedawno w jednej z nich stała urna Alicji, a wcześniej urna Stempowskiego, którą w roku 1994 przewiozłem do Warszawy. W lewej części, pośrodku, w jedynej wnęce z małym postumentem, na którym teraz zamiast urny stoją dwa lampiony nierównej wysokości. Dziwne to było doznanie, zważywszy, że obok rozstawiono stoliki, przy których parę razy w tygodniu odbywają się przyjęcia – nie tylko stypy, także z innych okazji. Chyba nie chciałbym w nich uczestniczyć, jeść tu i rozmawiać. Z powodu dzisiejszych urodzin zamawiam gin z colą. Piję ze ściśniętym gardłem.

Środa, 8 lipca
W Bazylei owocne spotkanie z nestorem europejskich „XVIII-wieczników”. Fritz Nagel przyjmuje mnie w swoim mateczniku, jakim jest Euler-Bernoulli-Zentrum, pracownia monumentalnej edycji pism Eulera i najwybitniejszych przedstawicieli uczonego rodu Bernoullich; sam też jest badaczem uniwersalnym, zaczynał od dysertacji o Mikołaju z Kuzy, studiował matematykę, fizykę, filozofię (u Gadamera) oraz historię nauk przyrodniczych. To miejsce jest żywą historią: od lat trzydziestych zeszłego wieku, kiedy udało się zgromadzić w Bazylei większość rozproszonych po Europie materiałów archiwalnych, przez lata czterdzieste, żmudną pracę przepisywania rękopisów przez wynajętych kopistów, po dzisiejsze osiągnięcia techniczne w zakresie digitalizacji i przeszukiwania dużych zespołów danych. Największe wrażenie zrobił na mnie warsztat XVIII-wiecznego uczonego: regał, na którym stoją obok siebie komplety serii, wydawanych wówczas przez towarzystwa naukowe i akademie: od paryskiej po petersburską, od włoskich po sztokholmską, nie wspominając o niemieckich czy szwajcarskich. Ustalając dla potrzeb edycji i komentując list wystarczy sięgnąć na odpowiednią półkę, by mieć w ręku źródło, o którym w nim mowa, poczuć dotyk starego papieru i jego zapach.
*
Wieczorem w Kunstmuseum na wystawie pod dwujęzycznym tytułem The First Homosexuals: Die Enststehung neuer Identitäten 1869-1939. Jako heteryk oglądałem spokojnie i krytycznie, generalnie rzecz biorąc uważam, że wystawa jest udana. Dobrze zachowano proporcje między artystami uznanymi (choć nie zawsze powszechnie znanymi), jak Füssli, Łempicka, Maillol, Moreau, Orlik a tymi – nazwijmy ich „wyznawcami” – którzy podejmowali tematykę „trzeciej płci” w celach propagandowych. Żeby nie być gołosłownym: patrząc na obraz duńskiej malarki Emilie Mund, przedstawiający wnętrze, z kobietą i dzieckiem na pierwszym planie oraz siedzącym w głębi starszym mężczyzną, trzeba sięgnąć do katalogu albo objaśnień kuratorskich, żeby rozwikłać splot erotycznych relacji. Stadium pośrednie stanowi rzeźba Maillola, zatytułowana Kolarz wyścigowy, a przedstawiająca chudego chłopca, całkiem nagiego, stojącego w pozie Narcyza, zerkającego w dół, jakby do wody. Rzecz jest piękna sama w sobie, ale warto przeczytać, że modelem był kochanek Harry’ego Kesslera, cyklista i dżokej Gaston George Colin, a rzeźba powstała na zamówienie hrabiego Kesslera. Natomiast patrząc na Autoportret z Raphaelem de Ochoa (1890) Jacques-Émile Blanche’a, na którym przyjaciel stoi tuż za plecami malarza, blisko doń przylegając, i czułym gestem kładzie mu na ramieniu dłoń, od razu rozumiemy, dlaczego autorem najbardziej znanego portretu Prousta jest właśnie Jacques-Émile Blanche.
Osobne słowo należy się portretowi Walta Whitmana, namalowanemu około roku 1887 przez Herberta Gilchrista. Poeta nie był zdaje się zachwycony tym obrazem, uważał, że malarz zanadto go upiększył, że na wzór włoskich mistrzów wyeksponował skręcone pukle. Mimo tych zastrzeżeń modela obraz emanuje ciepłem (rozsłoneczniona broda i jasny kaftan), patriarchalną mądrością oraz wciąż tlącą się w oczach młodą ciekawością świata.
Czwartek, 9 lipca
Miłosz zachęca mnie do lektury księgi innego polihistora, Manfreda Eigena (Nobel z chemii 1967): From Strange Simplicity to Complex Familiarity. A Treatise on Matter, Information, Life and Thought (OUP 2013). Otwieram na chybił-trafił w dwóch miejscach. Najpierw s. 269, podrozdział Do we live in a Markovian World? Mowa o procesie Markowa, od nazwiska rosyjskiego matematyka, wedle którego przyszły stan rzeczy zależy od stanu bezpośrednio poprzedzającego zmianę, a nie od wcześniejszej historii. Eigen pisze: „Markow z początku nie myślał o sekwencji zdarzeń w czasie. Przykładów szukał raczej w literaturze niż w fizyce. I tak – kalkulował prawdopodobieństwo pojawienia się samogłosek i spółgłosek w Eugeniuszu Onieginie Aleksandra Sergiejewicza Puszkina”. Koniec cytatu (dalej mowa o zastosowaniu pomysłu Markowa do języka komputerowego, począwszy od teorii informacji statystycznej Shannona).
Następnie s. 166, podrozdział Probability: Expectation, Frequency or Fuzziness? Tutaj Eigen zaczyna swój wywód od wydanej w roku 1713 książki Ars Conjectandi, której autorem jest Jacob Bernoulli, i pisze o sformułowanym tam schemacie prawdopodobieństwa, wskazując na rozmaite jego konsekwencje, np. w odniesieniu do przyrody. Cytat: „Bernoulli pytał w szczególności: «Jaki śmiertelnik waży się kiedykolwiek wyznaczyć ilość chorób», pytanie, które wciąż nas mocno niepokoi w obliczu AIDS, czy, ostatnio, chorób prionowych”. A obok, na stronie 167, zamieszczono rysunek Sidney’a Harrisa z „New Yorkera”, na którym zdezorientowana bibliotekarka pyta klienta: „WHICH BERNOULLI DO YOU WISH TO SEE – HYDRODYNAMICS BERNOULLI, CALCULUS BERNOULLI, LARGE NUMBERS BERNOULLI OR PROBABILITY BERNOULLI?” [17].
Lękam się otworzyć Eigena w trzecim miejscu ze względu na duże prawdopodobieństwo, iż natrafię na coś, co radykalnie zmieni dalszy bieg mojego życia; nie wiem, czy jestem na taką zmianę gotów…
Piątek, 10 lipca
Pisałem w tym dzienniku już dwa razy (19 X 2023 i 24 II 2025) o nieinwazyjnym odczytywaniu rękopisów z Herkulanum. Wtedy była mowa o jednym słowie (ΠΟΡΦΥΡΑΣ), teraz odczytano cały tekst wirtualnie rozwiniętego zwoju, ale znów jedno słowo, imię stoika Arystokreona (ucznia Chryzopa), okazało się szczególnie ważne, bo pozwoliło datować ów traktat o etyce na II wiek p.n.e.
Sobota, 11 lipca
Wieczorem z Karolem i Samirką długi spacer po moich starych kątach: z Thunplatz w dół, nad Aarę, w której mnóstwo ludzi szuka ochłody (w moim ulubionym miejscu, gdzie zwykle witałem się z rzeką, hałaśliwe szwajcarsko-polskie przyjęcie urodzinowe), potem przez Elfenau do góry, koło polskiej Ambasady, gdzie przepracowałem sześć lat, dalej Brunnadernstrasse do całkiem smacznej nepalskiej restauracji Pokhara; po kolacji chcę zobaczyć, co nowego daje przechodniom do myślenia pan Claudio Caviezel (pisałem o tym w dzienniku 15 grudnia), ale wygląda na to, że zmienił się właściciel, a w każdym razie koncepcja wystaw. Idziemy dalej, do „naszego” osiedla Wittigkofen. Mijając ogródki działkowe zwracam uwagę na jeden drobiazg – dawniej nad wieloma działkami powiewały flagi: przeważnie włoskie, tureckie, czasem chorwackie. Teraz prawie wszystkie znikły. Czy to znak czasu, odpowiedź na tendencję do zahamowania napływu cudzoziemców, na hasło „NIE dla Szwajcarii 10 milionów”?
*
Patrząc na przechodniów i współpasażerów dostrzegam nową modę: podgolone czaszki. Chodzą tak i mężczyźni, młodzi i starsi, i kobiety, także w wieku emerytalnym. Zastanawiam się, czy nie ma to jakiegoś związku z dawnymi ukraińskimi fryzurami i nakryciami głowy, jak osełedec i kokosznik?
JAN ZIELIŃSKI
[1] Lori Cates Hand, Ohio River Valley Girl. Noblesville, Indiana, Chatteris Press, 2025, s. 55.
[2] Tamże, s. 54.
[3] Walenty Zwierkowski, Wybór publicystyki emigracyjnej. Wybrał, opracował i wstępem poprzedził Marek Stanisz. Lelów – Kielce, Pewne Wydawnictwo, 2026, s. 57.
[4] Tamże, s. 174.
[5] Tamże, s. 184.
[6] Tamże, s. 78.
[7] Tamże, s. 81.
[8] Tamże, s. 181.
[9] Tamże, s. 80.
[10] Tamże, s. 69.
[12] Władysław Tatarkiewicz, „Biuletyn Historii Sztuki” 1956 nr 2, s. 257-258.
[13] Por.: Katarzyna Gędas, Między legendą a demontażem mitu. Iwaszkiewicz wobec diarystyki Żeromskiego. „Konteksty Kultury” 2026 z. 1, s. 30; źródło ilustracji: Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Warszawa 1953 s. 307.
[14] Por.: https://www.openstarts.units.it/entities/publication/dc9d03c3-13fc-4fe5-8638-02bdbe24a336/details
[15] Konrad Wojtyła, „Koty nie mylą się w tej sprawie”. Rozmowa o prof. Zbgniewie Mikołejce. „Zwierciadło”, 28 czerwca 2026. https://zwierciadlo.pl/spotkania/wywiady/560056,1,koty-nigdy-nie-myla-sie-w-tej-sprawie-rozmowa-o-prof-zbigniewie-mikolejce.read
[16] Wacław Jędrzejewicz, Fundusz Obrony Narodowej w czasie 2-ej wojny światowej, „Zeszyty Historyczne” nr 1 (1962), s. 175.
[17] Rysunek ten, z roku 1991, można znaleźć w sieci, np. tu: https://www.instagram.com/p/C0DkKDqLSZo/