HOME
Jan Zieliński

Spod powieki (X)

Pokłony, tranzyt Wenus i sprzeniewierzenia [1]

Johann III Bernoulli, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli bazylejskiego rodu uczonych, w początku lat osiemdziesiątych XVIII wieku poświęcił wiele czasu i uwagi redakcji niemieckiego wydania książki, zawierającej opis kantonu Neuchâtel, która ukazała się 17 lat wcześniej po francusku, a której źródłem był rękopis, sporządzony podczas podróży po tym kantonie, zorganizowanej i sfinansowanej przez dwóch młodych polskich arystokratów (byli nimi bracia Józef i Michał Mniszech) w ramach specjalnego programu, jaki zaproponował ich szwajcarski preceptor, pastor Élie Bertrand. Szukając motywów decyzji Bernoulliego, który uczynił z wydania niemieckiego „pierwszy nadliczbowy”, a zatem specjalny, tom swej nowej serii opisów podróży, warto sięgnąć do stosownego tomu monumentalnej edycji innego szwajcarskiego uczonego, Leopolda Eulera, zawierającego m.in. jego korespondencję z trzema Bernoullimi: Danielem (stryjem), Johannem II (ojcem) i z „naszym” Johannem III. Rzuca on światło na szerszy kontekst ówczesnych stosunków Szwajcarii z Europą Środkową i Wschodnią.

Bracia Mniszech przybyli do Berna w roku 1762 (Michał) i 1763 (Józef); po kantonie Neuchâtel podróżowali latem roku 1764. W tym czasie Daniel Bernoulli w liście z 7 grudnia 1763 roku do swego bratanka, mieszkającego wówczas w Berlinie Johanna III, rozpisuje się na temat oryginalności własnej teorii wibracji strun, ale zaczyna od swoich „słusznych pretensji” finansowych wobec akademii w Petersburgu i informuje, że hrabia Gołowkin (syn rosyjskiego dyplomaty, wychowany w Szwajcarii) radził mu zwrócić się w tej sprawie do carycy, do prezesa akademii, ale przede wszystkim do mieszkającej w Berlinie siostry młodego Gołowkina, pani Kameke, jako „Damy wielkich zasług, która doskonale zna podziemne sposoby osiągania zamierzonych celów” [2]. List Daniela Bernoulliego do Katarzyny II (z 30 lipca 1763 roku) zaczyna się uniżenie: „Niżej podpisany Petent, niegdyś Profesor zwyczajny, obecne zaś honorowy Akademii nauk Waszej Cesarskiej Mości, zachęcony aktami Sprawiedliwości, Łaskawości i najgłębszej Mądrości, jakimi naznacza Ona każdą chwilę swego Dostojnego Panowania, ośmiela się z zakątka Szwajcarii zbliżyć i paść do Stóp Jej Cesarskiego Tronu, aby z pełnym najgłębszego szacunku uniżeniem złożyć Jej tę pokorną prośbę” (s. 975). W liście do bratanka z 26 grudnia 1764 roku Daniel Bernoulli wróci do tematu swych roszczeń finansowych wobec carycy i wyraźnie spuści z tonu, pisząc: „Prawdę mówiąc, zwykła złota tabakiera sprawiłaby mi więcej zaszczytu i przyjemności, niż te wszystkie zaległe pensje” (s. 790).

Warto tu wtrącić, że syn tegoż Gołowkina, Jurij, urodzony w Lozannie, który także został rosyjskim dyplomatą, w roku 1805 będzie stał na czele poselstwa, mającego nawiązać bliższe stosunki z Chinami (stroną naukową ekspedycji kierował Jan Potocki) i pogrzebie wszelkie szanse na powodzenie swej misji, ponieważ stanowczo odmówi pokłonienia się do ziemi przed figurkami idoli. A stawką było znacznie więcej niż dożywotnia pensja czy tabakiera.

Daniel Bernoulli, niezrażony własnymi trudnościami, starał się – przez Eulera – o posadę w Petersburgu dla swego bratanka. Euler odpisał mu w czerwcu roku 1767, że rzecz jest trudna, bo wszystkie stanowiska akademickie, na które by się Johann nadawał, są już obsadzone. Zarazem rysował pewną perspektywę, nieco pikantną, zważywszy renomę carycy jako wielkiej miłośnicy: „Gdyby Pański Bratanek poświęcił się astronomii i gdyby był gotów wędrować nieustannie po całym cesarstwie rosyjskim, można by go umieścić na dobrej posadzie, ponieważ J. C. M. zamierza rozkazać, by tranzyt Wenus był obserwowany z ośmiu różnych zakątków cesarstwa, a wymagania wobec Astronoma są wielkie, bowiem po roku 1769 Cesarzowa zamierza wysyłać go kolejno do różnych prowincji państwa w celu udoskonalenia Geografii Rosji” (s. 804-805).

Johann Bernoulli nie zdecydował się na takie trudy (posadę objął genewski astronom Jacques André Mallet), ale owszem, zainteresował się tematem przejścia Wenus przed tarczą Słońca. Wśród jego notatek astronomicznych są rękopisy, dotyczące obserwacji tego rzadkiego zjawiska astronomicznego [3].

A sprawą pretensji finansowych Daniela Bernoulliego wobec rosyjskiej akademii zajął się syn Leonharda Eulera, Johann Albrecht Euler. Między sędziwym patriarchą a osiadłym w Petersburgu synem jego uczonego przyjaciela wywiązała się serdeczna korespondencja, której ostatnim ogniwem jest list A. A. Eulera z 14/25 lipca 1777 roku. Jest w nim mowa o uroczystych posiedzeniach Akademii (na pierwszym przyjęto w poczet jej członków zagranicznych Stanisława Augusta Poniatowskiego, w następnym uczestniczył osobiście, jako „książę Gotlandii”, król Szwecji), ale przede wszystkim autor przyznaje się do niecnego czynu: to nie Akademia zwlekała z wypłatą kolejnych rat, tylko on sam zdefraudował te pieniądze, zamiast je przesłać do Bazylei („[…] to ja, mój Szanowny Rodaku, ja jestem tym nieszczęśnikiem, ja mrocznym i dziwacznym obrotem losu znalazłem się w smutnej potrzebie zatrzymania [raty] aż do teraz. Wiem, że winienem był Pana o tym uprzedzić, ale złudna nadzieja, że będę mógł sumę odesłać każdą kolejną pocztą powstrzymywała mnie aż do dziś” (s. 935). Jakże to przypomina losy wykoncypowanego po wizycie braci Mniszech u zegarmistrza i twórcy automatów Pierre’a Jaquet-Droza pomysłu utworzenia w Polsce podobnej manufaktury szwajcarskich zegarków z zamiarem ich sprzedaży w kraju i eksportu do Rosji, a nawet do Chin: projekt upadł, kiedy jeden ze współpracowników, Genewczyk Ducommun, sprzeniewierzył powierzone mu fundusze.

Johann III Bernoulli z czasem, jak wiadomo, został jednak (w grudniu 1776 roku) członkiem honorowym rosyjskiej Akademii Nauk w Petersburgu. A w roku 1778 przyjechał do Warszawy, zamieszkał 27 września w zamówionym dla niego przez księgarza Grölla pokoju na Marywilu i pierwszą wizytę złożył w Pałacu Mniszchów. W swej relacji z podróży zachwyca się dużym i pięknym pałacem, niezbyt wielką, ale świetnie dobraną biblioteką, a przede wszystkim osobą Michała Mniszcha, którego polecano mu jako najbardziej uczonego magnata, autora napisanej w stylu Tacyta biografii króla Kazimierza III (Wielkiego). Wspomina, że Mniszech był uczniem „sławnego naturalisty” Éliego Bertranda (aczkolwiek jako miejsce nauki podaje Lozannę, nie Berno) i charakteryzuje go jako młodego jeszcze pana o szlachetnych i ujmujących manierach [4]. Można spekulować, iż w trakcie tego spotkania Michał Mniszech wręczył Bernoulliemu na pamiątkę egzemplarz Description des Montagnes, qui font partie de la Principauté de Neuchâtel z roku 1765, otwierając tym samym drogę do włączenia tego opisu, w przekładzie niemieckim, do prowadzonej przez bazylejskiego uczonego serii krótkich opisów podróży.

 

Wtorek, 14 lipca

W Zurychu (Kunsthaus) pierwsza w Szwajcarii wystawa monograficzna duńskiego malarza ciszy i (prawie) pustych wnętrz, Vilhelma Hammershøia (1864-1916) [5]. Pierwsza monograficzna, ale nie pierwsza prezentacja. W roku 2005 William Hauptman pokazał kilka jego obrazów na wystawie skandynawskiej w Fondation de l’Hermitage w Lozannie. Pamiętam dobrze tamtą wystawę, pisałem wówczas w nowojorskim „Przeglądzie Polskim”: „Sześć jego płócien wisi zaraz w pierwszej sali na lewo od wejścia i jest to mocne uderzenie. Zawieszone nisko, poniżej linii wzroku, wciągają w świat, który oglądamy jakby od tyłu. Nie fasady i facjaty tylko zaplecza i plecy. Ten chwyt ma dalekosiężne skutki, nie prowadzi bowiem, jak to się zwykle dzieje w przypadku braku kontaktu wzrokowego z modelem, do wyobcowania bądź uprzedmiotowienia, tylko, w paradoksalny sposób, do utożsamienia podmiotu (malarza/widza) z przedmiotem (widokiem/modelem)”.

W Zurychu architektura wystawy Hammershøia też jest niezwykle ważna. W westybulu powieszono tylko jeden obraz, odstający od reszty (choć nie do końca): wykonaną w Luwrze małą, prawie monochromatyczną kopię greckiego reliefu, przedstawiającego trzy kroczące niewiasty (kat. 26) [6]. Tak wchodzi się do centralnej sali wystawy, w której dominują obrazy domowe: autoportret, portrety żony (pokazywanej przeważnie od tyłu), wnętrza z nielicznymi meblami, drzwi i okna. Sala ta ma wyjście na przeciwległą stronę, ale tam nie rozciągają się wcale widoki z tych pouchylanych okien: to tylko łącznik, w którym można zapoznać się z biogramem artysty, obejrzeć jego fotografie, przeczytać, co o nim pisali współcześni, jak Rilke czy Whistler. Lepiej wrócić do westybulu i przejść naokoło prawym skrzydłem. W pierwszym pomieszczeniu zebrano ciepłe obrazy, z motywem pieca (domowego lub w piekarni), a także eleganckie, pogodne wnętrza. W drugim wiszą portrety: wiolonczelisty (Hammershøi sam uczył się gry na tym instrumencie), młodej gruźliczki, żony z matką artysty, przyjaciół. Stamtąd przechodzimy przez ów łącznik do ostatnich dwóch sal w lewym skrzydle. W pierwszej znalazły się głównie próbki miejskiej architektury, z Kopenhagi, Rzymu i Londynu: kompletnie puste ulice, portowe składy i nabrzeża, okolice British Museum. W drugiej: kilka pejzaży, równie oszczędnych, ascetycznych. Dramatycznie powyginane gałęzie drzew odcinają się mistycznie od mglistej poświaty poszycia.

Zuryska wystawa, przygotowana wspólnie z madrycką obecnie (a kiedyś działającą w szwajcarskiej Castagnoli koło Lugano) placówką Museo Nacional Thyssen-Bornemisza, gdzie była pokazywana na wiosnę, nosi tytuł Malarz cichego brzmienia. Takie wątki – związków muzyki z malarstwem, ciszy jako tematu, zamiany pędzla na smyczek i na odwrót – przewijają się przez towarzyszący wystawie katalog [7], w którym wszakże zdecydowanie dominują reprodukcje obrazów. I poniekąd słusznie, bo malarstwo Hammershøia broni się samo.

Wystawa w Zurychu uświadomiła mi, że duński malarz był szczególnie wrażliwy na magię liczb. Pierwszym sygnałem jest tu kopia greckiego reliefu z Luwru. Potem mamy Trzy młode kobiety z roku 1895 (kat. 24). Dalej Trzy statki. Kanał portu Christianii (1905). Trzy ciemnozielone kępy na obrazie pt. Pejzaż. Widok z Lejre (też 1905, kat. 82). Trzy plany fasady w obrazie British Museum. Zimą (1906, kat. 87). Trójdzielny portal na obrazie W Brugii. Portal (ok. 1904, kat. 89). Pomijam w tym wyliczeniu płótna, na których widać trzy podobne przedmioty, trzy skrzydła drzwi lub okien, trzy prześwity. Ta liczba jest szyfrem hermetyzmu Hammershøia, jego ukrytą sygnaturą.

Na jednym z obrazów Hammershøia [8] regał ze starymi książkami. Na pięciu półkach (najniższa wolna, co, jak wtajemniczonym wiadomo, świadczy o tym, że właściciel księgozbioru miał trudności ze schylaniem się do ziemi) stoi 96 tomów w starych oprawach. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, co to były za książki, może zajrzeć do katalogu (wystawionej po jego śmierci na aukcję) biblioteki Hammershøia. Obejmuje on ponad tysiąc pozycji, z czego wiele starodruków, oprawionych w pergamin albo w jasną skórę. Najstarsza, Quedam breves expositiones et legum et iurium concordantie et alligationes circa leges Iucie,  jest zbiorem tekstów dotyczących prawa jutlandzkiego, wydanym w roku 1504. Dwadzieścia innych tomów ukazało się także w XVI wieku. Z publikacji XIX-wiecznych zwraca uwagę pięćdziesiąt książek Hansa Christiana Andersena, często różnych wydań tych samych tytułów owego bez wątpienia ulubionego autora Hammershøia. Jako ciekawostkę można wspomnieć powieść Johannesa Carstena Haucha En polsk Familie (1839), której akcja toczy się w Warszawie w latach 1829-31. Spośród książek prozatorskich modernistycznych, melancholijnych pisarzy skandynawskich warto wymienić Tine (1889) Hermana Banga z dedykacją autora i Stille eksistenser tegoż pisarza, Sult, czyli Głód Knuta Hamsuna, oraz trzy tomy Jensa Petera Jacobsena, w tym takie małe arcydzieło jak Nils Lyhne. Ponadto sporo utworów Kierkegaarda, Ibsena, Oehlenschlägera. Z pisarzy obcych najwięcej Dickensa i Goethego. Książki z historii sztuki (w tym katalog muzeum w Budapeszcie z roku 1906). Dzieła historyczne. Biblioteczka o wyraźnym profilu, w której przeważają teksty skłaniające do zadumy, kontemplacji, zamyślenia [9].

Wspomniałem, że to pierwsza monograficzna wystawa Hammershøia w Szwajcarii. Polska wypada tu całkiem dobrze, ponieważ malarstwo duńskiego artysty pokazywano w roku 2021 w Muzeach Narodowych w Poznaniu i w Krakowie, zaś tekst kuratorki tamtej wystawy, Martyny Łukasiewicz, jest cytowany w głównym tekście katalogu wystawy zuryskiej [10]. A zresztą, malarstwo to nie sport, nie ważne, kto pierwszy dobiegnie do mety. Vilhelm Hammershøi to malarz, który cichym głosem szepcze do tych, co mają cierpliwość i są gotowi go wysłuchać.

 

Piątek, 17 lipca

Leopold Buczkowski, człowiek wielu talentów. Wciąż mam na podręcznym stoliku i w nierównych interwałach przeglądam kupiony w „Zachęcie”, a wydany przez Muzeum Sztuki w Łodzi (2021) tom Przebłyski historii, przelotne obrazki, zawierający, prócz wspomnień i tekstów ulotnych (jak trafna charakterystyka malarstwa Marka Kwaszkiewicza) także serie przedwojennych fotografii, rysunków z Podola, karykatur wojennych i późniejszych obrazów olejnych; teraz wszakże przeczytałem zbierający wiersze Buczkowskiego tom Niedokończone. Wiersze rzeczywiście niepokończone, krążące wokół podobnych motywów, czasem kresowych, balladowych, z jakąś dziewczyną-czeremszyną, która łka, czasem wojennych, okrutnych, i przyrodniczych, też okrutnych. Zastanawiam się, czy w niektórych nie ma jakiegoś szyfru. Weźmy wiersz Czy to waszą ojczyznę… Czy w drugiej zwrotce („Ojczyzna z ojczymem śpi / Kołysana kutią, kolędami, / Pytlem, komiśniakiem”) mowa o Polsce Ludowej i Związku Radzieckim, a w trzeciej („O północy po antenie / Wychodzi ojczyźniak / Na gnojówkę wylać / Ciepły barszcz” [11]) – o emigracji, przez radio odzywającej się do słuchaczy w kraju? Ale pewności nie mam.

Zdecydowanie najmocniejszy wiersz nosi tytuł Siklawina: to nikogo nie obowiązuje [12]. Zgodnie jednak z tytułem czuję się zwolniony z cytowania.

 

Sobota, 18 lipca

Opada z rei ciemnopomarańczowy gruby żagiel na znak, że miast utartego, w miarę bezpiecznego szlaku handlowego do domu wybrano drogę w nieznane, ku zachodowi. Grube szwy na płótnie są jakby duktem nieznanego pisma. Kartką z odległej przeszłości. Po zwinięciu żagiel nadal będzie się jarzył pomarańczową poświatą. Udziela się ona także grubym drewnianym wiosłom. Pomarańczowo żarzą się kratki metalowych latarni, którymi wędrowcy przyświecają sobie w ryzykownej drodze ku wejściu do Hadesu, i z którymi w pośpiechu, jak niepyszni, wracają na statek. Pomarańczowa poświata wypełnia ciągle ciekawą dźwięków konchę lewego ucha Odyseusza, ucha, które przeżyło łoskot bitewny, kuszące głosy Syren i spokojne słowa Kalypso, wbrew sobie wyciągającej go wreszcie z lotosowego transu, w który sama go kiedyś dla własnej rozkoszy wtrąciła. Pomarańczowe węże lin okrętowych, poskręcane wokół masztu. I, jak przerywnik, jaskrawe pomarańczowe słońce, wyznaczające zachodni kierunek, niezbędny, jeśli chce się odkupić winy wobec niepogrzebanych towarzyszy walki. (Byliśmy na Odysei Christophera Nolana w Pruszkowie, nazajutrz po światowej premierze).

 

Sobota, 25 lipca

Po wczorajszej ulewie w szczelinie chodnika na wprost ganku wyrósł mały grzybek. Obchodzimy go grzecznie, niech sobie rośnie.

M., będąc wczoraj w Piasecznie po dowód rejestracyjny swojego nowego samochodu dowiedziała się w warsztacie, że chociaż auto jest nieużywane, to jednak stało rok po wyprodukowaniu i dlatego byłaby wskazana wymiana oleju. Dziś pojechała wymienić ten olej; kiedy wróciła, pyta: „Wychodziłeś?” Zaprzeczam. „A dlaczego grzybek zdeptany?”.

Wtedy sobie przypomniałem: tuż przed południem dzwonek. Dwie kobiety, młodsze ode mnie o co najmniej 44 lata, może nawet o pół wieku. Zwalniam furtkę, otwieram drzwi i staję w progu. Idąc, zachwycają się ogrodem, jedna mówi, że na pewno kosztuje wiele pracy. Zmilczam. Stają przez gankiem, ta mówiąca przedstawia się. „Jestem Ania, a to jest Ewa”. Czekam. „Chodzimy po sąsiedzku od domu do domu, mamy tutaj taką ciekawą książkę, z której można się dowiedzieć, jak być szczęśliwym w małżeństwie”. To raczej broszura, ze trzydzieści stron. Proponują, żebym obejrzał. Odmawiam, mówiąc, że jestem szczęśliwy w małżeństwie. „To może Pan się z nami podzieli swoim sposobem?”. „Nie”, mówię, i dodaję „Z Bogiem”. Odwróciły się na pięcie i poszły.

To one musiały zdeptać grzybek. Obie miały takie korkowe obcasy w kształcie kopytek.

 

Wtorek, 28 lipca

Pisałem niedawno, z okazji filmu Nolana, o kolorze okrętów Ulissesa. W drugiej księdze Iliady jest długie wyliczenie greckich naw, które zebrały się pod Troją. „Pod Ulissa mądrego zostawali rządem: / Z nim dwanaście okrętów z czerwonymi przody, / Pod Troję przypłynęło przez obszerne wody” [13]. To jedno z tych miejsc u Homera, gdzie Iliada styka się z Odyseją. Ale nie dlatego ten cytat, tylko dlatego, że wiosną tego roku archeologowie katalońscy, którzy prowadzą wykopaliska w Oksyrynchos na południe od Kairu poinformowali: oto przy jednej z pochowanych tam mumii z I lub II wieku naszej ery znaleziono pakunek, a w nim fragment tego właśnie wyliczenia greckich naw z Iliady. Zazwyczaj w takich towarzyszących zwłokom pakunkach umieszczano zaklęcia i fragmenty egipskiej Księgi umarłych, ewentualne Księgi oddychania, które miały pomagać zmarłym w przejściu do innego świata. Tutaj mamy zapewne do czynienia ze spuścizną po okresie hellenistycznym, z próbą włączenia greckiego dziedzictwa kulturowego do procesu wspomagania zmarłych. Ten właśnie fragment Iliady także pełni funkcję magiczną, wyliczenie mnóstwa okrętów miało ongiś umocnić waleczność napastników na Troję. Po latach, w dalekim Egipcie, miało zapewne przekonać Ozyrysa, że zmarły jest godzien dalszej wędrówki.

 

Czwartek, 30 lipca

Choucas. Powieść internacjonalna (1927) to jedna z mniej znanych – a dla mnie jedna z lepszych, może najlepsza wśród książek Zofii Nałkowskiej. Wyszła teraz dopiero po niemiecku, w przekładzie i z posłowiem Marty Kijowskiej. Tytułowe słowo to w kantonie Valais lokalna nazwa ptaka z rodziny krukowatych, Pyrrhocorax graculus, którego oficjalne polskie miano zoologiczne brzmi jak z historii literatury wzięte: „wieszczek”. W przekładzie niemieckim odpadł internacjonalny podtytuł, a specyficzne choucas zmieniły się w ogólnikowe „ptaki górskie”, Bergvögel. Pozostała wszakże podwójność znaczenia: słowo w równej mierze odnosi się do alpejskich ptaków, co do krążących wokół siebie międzynarodowych pacjentów płci obojga w górskim sanatorium.

W tytule recenzji, zamieszczonej (15 czerwca) w „NZZ” – Polens Antwort auf dem „Zauberberg” – pojawia się sugestia, że ta książka ma być polską odpowiedzią na powieść Manna. Autor, Franz Haas, podkreśla jednak, za posłowiem, że nie ma dowodów, jakoby Nałkowska znała Czarodziejską górę pisząc Choucas. Mniejsza. Dla Haasa ważniejsze od ewentualnych wpływów literackich jest osadzenie powieściowej materii w czasie – w brzęku hotelowych filiżanek słyszy dreszcz wielkiej historii, w podsumowaniu zaś swego tekstu pisze: „Nałkowska po mistrzowsku kreśli filigranowy kardiogram epoki, o której jeszcze wtedy nikt nie wiedział, że będzie się zwała międzywojenną”.

 

*

W drugim numerze wydawanego (nieregularnie) w Mediolanie międzynarodowego periodyku „Journal of Studies in Russian Formalism with Translation Notebooks” obszerny artykuł dwóch badaczy rosyjskich (Walerij Otjakowskij, Dmitrij Cyganow), poświęcony bibliotece Wiktora Szkłowskiego. Teoretyk formalizmu sam opowiedział o tym, jak pracuje w artykule do książki zbiorowej z roku 1930: że zaczyna od czytania, ale nie stara się od razu zapamiętywać, czyta spokojnie, patrząc książce w oczy. Do tekstu wkłada różnobarwne karteczki. Wie, że należałoby je oznaczać numerem strony, ale często o tym zapomina. Potem przegląda zakładki i robi notatki, wedle których maszynistka sporządza wypisy, opatrzone numerem strony. Karteczki z wypisami rozwiesza na ścianie, wiszą tam długo. Przegląda je, układa rzędami, dodaje krótkie teksty wiążące. Potem sporządza konspekt swojego tekstu i dyktuje go maszynistce, oznaczając cytaty numerami.

Opis Szkłowskiego doczekał się rysunkowej karykatury w wykonaniu kolektywu artystycznego Kukryniksy w czasopiśmie „Na literarnom postu” (1931 nr 4). Jest dla mnie zagadką, dlaczego na tym rysunku, pośród dziesiątków porozwieszanych karteczek, znalazł się portret „Romy Jakobsona” z gitarą. Czy to aluzja do tego, co Roman Jakobson, nawiasem mówiąc wówczas już emigrant, pisał w swych analizach wierszy barda Majakowskiego?

 

 

Karteczki karteczkami, naprawdę drastyczny jest zaczerpnięty ze wspomnień Walentyny Chodasiewicz (bratanicy poety) opis tego, co zrobił Szkłowski z pożyczonym od Gorkiego (wręcz wybłaganym) egzemplarzem Podróży sentymentalnej Sterne’a, który był mu potrzebny do napisania broszury o Tristramie Shandym i  teorii powieści. Egzemplarz wrócił do Gorkiego bez grzbietu, straszliwie rozepchany sterczącymi spomiędzy kartek świstkami z notatkami, z porozrywanymi szwami introligatorskimi i oślimi rogami. Gorki: „A oddając mi tę byłą książkę Szkłowski bardzo dziękował i powiedział, że świetnie mu się pracowało”.

 

*

Pół roku mija od czasu artykułu w „The Washington Post” (27 stycznia), który ujawnił szczegóły tzw. projektu Panama, zmierzającego do pozyskania w masowych ilościach książek na użytek sztucznej inteligencji (hurtowe zakupy używanych książek, hydrauliczne maszyny odcinające tekst główny od okładki, skanery, sporządzające błyskawicznie profesjonalnej jakości skany, oddawanie szczątków książek na makulaturę) i oto także szwajcarskie antykwariaty sygnalizują w ostatnich tygodniach nagłe zainteresowanie zakupami dużych ilości książek, wręcz całych magazynów antykwarycznych.

Można by powiedzieć, że sto lat temu z pojedynczymi egzemplarzami podobnie postępował Szkłowski, ale on chociaż szczątkami przeczytanych i przeżutych książek żywił swoje oryginalne teorie. Tu przeraża skala procederu i ewentualne nieprzewidywalne jego skutki.

 

Niedziela, 3 sierpnia

Nie wiem, czy będę oryginalny i nie mam pojęcia, czy to zamierzone, ale powiem, że stary film z Charlesem Bronsonem w roli samotnego boksera, Hard Times (1975), nastrojem, wnętrzami i niektórymi ujęciami postaci, zwłaszcza kobiecych, przypomina klasyczne obrazy Edwarda Hoppera.

Sympatyczny wątek koci – żałowałem, że Tina, która często ogląda z nami filmy, tym razem wolała się włóczyć po wsi. Wróciła dopiero nad ranem, z krwawą raną pod lewym okiem. Najwyraźniej zamiast biernego oglądania Bronsona (czy jego kotki) wolała sama powalczyć.

 

Środa, 5 sierpnia

Rano w trakcie rozmowy telefonicznej z Miłoszem widzę kątem oka, jak coś leci na dolną szybę, zaraz słychać głuche uderzenie. Młody rudzik zastygł oszołomiony na deskach tarasu. Widzę, jak łapczywie otwiera i zamyka dziobek, łapie powietrze. Daję mu spokój, czekając, aż do siebie dojdzie. Uff. Po pół godzinie odleciał.

 

Piątek, 7 sierpnia

Wczoraj przyjechaliśmy na tydzień nad morze, do Rogowa Gryfickiego (znanego z wiersza Brzechwy o mądrej sowie). Po południu, jak na zamówienie, seans awiterapii. Osobiste spotkanie z Andim, przedstawicielem gatunku puchacz bengalski, o olbrzymich miedzianych oczach i pulsującym puszyście podgardlu.

 

 

W recepcji pytam o przesyłkę, która miała tu do mnie nadejść – z okularami do oglądania zapowiadanego na środę częściowego zaćmienia Słońca. Nic nie wiedzą. Wieczorem dzwonię do kuriera, mówi, że kazano mu oddać paczkę w magazynie. Pytam o nazwisko magazyniera. „Jakoś na P”. Strzelam: Potocki? „Nie”. Znów strzelam: To może Pawlikowski? „O, tak, Pawlikowski”. Pytam w recepcji – magazyn już dziś zamknięty, sprawdzą jutro.

A dziś rano dowiedziałem się, że w magazynie rzeczywiście pracuje pan Pawlikowski, ale pracuje też pan Zieliński, któremu wczoraj oddano moją przesyłkę. On ją otworzył, ale obejrzawszy uznał, że to nic dla niego i wtedy dopatrzył się na kopercie innego imienia adresata. Odzyskałem zgubę. Czy mam zmienić nazwisko?

 

Sobota, 8 sierpnia

Przy przecinającej Rogowo szosie podwójny pomnik, na jednej tablicy tekst po polsku, na drugiej po niemiecku. Oba przypominają prowadzoną w hitlerowskich Niemczech od roku 1940 akcję wysyłania dzieci na wieś, zwłaszcza z zagrożonych nalotami miast (Kinderlandverschickung). Akcja miała na celu, pod humanitarną przykrywką, indoktrynację przyszłych żołnierzy. W roku 1945, wraz z zacieśnianiem się frontów, przyszedł czas na ponowną ewakuację. Do wywiezienia na zachód dzieci, przebywających w okolicach Kołobrzegu użyto tzw. wodnopłatów (latających łodzi). Jeden z nich zatonął zaraz po starcie w Kamper See, które dziś nazywa się Resko Przymorskie (Rogowo leży na mierzei między nim a Bałtykiem). Zginęło około 80 dzieci.

 

Wtorek, 11 sierpnia

Nie zamierzałem wymieniać nazwy hotelu, w którym mieszkamy, ale jednak napiszę, że jest to Shellter, bo zaimponował mi zestaw książek, zostawionych przez odjeżdżających gości, w którym obok kryminałów i romansów znalazłem aż trzy tomiki poetyckie – wszystkie wydane w zeszłym roku przez (niedalekie) kołobrzeskie Biuro Literackie. Jarniewicza i Matywieckiego zostawiam sobie na lot powrotny, a tymczasem przeczytałem Warglify, wiersze francuskiej pisarki Perrine Le Querrec w przekładzie Jakuba Kornhausera. Wiersze niewątpliwie słuszne w swej antywojennej wymowie, ale nie powalają. Wyjmuję jeden z najkrótszych, który najbardziej do mnie przemówił:

 

Na wklęsłym kamieniu

gęstnieje krew

Lśni w słońcu.

 

Le Querrec jest ponadto autorką literackich portretów takich artystów, jak Unica Zürn, Francis Bacon czy Wacław Niżyński.

 

Środa, 12 sierpnia

W ostatnich dniach odeszli dwaj ludzie kultury, z którymi moje ścieżki się splatały, obaj w pięknym wieku: Jarosław Abramow-Newerly (lat 93) i profesor Tomasz Szarota (lat 86). Obu poznałem dlatego, że zajmowałem się ich przodkami, w pierwszym przypadku Igorem Newerlym, o którym zrobiłem, z Grażyną Kasą, wystawę w Bibliotece Narodowej i którego biografię napisałem (Szkatułki Newerlego). Była to okazja do serii spotkań z panem Jarkiem, człowiekiem pogodnym, ciepłym i ciekawym świata. Profesora Szarotę poznałem, kiedy zająłem się – z myślą o kolejnej biografii – zbieraniem materiałów na temat jego babki, polskiej i niemieckiej poetki oraz eksperymentalnej autorki dramatycznej, zmarłej i pochowanej w Bernie, Eleonory Kalkowskiej (tej biografii, mimo wielu zebranych materiałów, już pewnie nie napiszę). Ale z czasem tak się złożyło, że pisałem i o książkach tych potomków, Abramowa-Newerlego i Szaroty. Trzy teksty o Abramowie połączyłem teraz w jeden artykuł, który, na prośbę Zbyszka Fałtynowicza, ukaże się w jego piśmie pod fantazyjnym tytułem: „KRONIKI WEDŁUG MUZEUM im. MARII KONOPNICKIEJ W SUWAŁKACH”.

Profesor Tomasz Szarota, jak wiadomo, zajmował się jako historyk przede wszystkim okresem I wojny światowej (w tym pogromami Żydów) oraz stosunkami polsko-niemieckimi i stereotypami kulturowymi. Jego życie od samego początku naznaczone było swoistym dramatyzmem, ponieważ na trzy miesiące przed jego narodzeniem Niemcy aresztowali oboje jego rodziców: ojca, wybitnego krytyka literackiego i sowietologa Rafała Marcelego Blütha wkrótce rozstrzelano, ale matkę (romanistkę i germanistkę, po wojnie wielką znawczynię europejskiej literatury barokowej Elidę Marię Szarotę) zwolniono ze względu na zaawansowana ciążę, można zatem powiedzieć, że mały Tomasz zanim całkiem przyszedł na świat zdążył uratować matce życie.

Od tego momentu rozpoczyna się też Duma i wstyd, książkowy zapis rozmów dwóch młodszych historyków (Emila Marata i Michała Wójcika) z Tomaszem Szarotą, rozmów, jak głosi podtytuł, O historii i potrzebie pamiętania (Warszawa, Agora, 2025). A konkretnie, Marat i Wójcik pytają starszego kolegę, czy pamięta, jak będąc w brzuchu matki, słyszał stukot zbijania z desek trybuny honorowej dla Hitlera naprzeciwko mieszkania rodziców w Alejach Ujazdowskich. Szarota komentuje; „I to historia się do mnie dobijała? Wiedziałem, że mogę na was liczyć – ładny początek, powiedzmy: brawurowy, ale, jak się domyślacie, nie pamiętam. Może słyszałem, ale przecież nie pamiętam!”.

Dalszy ciąg rozmowy, równie brawurowy, przeczytałem (parę miesięcy temu) prawie cały jednym ciągiem, ale dopiero teraz dokończyłem. Tomasz Szarota był badaczem rzetelnym i dociekliwym, jego poszukiwania przypominają często trud detektywa, a odkrycia są imponujące. Często przy tym zapuszcza się w rejony, które można określić mianem historii kultury. Koronnym przykładem jest tu zainspirowany kontrowersjami, jakie wzbudził wiersz Miłosza Campo di Fiori artykuł pt. Karuzela na placu Krasińskich, w którym historyk sumiennie zbadał źródła i ustalił, że wspomniana w wierszu karuzela była czynna w niedzielę wielkanocną roku 1943, a zarazem zakwestionował inne słowa poety („śmiały się tłumy wesołe”), stwierdzając: „radości tłumów nie było. Nie da się udowodnić tezy, że ludzie powszechnie cieszyli się z tego, iż giną Żydzi”.

 

*

Rozmowy z Szarotą ukazały się w zeszłym roku; teraz, 31 lipca, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej otwarto wystawę, którą jej kurator, Łukasz Ronduda, zatytułował Edward Dwurnik. Duma i wstyd, proponując „odczytanie twórczości artysty z perspektywy historii emocji społecznych w Polsce w drugiej połowie XX wieku. Zwłaszcza nieustannego ścierania się dwóch afektów organizujących doświadczenie przemiany klasowej struktury społecznej: dumy i wstydu”. Zbieżność przypadkowa?

 

*

Psycholog i prozaik Piotr Szarota (syn historyka) wydał też w zeszłym roku rzecz, zatytułowaną Felicita! Psychobiografia Felicity Vestvali (Warszawa, Wydawnictwo kr, 2025). Okładka z barwami fioletu i starego różu w połączeniu z podaną na okładce informacją, że śpiewaczka operowa Vestvali „nie wpisywała się w prosty, niebinarny podział na kobiety i mężczyzn”, skłania do ostrożności. Sięgnąłem jednak po tę książkę, wiedząc, że zostajemy w rodzinie: jej bohaterka, urodzona w roku 1828 w Szczecinie jako panna Stegemann, jest bowiem cioteczną babką Eleonory Kalkowskiej, czyli cioteczną praprababką autora.

Piotr Szarota pieczołowicie tropi mało znane ścieżki burzliwej kariery artystycznej Felicyty Vestvali, znajdując jej ślady nie tylko w Niemczech, Rosji, Włoszech czy Anglii, ale też w Stanach Zjednoczonych, a nawet Meksyku. Napomyka też o tym, jak ścieżki śpiewaczki, której znakiem wywoławczym był niezwykle wysoki kontralt, stykały się z drogami wielkich umysłów tego świata. W przypisie cytuje nieco dwuznaczny epigram, jakim Mark Twain skwitował sprawę sądową między Vestvali a jej dopuszczającym się rękoczynów agentem Tomem Maguire’em („Of bones bereft, / see how you’ve left, / Vestvali, the gentle Jew gal”). W innym miejscu, przy okazji nowojorskiego występu Vestvali w Semiramidzie Rossiniego w roku 1855, Szarota, powołując się na amerykańskiego muzykologa, pisze: „Niewykluczone, że na widowni obecny był również Walt Whitman […]. Whitman miał słabość do kontraltu […]. W tym czasie nie pisywał już operowych recenzji, za to w czerwcu 1855 roku wyda swoje arcydzieło – tom poezji Źdźbła trawy. Jak wyzna po latach, nie napisałby tych wierszy, gdyby nie opera. Po latach wspomni nazwisko Vestvali, opowiadając o swoich młodzieńczych wypadach do nowojorskich teatrów”. Prosiłoby się zacytować tutaj, przez analogię, także impresję Whitmana z 9 maja 1880 roku, zatytułowaną A Contralto Voice, w której opisuje on swoje synestetyczne doznania przy słuchaniu chóru kościelnego i organów, kiedy po kolacji u przyjaciół siedział na ganku ich domu, różnobarwne światła witraży przebijały się przez cienie drzew, a w świeżej bryzie słychać było „wieczorne chiaroscuro, soczyste contralto”.

Szarota cytuje też list Nietzschego do Wagnera z 17 stycznia 1869 roku (w przekładzie Bogdana Barana): „W tych dniach w tutejszym teatrze występowała gościnnie panna Felicita von Vestvali, i to w męskich rolach Hamleta i Romea: kobieta z potężnym silnym kontraltem i wielce utalentowana. Mówi role w trzech językach, ma w Ameryce teatr, dyrektoruje mu, a pochodzi z hrabiowskiej rodziny. Przy tym znakomicie się pojedynkuje; stary sługa teatralny, który widział ją w domu w szlafroku, przysięgał, że to mężczyzna”. A następnie, lekko modyfikując przekład Małgorzaty Łukasiewicz, przytacza z Radosnej wiedzy tegoż: „Głęboki, potężny [kontr]alt, jak się niekiedy słyszy w teatrze, nagle podnosi kurtynę i odsłania możliwości, w jakie zazwyczaj nie wierzymy, a oto nagle zaczynamy wierzyć, że gdzieś na świecie mogą istnieć kobiety o wzniosłych, bohaterskich, królewskich duszach, zdolne i gotowe do monumentalnych replik, decyzji i ofiar, zdolne i gotowe panować nad mężczyznami, bo niezależnie od płci ucieleśnił się w nich ideał tego, co w mężczyźnie najlepsze”. Oto magia kontraltu, którym Felicita Vestvali czarowała swoich małych i wielkich współczesnych.

 

*

 

 

Wieczorem robimy użytek ze specjalnie zamówionych okularów, patrząc z balkonu, jak zawieszone nisko nad spokojnymi wodami Bałtyku pomarańczowe Słońce powoli zmienia się w coraz węższy sierp Księżyca. Łatwo jednak poznać, że coś tu jest nie tak, jeśli się umie, spojrzawszy w niebo, powiedzieć, czy sierp maleje czy rośnie. Ja tu stosuję zwykle prostą niemiecką sztuczkę mnemotechniczną, polegającą na odróżnieniu ręcznie pisanych imiesłowów ɑbnehmend i Ʒunehmend. Otóż dzisiaj słoneczny sierp nie wystawia krągłości w lewo (malejąc, chudnąc), ani w prawo (rosnąc, przybierając), tylko ku górze, jak odwrócona abrewiatura nad literą ȃ, w tabeli symbolów Unicode określaną mianem Latin Small Letter A With Inverted Breve.

JAN ZIELIŃSKI

 

[1] Fragment większej całości, pisanej w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki (projekt nr 0192/NPRH8/H22/87/2019, realizowany w latach 2020-2027).

[2] Leonhard Euler, Briefwechsel mit Daniel, Johann II und Johann III Bernoulli. Teil II. Herausgegeben von Emil A. Fellmann und Gleb K. Mikhajlov. Birkhäuser Verlag, Basel 2016, s. 780. Dalej numery stron po cytacie.

[3] Por. J. Bernoulli, Passage de Vénus en 1769, w tegoż Diverse astronomische Dokumente, Öffentliche Bibliothek der Universität Basel, rękopis, k. 68-81, passim.

[4] Por.: J. Bernoulli, Reisen durch Brandenburg, Pommern, Preussen, Curland, Russland und Pohlen, in den Jahren 1777 und 1778, Sechster Band, Rückreise von St. Petersburg über Mietau und Warschau nach Berlin. Leipzig 1780, Caspar Fritsch, s. 94-95. Przekład polski w antologii Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców, opr. Wacław Zawadzki, Warszawa, PIW, 1963, t. II, s. 365-366.

[5] Hammershøi. Maler des stillen Klangs. Kunsthaus Zürich, do 25 października 2026.

[6] Relief budzi skojarzenia ze słynną płaskorzeźbą, przedstawiającą Hermesa, Eurydykę i Orfeusza w muzeum archeologicznym w Neapolu, o której Rilke napisał poemat.

[7] Hammershøi. Maler des stillen Klangs. Konzept Clara Marcellán. Zürcher Kunstgesellschaft / Kunsthaus Zürich. Berlin, Hatje Cantz Verlag, 2026.

[8] Wnętrze ze stołem, regałem z książkami i krzesłem windsorskim, Strandgade 25, 1913, kat. 94.

[9] URL katalogu aukcji: kunstbiblioteket.kb.dk/objekter/KAB01/D34095.pdf

[10] Por.: Hammershøi. Maler des stillen Klangs, op. cit., s. 20.

[11] Leopold Buczkowski, Niedokończone. Opracowanie i wstęp Maciej Libich. Lublin, Wydawnictwo Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, 2026, s. 80. Biblioteka Zapomnianych Poetów pod red. Piotra Mitznera, tomik 30.

[12] Tamże, s. 65.

[13] Przekład Franciszka Ksawerego Dmochowskiego.

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek