WITEK TRACZ: W tym czasie byłem już na drugim roku matematyki w Jerozolimie, był rok akademicki 1962/1963 i całkiem przeszła mi już ochota na matematykę. Nadal mieszkałem w akademiku i któregoś dnia zobaczyłem na przystanku autobusowym przepiękną dziewczynę. Niesamowite zjawisko, nigdy w życiu nie widziałem tak olśniewającej piękności. Potem kilkakrotnie widziałem ją w autobusie, a później też z daleka w uniwersyteckiej kawiarni. Nigdy z nią nie rozmawiałem, nie mieliśmy żadnego kontaktu, nawet nie próbowałem do niej podejść. Po prostu widziałem ją z daleka.
Opowiedziałem o niej kolegom z pokoju i trochę żartowali, że jestem platonicznie zakochany. Przekonywali mnie, żebym do niej podszedł i porozmawiał, ale nigdy do tego nie doszło.
Byłem ogólnie w kiepskim stanie i nawet zacząłem trochę pić.
DANI TRACZ: Co ty powiesz.
W. T.: Tak.
D. T.: Źle się czułeś, bo tęskniłeś za Polską?
W. T.: Wszystko naraz. Od wyjazdu minęło już trochę czasu, ale nadal bolało. Polska, samotność, brak dziewczyny, nie wiedziałem, co mnie czeka. I coraz mocniejsze przekonanie, że matematyka jest nie dla mnie. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, czułem się bardzo samotny. Potem wyprowadziłem się z akademika i wynająłem za grosze mały domek w dzielnicy Nachalat Achim. To był dawny arabski dom, dosyć zaniedbany. Była tam co prawda woda i toaleta, ale ciągle się coś psuło, a z kamiennej podłogi wyrastały chwasty.
I wtedy mój przyjaciel, poeta Meir Wieseltier i jego żona Warda postanowili znaleźć mi dziewczynę. Tego dnia spałem akurat w swoim mieszkaniu. Pracowałem w nocy, wracałem o dziewiątej rano i kładłem się spać, więc to było chyba po południu. Ktoś zadzwonił do drzwi, zapytałem: „Kto tam?” – Meir powiedział: „To ja”. Drzwi się otworzyły i do pokoju, w którym panował nieopisany bałagan, weszła ta piękna dziewczyna z przystanku. W mieszkaniu było niesamowicie brudno, z podłogi przypominającej jedną wielką popielniczkę wyrastała trawa, a przede mną stała dziewczyna z moich snów – ta, którą widywałem w autobusach i na uniwersytecie, o której opowiadałem kolegom. Niesłychana piękność. W momencie, w którym weszła, wiedziałem: to ona.
D. T.: Spotkałeś miłość swojego życia.
W. T.: Tak, tak. To była Dalia. Kiedy zobaczyła mnie i moje mieszkanie, obróciła się na pięcie i wyszła. Powiedziała: „Nie chcę mieć z tym nic wspólnego”. Po prostu oszalałem. Rzuciłem pracę, pojechałem do Tel Awiwu, chyba mieszkałem u rodziców. Codziennie przychodziłem pod dom jej mamy. To były wakacje, więc Dalia mieszkała wtedy u matki w Tel Awiwie. Wychodziła z domu, zauważała mnie, przechodziła przez ulicę i szła w przeciwnym kierunku. Stałem się jej stalkerem. Meir zorganizował nam kiedyś spotkanie na ławce na Placu Dizengoff. Kupiłem nowe dżinsy, zacząłem się myć, golić, wyglądać trochę bardziej jak człowiek. Spotkaliśmy się. Usiedliśmy na ławce, a po głowie krążyły mi różne zdania, które chciałem powiedzieć, ale żadne nie wydawało mi się wystarczająco dobre, więc milczałem. Siedzieliśmy tak jakieś dziesięć minut, może kwadrans, nie powiedziałem ani słowa, ona też nic nie mówiła. W końcu pierwsze, co do niej wypaliłem, to pytanie: „Wyjdziesz za mnie?”. Od tego zacząłem rozmowę, a ona odpowiedziała natychmiast: „Nigdy”. Nie wiedziałem co powiedzieć i po paru minutach stwierdziła: „Nudzi mi się”, wstała i odeszła. Na początku roku akademickiego wróciła do Jerozolimy, a ja przekonałem Meira, że nauczę ich grać w brydża – jego, Wardę i Dalię. Szukałem jakiegoś pretekstu do spotkania, więc zaczęli przychodzić do mnie wieczorami.
D. T.: Gdzie się spotykaliście?
W. T.: W małym pokoju, który miałem w pracy, w budynku Generali. Znowu tam pracowałem. Przychodzili do mnie, a ja próbowałem ich nauczyć grać w brydża. Powoli poznawałem Dalię i zaczęła się trochę do mnie przyzwyczajać, ale wciąż nie okazywała żadnego zainteresowania. Ja mówiłem jej, że jestem w niej zakochany, robiłem wszystko, co mogłem. Aż pewnego ranka, po całonocnej grze w brydża, odprowadzałem ich do domu. Dalia jeszcze nie miała swojego mieszkania i mieszkała u Meira i Wardy. Warda była jej najlepszą przyjaciółką, znały się od dzieciństwa, jeszcze ze szkoły. Szliśmy drogą i w pewnym momencie Meir i Warda zaczęli udawać, że się kłócą. Warda powiedziała do Dalii: „Słuchaj, trochę nam niezręcznie kłócić się przy ludziach. Musimy to jakoś sami rozwiązać, więc jeśli nie masz nic przeciwko temu, może przenocujesz u Witka? Już tam posprzątałam i przygotowałam mieszkanie”. Myślę, że byłem w plan Meira i Wardy wtajemniczony, ale nie jestem pewien. Dalia się zgodziła i przyszła. Położyła się w moim wąskim, jednoosobowym łóżku, a ja siedziałem na krześle. Nie wiem, co robiłem, może piłem kawę i czytałem. Dalia zasnęła, a po jakimś czasie się obudziła, zobaczyła mnie siedzącego i czytającego i powiedziała: „No, chodź już”. Położyłem się przy niej w łóżku i w taki sposób zaczęła się nasza historia, która trwa do dziś. Jak widzisz, zaczęło się to bez wielkiego entuzjazmu z jej strony. Myślę, że zaimponował jej mój upór, że tak bardzo jej pragnę i się nie poddaję. W każdym razie dość szybko narodziła się z tego wielka miłość.

Dalia Tracz umarła o wschodzie słońca 1 sierpnia 2026. Byli przy niej Witek, jego trzy córki i siedmiu wnuków.
Cytowany fragment pochodzi z książki: Witek Tracz, Dani Tracz „Nasze życie”, 2026.