Jedno oko miała niebieskie, drugie brązowe. Nazywała się Ilona Matzner. Na co dzień: Lola. Była żoną Sándora Máraiego przez blisko 63 lata. To ona jest „tajemniczą L.” z Dziennika; mąż nie zapisuje jej imienia. I jest o niej niewiele, dopiero na starość trochę więcej, szczególnie po jej śmierci, gdy przez kilkanaście miesięcy myśl o niej wraca niemal w każdym zapisku.
Od czasów młodości Lola miała zwyczaj zapisywać codzienne wydarzenia dnia i własne przemyślenia w niewielkich notesach. Kiedy opuszczała Węgry na zawsze, dawniejszych notesów nie zabrała ze sobą, zostawiła je u przyjaciółki w Budapeszcie, dotychczas ich nie odnaleziono. Albo gdzieś jeszcze są, albo przepadły. Ale w skrzyni okrętowej, która przypłynęła na Węgry po śmierci pisarza, i w której spoczywała cała jego spuścizna, tych notesów spisanych już na emigracji było blisko 300. Ich odczytanie okazało się niełatwym zadaniem, ale dzięki wytrwałej pracy historyka Anny Ötvös i opiekuna spuścizny Sándora Máraiego – Tibora Mészarosa dziś możemy poznać ich treść.
Po przełożeniu Dziennika Sándora Máraiego rozważałam napisanie książki o nim, nie klasycznej monografii, tylko mojej o nim opowieści. Miałam już projekt, strukturę, najważniejsze wątki tematyczne, kiedy ukazały się notesy Loli. Zapoznawszy się z nimi całkowicie porzuciłam swój pomysł, ponieważ przeczytawszy to wszystko i przemyślawszy zrozumiałam, że najważniejszym „dziełem” Máraiego, a właściwie Máraich, ich obojga, było ich małżeństwo. I jeśli warto coś o tych notesach napisać, to trzeba napisać o tym, bo to jest, moim zdaniem, właściwe ujęcie tematu.
Ale o ile o pierwszych dziesięcioleciach tego małżeństwa wiemy w sumie niewiele – a wiemy przede wszystkim z książek, materię których Márai zaczerpnął z własnego życia (mam na myśli głównie Wyznania patrycjusza i Ziemia! Ziemia! oraz pierwsze lata Dziennika), mamy też garść danych biograficznych, kilka wywiadów i portretów pisarza z lat międzywojennych, o tyle prawie cały okres emigracyjny został utrwalony w zapiskach przez oboje małżonków – prawie cały, bo notesy Loli kończą się w 1979 roku, a więc na pięć lat przed jej śmiercią. A pierwszy z tych, które się zachowały, zaczyna się w sierpniu 1948 roku.
Pisali zupełnie inaczej – Sándor zapisywał przede wszystkim myśli, refleksje, jakie przynosiły mu wydarzenia – i w życiu prywatnym, i w życiu światowym (mam na myśli politykę), spotkania, lektury, Lola natomiast zapisywała codzienność: kto przyszedł, gdzie byli, kogo spotkali, od kogo przyszła poczta, co gotowała, jak sprawy ze zdrowiem, z Jánoskiem, jak mąż; zapisywała drobiazgi, z których składają się dni, tygodnie, miesiące, w końcu – życie. Co ciekawe, ona też prawie nigdy nie wspomina o nim jako o „Sándorze”, pisze zawsze „On”, dużą literą.
Zasadnicza różnica między tymi notatkami jest taka, że Márai pisał dla publiczności, jego zapiski mają charakter literacki, były redagowane i przed kolejnymi wydaniami (emigracyjnymi) ostro selekcjonowane. Lola natomiast pisała tylko dla siebie, zapisywała uchodzące życie, żeby utrzymać je w pamięci, i nawet do głowy by jej nie przyszło, że te jej najzupełniej prywatne notatki mogą kiedyś zostać wydane. Pewnie nigdy by się na to nie zgodziła, tak są szczere i intymne.
Lola była panną z tak zwanego dobrego domu, to był dom zamożnej mieszczańskiej rodziny żydowskiej zamieszkałej w Kassy. Kassa była wolnym miastem królewskim przez stulecia zarządzanym przez radę mieszczan, taka była tradycja. Żydzi mogli zamieszkać w Kassy dopiero po 1840 roku, kiedy to parlament węgierski w specjalnej ustawie postanowił, że wolne miasta królewskie również muszą otworzyć bramy przed ludnością wyznania mojżeszowego. Przodkowie Loli prawdopodobnie wtedy zamieszkali w Kassy. Dziadek Loli wykształcenie medyczne zdobył w Wiedniu, a kiedy wrócił do Kassy, praktykował jako lekarz i z czasem został naczelnym lekarzem miasta, pierwszym żydowskim lekarzem w Kassy. Było to zaszczytne stanowisko. Mógł być prototypem doktora Lacty z Dzieła Garrenów. Nazywał się Jakab Moskovics, a jego żona, czyli babcia Loli – Mária Korn – to właśnie ta babcia, której poświęcony jest cały cudowny rozdział w powieści Ziemia! Ziemia!… Dziadek, jako naczelny lekarz miasta, był człowiekiem bardzo szanowanym i uznawanym w Kassy, zaś babcia, jako jedna z wiceprezesek żydowskiego kobiecego towarzystwa dobroczynnego, brała udział w organizowaniu bali i koncertów. Damy z tego towarzystwa troszczyły się o biednych i utrzymywały kuchnię, która rozdawała ciepłe posiłki wszystkim, bez względu na pochodzenie i wyznanie. Dziadkowie mieli trzynaścioro dzieci. Pilnowali, by zdobyły one wykształcenie i ogładę, wszyscy synowie pokończyli gimnazja i pobierali nauki w szkołach wyższych. Matka Loli, Irén pięknie śpiewała, ukończyła sześcioklasową szkołę średnią, do której dziewczęta uczęszczały po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej, co w tych czasach było wykształceniem uważanym za odpowiednie dla panien. Irén wyszła za mąż za oficera, Sámuela Matznera, który po ślubie pożegnał się z wojskiem, by włączyć się w polityczne i kulturalne życie Kassy. Kupił wychodzącą w mieście gazetę, później założył drukarnię, stał się ogólnie znanym i szanowanym obywatelem miasta. Lola odebrała zwyczajowe wykształcenie zgodne z tradycją rodzinną, uczyła się języków obcych, niemiecki był w zasadzie językiem rodzinnym na równi z węgierskim, ale Lola miała francuską bonę, brała lekcje muzyki, razem z dwojgiem rodzeństwa uprawiała sporty, słowem, wychowywała się według nowoczesnych wzorów życia mieszczańskiego.
Lola była o niecały rok starsza od męża, urodziła się w lipcu 1899 roku. W tym czasie dziewczętom najwyższe wykształcenie zapewniała w Kassy sześcioklasowa średnia szkoła żeńska, ale po niej Lola została zapisana do szkoły średniej dla dziewcząt w Wiedniu. Było to Gunesch Lyzeum, liceum sióstr Gunesch, jedna z najlepszych szkół żeńskich w całej Monarchii. Na tę decyzję wpłynęły zapewne działania wojenne, ponieważ w 1915 roku linia frontu niebezpiecznie zbliżyła się do Kassy, i kto mógł, uciekał z miasta. Uważano, że w Wiedniu życie jest bezpieczniejsze (w Wyznaniach patrycjusza czytamy, że Sándor też przebywał w tym czasie w Wiedniu u barwnie opisanej rodziny swego wuja malarza), więc rodzice Loli wyjechali tam razem z dziećmi, mieszkali u swoich wiedeńskich krewnych i dzieci uczęszczały do wiedeńskich szkół. Ale po pewnym czasie wszyscy wrócili do Kassy, tylko Lola została w Wiedniu. Kiedy w 1973 roku Máraiowie obchodzili pięćdziesiątą rocznicę swojego małżeństwa, wybrali się do Wiednia, i Lola rozpoznała budynek szkoły, do której chodziła. Márai wspomina o tym w swoim Dzienniku.
Ważne pytanie – czy wobec tego znali się z Sándorem z Kassy? – Na pewno znały się rodziny, ale nie na gruncie towarzyskim. Przynależały do tej samej warstwy społecznej, ale Grosschmidowie byli rzymskimi katolikami. Ojcowie spotykali się niemal codziennie jako członkowie rady miejskiej. Oprócz tego ojciec Sándora Máraiego, Géza Grosschmid był radcą prawnym Banku Hipotecznego, regularnie zamieszczającego ogłoszenia w dzienniku „Felsőmagyarország” („Górne Węgry”), którego właścicielem i naczelnym redaktorem był ojciec Loli. Z kolei matki wielokrotnie występowały razem jako organizatorki balów dobroczynnych, bo Margit Ratkowszky-Grosschmid też udzielała się w akcjach dobroczynnych.
Czy rodziny Loli i Sándora żyły według podobnych tradycji? Raczej nie, styl życia obu rodzin różnił się. Rodzice Sándora Máraiego zachowywali tradycje klasycznego mieszczaństwa, ojciec był prawnikiem, człowiekiem wytwornym i bardzo szanowanym. W jednym z listów wspomina, że nigdy w życiu nie był w kawiarni. Matka, Margit Ratkovszky, przed urodzeniem dzieci pracowała jako nauczycielka, mieszkali w pięknym domu przy ulicy Masarskiej, żyli bardzo uregulowanym, ustalonym życiem, które Márai opisał w Wyznaniach patrycjusza. W takim środowisku wszyscy pilnowali form. Jak pisze, trzeba się było umieć zachowywać w takim otoczeniu.
Rodzinę Loli, choć należała do tej samej warstwy społecznej, cechowała większa swoboda. Jej matka często występowała, śpiewała na koncertach. Ojciec zaś, jako właściciel gazety codziennej, miał wiele rozmaitych kontaktów i posiadał większy margines swobody w styczności z przedstawicielami najrozmaitszych warstw. Wychowana w takiej rodzinie Lola pewnie dlatego miała odwagę zwiazać się w tak młodym wieku z Sándorem Máraim, który w tym czasie był jeszcze właściwie studentem i początkującym dziennikarzem w Niemczech, zdecydowała się na niepewność materialną, jaka się łączyła z tym małżeństwem, i prawdopodobnie liczyła się z tym, że po ślubie nie będzie już żyć w takim dobrobycie, w jakim się wychowała. Kiedy małżonkowie mieszkali w Paryżu, czasami dosłownie nie mieli co jeść, Márai szczerze opisał ich biedę. Lola nigdy nie robiła mu z tego powodu wyrzutów, wierzyła w swojego męża. W świetle późniejszych zapisków w notesach widać, że była osobą zdolną odnaleźć się w wielu sytuacjach, również tych całkiem nieprzewidywalnych.
Co wiemy o ich życiu, zanim ostatecznie wyjechali z Węgier?

Wiemy, że poznali się w Berlinie, Lola przyjechała do krewnych, żeby zapomnieć o jakimś miłosnym rozczarowaniu; młody mężczyzna, który był tego rozczarowania źródłem, przyjaciel Sándora poprosił go, żeby spotkał się z Lolą w Berlinie – wypada, żeby miała męskie towarzystwo, gdyby chciała gdzieś wyjść. To spotkanie w berlińskiej kawiarni mamy szczegółowo opisane w Patrycjuszu, wszystko się podczas tego spotkania zdecydowało. „Oboje wiedzieliśmy, że nic już się nie da zrobić. Takie spotkania są zawsze bardzo zwyczajne. […] Siedzieliśmy w lokalu przy Kurfürstendamm, rozmawialiśmy pół godziny, a potem zamilkliśmy i patrzyliśmy na tańczących. Ze szczególną ostrością pamiętam każdy szczegół tego popołudnia. Nie zamieniliśmy właściwie jeszcze słowa o naszych sprawach osobistych, a ja siedząc obok niej i obserwując tańce, zasępiony, zastanawiałem się już, z czego będziemy żyć. Tego elementarnego uczucia, które sygnalizuje wagę więzi dwojga ludzi, nie sposób pomylić z niczym innym. […] Ten wieczór był niezwykły, ale pozbawiony wszelkiego patosu. Oboje byliśmy nie w humorze. Ogarnęło nas uczucie w rodzaju «tylko tego nam brakowało», zakłopotanie i przygnębienie. Trzeba będzie kogoś poznać, wszystkie jego tajemnice, ze wszystkimi tego skutkami: to właśnie ludzie określają popularnym i letnim słowem «miłość». Ale poznanie, całkowite poznanie nigdy nie jest idyllą. Smutni wracaliśmy do domu. Kiedy rozstawaliśmy się w bramie, zauważyłem, że Lola płacze. Oboje byliśmy bardzo zakłopotani. W oczach patrycjatu czy ziemiaństwa w żadnym wypadku nie mogłem uchodzić za «partię». Nie miałem jeszcze dwudziestu trzech lat, byłem poetą i utrzymywałem się z przygodnych zarobków. W kilka miesięcy później pojąłem ją za żonę”.
Nie była to jednak zwyczajna historia, bo rodzice Loli byli przeciwni temu małżeństwu. Jej ojciec, redaktor gazety, miał o dziennikarzach niewysokie mniemanie. Znał doskonale ich egzystencję, zwyczaje, niepewność dochodów. Matka też była zdania, że dziennikarze nie są ludźmi uczciwymi. Nie takiego męża chcieli dla Loli i wypatrzyli jej kogoś, kogo ona odrzuciła. Kiedy otrzymali wiadomość z Berlina, że młodzi się spotykają i zapowiada się poważna sprawa, wynajęli prywatnego detektywa, który śledził każdy krok Sándora. Kiedy Lola wróciła do Kassy i wyjechała do Budapesztu, mówiąc, że jedzie uszyć sukienkę (miała 23 lata), puścili ją w przekonaniu, że Sándor jest w Berlinie. Ale wkrótce detektyw wysłał z Berlina telegram, że Sándor pojechał do Budapesztu. Na to ojciec Loli natychmiast wsiadł do pociągu z zamiarem udaremnienia jakichś nieprzewidzianych wydarzeń, ale spotkał się z córką i przyszłym zięciem akurat przed wejściem do urzędu stanu cywilnego. Lola powiedziała wtedy, że nie można już uniemożliwić tego małżeństwa i poprosili ojca, żeby był ich świadkiem. I tak 17 kwietnia 1923 roku ojciec Loli był jedynym krewnym obu stron obecnym na ślubie. Zawarli małżeństwo cywilne, w owym czasie rzadkie, Márai napisał, wspominając tę historię po latach: „Byliśmy pierwszymi hipisami”.
Był jednak później i ślub katolicki. Po przegłosowaniu przez parlament ustaw antyżydowskich ciotka Julie – ciotka Sándora – namówiła Lolę, żeby przyjęła katolicyzm. Stało się to 24 listopada 1936 roku w Felsősegesd. Tego dnia Lola najpierw przyjęła chrzest (ciotka Julie była jej matką chrzestną), a potem odbył się ślub. Bez Sándora. Przed ołtarzem obok Loli stał per procura miejscowy leśniczy. Ale lata małżeństwa liczyli zawsze od 1923 roku.
Wkrótce wyjechali do Paryża, w którym pozostali sześć lat. Lola bardzo dobrze wspominała ten okres, po latach napisała: „Paryż to było sześć najszczęśliwszych lat mojego życia”. Pracowała w sklepie z antykami, a Sándor okrzepł jako dziennikarz, publicysta i korespondent gazet niemieckich, czeskich i węgierskich, ale zaczął pisać książki i uznał, że pisarz węgierski powinien mieszkać na Węgrzech, więc w 1928 roku przenieśli się do Budapesztu. Następnych 20 lat to szybki rozwój kariery pisarskiej Sándora Máraiego, co roku coś publikował – powieści, reportaże, zbiory aforyzmów, tomy nowel, jednocześnie był wziętym publicystą czołowych tytułów prasowych, więc jak na ówczesne czasy żyli w dość dobrych warunkach materialnych, mieli auto, gosposię. Tak było do 1943 roku, kiedy to pisarz uznał, że nie ma już gdzie publikować; przeciw temu, co się w kraju dzieje – chodziło przede wszystkim o ustawy ograniczające egzystencję Żydów – znany twórca może zaprotestować tylko całkowitym milczeniem. I wtedy zaczął pisać Dziennik.
Pominę teraz historię kilku następnych lat – przede wszystkim to, jak przetrwali wojnę, bo od 1943 roku mamy na ten temat dokładne relacje w Dzienniku. Dotyczy to również przyczyn i okoliczności ich ostatecznego wyjazdu z Węgier w sierpniu 1948 roku. A także dalszych losów pisarza, praktycznie aż do końca jego życia. W tym miejscu zwrócę się do zapisków Loli i głównie do nich się będę odwoływać.
Jak żyli na emigracji?
Przede wszystkim ich status stał się dość prędko niepewny – kiedy paszporty utraciły ważność, na ich przedłużenie naturalnie nie było szans, stali się więc bezpaństwowcami, co pociągało za sobą konieczność regularnego meldowania się w miejscowej kwesturze, na policji. Ta sytuacja w pewnym momencie stała się niebezpieczna, ponieważ tak zwane soggiorno, czyli pozwolenie na pobyt zostało im nieoczekiwanie wycofane, bez podania powodu. Dzięki przedwojennej znajomości z pewnym włoskim dyplomatą, ożenionym z węgierską aktorką, Máraiemu udało się owo soggiorno odzyskać, ale potraktowali to jako poważne ostrzeżenie i postanowili się przenieść do Ameryki, czyli do kraju, który dawał obywatelstwo już po pięciu latach (co we Włoszech było praktycznie niemożliwe), traciło się je jednak, gdy ktoś opuścił Amerykę przed upływem dziesięciu lat – ale po dziesięciu latach stałego pobytu obywatelstwo dostawało się na zawsze. To była jedna z głównych przyczyn, dla których po zaledwie czterech latach opuścili Włochy, Neapol, Posillipo, gdzie czuli się doskonale. Lola napisała: „Neapol to były cztery lata podróży poślubnej”.
W Ameryce przebywali piętnaście lat i ten pierwszy pobyt był pod wieloma względami trudny. Ale po pięciu latach rzeczywiście otrzymali obywatelstwo i gdy tylko Márai zakończył pracę przynoszącą regularne dochody – opuścił rozgłośnię RWE – wrócili do Włoch. Tym razem zamieszkali w Salerno, mieli tam mieszkanko odziedziczone przez Lolę po jej wuju, i żyli we Włoszech – z dość skromnej, ale przy włoskich cenach dobrej amerykańskiej emerytury – od 1967 do 1979 roku. Tęsknili jednak za swoim przybranym synem Jánosem, który ukończył szkoły w Ameryce, tam pozostał, ożenił się z Amerykanką i miał trzy córeczki – chcieli być bliżej. A drugą przyczyną był postępujący rozpad funkcjonowania państwa w latach siedemdziesiątych we Włoszech: „Żadnej poczty, a autobusy strajkują”, „dziś znów strajkuje poczta, nie ma gazet”, „Dziś nie można zrobić badania krwi, ponieważ laboratorium strajkuje, jutro też, a w czwartek święto. Dopiero w piątek będzie można się dowiedzieć, czy liczba czerwonych krwinek wzrosła. A tymczasem przez te trzy dni chory przeżyje lub nie, i nikogo to nie obchodzi!”, notowała Lola. Najważniejszy dla nich był problem ze służbą zdrowia, bo lata siedemdziesiąte to w życiu ich obojga okres, w którym odczuli poważne problemy zdrowotne, a funkcjonowanie włoskiej służby zdrowia pozostawiało w tym czasie bardzo wiele do życzenia. Postanowili wrócić do Ameryki, ale nie do Nowego Jorku, tylko na przypominające najbardziej Włochy południe, do San Diego. I to była ostatnia przeprowadzka w ich życiu.
Drugą ważną kwestią były finanse. „Węgierski pisarz na obczyźnie” to sytuacja, w której traci on swoją publiczność, czytelników kupujących jego książki i czytających gazety, do których pisał. W Znieważonych (wtedy jeszcze nie znał przymusowej emigracji) pisze tak: „Żyć w rozumnej i twórczej harmonii ze światem potrafi tylko ten, kto pozostaje w całkowitym zespoleniu z własną ojczyzną, człowiek oderwany od ojczyzny jest kaleką”. I został takim kaleką.
W Neapolu właściwie biedowali, ciągle brakowało im pieniędzy, choć pomagał im bardzo wuj Loli, Lajos. Máraiowie wzięli ze sobą jakieś precjoza, sprzedawali je lub zastawiali, była też cała komiczna wręcz historia ze sprzedażą futer, które ze sobą zabrali, świetnie opisana w Dzienniku Sándora. Żyli w stałej niepewności, honoraria za artykuły w emigracyjnej prasie spływały rzadko, bo niewiele było tytułów, do których Márai godził się wysyłać artykuły. I na dodatek początkowo jakoś nie mógł pisać. „Nie może pracować. Praca to nie tylko pokój i stół. Praca to jest sposób życia, tryb życia. Ulica Mikó to był ten tryb życia”, pisze Lola.
Wprawdzie na zachodzie Europy – w Finlandii, Danii, Holandii, w Niemczech, we Włoszech, we Francji, Anglii i Hiszpanii – od lat wydawano jego książki, ale w żaden sposób nie mógł otrzymać należnych mu honorariów. Wszystkie wydawnictwa odpisywały, że nie mogą przekazywać dewiz – w Europie obowiązywały jeszcze rozmaite bariery celne. Dość długo trwało i nie obyło się bez przygód, nim pisarzowi udało się wydobyć zaległe honoraria od niemieckiego wydawcy, gdzie ukazało się najwięcej jego książek. Ta przygoda jest doskonale opisana w Dzienniku – wyjazd na granicę szwajcarsko-niemiecką, tam nocne spotkanie z przybyłym nielegalnie i incognito wydawcą. Wystarczyło tych pieniędzy na jakiś czas, ale potem znów czuli się jak zawieszeni między niebem a ziemią, żyjąc z dnia na dzień.
Márai nie chciał opuszczać Europy. Gdyby udało mu znaleźć stałe źródło dochodów i mógł mieć miesięcznie około stu trzydziestu dolarów, która to suma w Neapolu wystarczała wówczas na utrzymanie, nie opuściłby pewnie Italii. O wyjeździe do Ameryki myślał jak o ostateczności. „Wszechmogący Boże, daj mi tyle pieniędzy lub jakąś możliwość zarobku, bym przez pięć lat mógł pozostać we Włoszech!” – napisał w lipcu 1951 roku. I ta modlitwa zaledwie po kilku tygodniach została wysłuchana. W sierpniu nadeszła listowna propozycja stałej współpracy z węgierską sekcją Radia Wolna Europa, z dobrą pensją, 550 dolarów, co było pierwszym uspokajającym zabezpieczeniem materialnym. Márai jeździł co tydzień do Rzymu i w tamtejszym studio odczytywał swój felieton. Gdy wyjechali do Ameryki, współpraca była kontynuowana, ale w latach 1954–55 pensja zmalała do 350 dolarów. A sama tylko opłata miesięczna za mieszkanie w Nowym Jorku wynosiła 120 dolarów. Na dodatek płacili czesne, ponieważ János chodził do prywatnej szkoły katolickiej. Więc w 1955 roku Lola znów poszła do pracy. Zatrudniła się w domu towarowym Stern Brothers. O pomoc nie prosili, byli honorowi. W Ameryce mieszkało wielu krewnych Loli, bo jej matka miała jedenaścioro rodzeństwa, ale nawet tam zdarzało się, że to Lola wysyłała komuś 5 dolarów miesięcznie.

Współpraca z RWE trwała do czasu, gdy pisarz uzyskał emeryturę, ale trzeba powiedzieć, że stopniowo i coraz bardziej oddalał się od rozgłośni i w ostatnich latach trzymał go tam wyłącznie przymus finansowy.
Jakie to było małżeństwo?
Z zapisków Loli wyłania się właściwie cała szczegółowo opowiedziana historia ich małżeństwa. To było małżeństwo zawarte z miłości i pomimo wielu kryzysów, burzliwych scen i trudnych chwil ta miłość przenikała ich codzienność i przetrwała śmierć Loli, co wiemy z Dziennika Máraiego, w którym opisał, jak przeżywał żałobę po żonie. Gdy wyjeżdżali na emigrację, ich małżeństwo trwało już 25 lat, wiele razem przeżyli i rozumieli się wpół słowa. W 1955 r. Lola pisze: „Mam tylko Jego (On jest dla mnie rodzicem, bratem, przyjacielem, krewnym, mężem i dzieckiem; On jest wszystkim)”.
Lola kochała swojego męża naprawdę, wiernie, przyjęła go z całym dobrodziejstwem inwentarza, znała jego słabości i trudne cechy charakteru, ale kochała go pomimo nich. Niejednokrotnie pisała, że upór męża był źródłem wielu trudnych sytuacji w ich życiu. I tak zapewne było. Ale Sándor Márai doceniał jej miłość. O początkach małżeństwa po dwudziestu latach pisze w Wyznaniach patrycjusza tak: „Lola była pierwszym człowiekiem, który szukał drogi do mojej samotności; rozpaczliwie broniłem się przed tym. Żywiołem pisarza jest samotność”. I dalej: „Lola z cudownym instynktem wyczuwała moją chorobę i wierzyła, że jakoś ją zniosę. Nasz związek od pierwszych dni podobny był do stosunku chorego i bardzo cierpliwej pielęgniarki. Wytrwała przy mnie z niewiarygodną siłą i wiem na pewno, że pomogła mi przebrnąć przez najtrudniejszy okres. Do takiego wysiłku mężczyźni nie są zdolni, a i kobiety tylko w rzadkich przypadkach. Ta dusza – charakter Loli – czerpała i trwoniła z niewyczerpanych zasobów”.
Jaką kobietą była Lola?
Mamy na ten temat niezwykłą charakterystykę Ilony Harmos, żony pisarza Dezső Kosztolányiego. To była aktorka, kobieta bardzo inteligentna, która, opisując żony ówczesnych znanych pisarzy, zazwyczaj maczała pióro w witryolu. Tylko o Loli pisała pozytywnie: „Nigdy nie opowiada głupstw. I nie robi głupstw. Najlepsza mieszanka cech. Ma zmysł trafnego rozpoznawania ludzi i jest taktowna w doskonały sposób. Jedyna wada – wszyscy ją lubią. Nie ma wrogów. Wzruszająca i pogodna jednocześnie. Bardzo ładna, czasem wręcz czarodziejsko, ale nie z powodu rysów – zauważyłam, że jej cień na ścianie nie jest zbyt pociągający – jednak łagodne kolory, dziewczęce ruchy, świeży, przyjemnie brzmiący głos i piękny uśmiech oczarowują wszystkich.
Trzeźwa. Wie, czego chce i co dla niej dobre. Nie ma pasji, ale potrafi wybrać to, co przyjemne, dobre, piękne, i przy tym w decydujących trudnych chwilach można na nią liczyć. Jest ludzka i powściągliwa. Mądrze i zgrabnie balansuje w najbardziej niebezpiecznych sytuacjach. Zmysł rzeczywistości, humor i znajomość natury ludzkiej ratują ją w kryzysach. […]. Tragedie jej nie załamują, pewnie nigdy całkowicie nie straciła głowy. Tak zwane «wielkie sceny» uznałaby za śmieszne, zgrabnie unika konfliktów.
Ma znakomity smak literacki i instynkt psychologiczny, a przy tym patrzy na najbardziej skomplikowane sprawy z chłopskim rozsądkiem i trzeźwą prostotą. Nie przeszkadza to jej być zabobonną, ale to nie zabobonność podlotka dotycząca piątku, kominiarza i tym podobnych. Lola wierzy w przeczucia, znaki transcendentalne i pełną symboli mowę natury, której jest dzieckiem”.
W swoich notesach Lola zapisuje codzienność, wydarzenia dnia, kłopoty, przeżycia, często wspomina przeszłość. Zapisuje sny, w których często powracają Kassa, rodzina i tamtejsi znajomi. Oboje spędzili tam dzieciństwo i Kassa była ważną wspólną klamrą przez całe życie. „Często przychodzi mi do głowy, że nasze «spotkanie» ma głębsze przyczyny niż zwykłe spotkania. Nasi dziadkowie niegdyś podobali się sobie z daleka! Rodzice też, nie przyznając się do tego, obserwowali się z daleka. My oboje mamy w sobie ten ich gen. Czy dlatego nasze spotkanie jest takie wyjątkowe? A w tle wszystkiego Kassa, dawna Kassa”.
Większość rodziny, między innymi ojca, Lola straciła w Zagładzie, ale pomimo śmierci więź z nimi wydaje się jej żywa. Uważała, że umarli są obecni w naszym życiu przez jakiś rodzaj energii, którą odczuwamy.
Gdy zamieszkali w Nowym Jorku, często spotykali swoich krajanów, byłych kolegów Sándora z gimnazjum norbertanów, koleżanki Loli z kassańskiego gimnazjum. To były zawsze ważne chwile. Wszystkie wspomnienia z Kassy – góra Bankó, Csermely, gdzie chodzili na wycieczki, to wszystko były okruchy szczęśliwego dzieciństwa. Często śnił jej się dom rodzinny, czasem go opisuje. Próbuje analizować, co znaczą jej sny, sięga często po popularną Księgę snów Gyuli Krúdyego, ale w jego wyjaśnienia często nie wierzy.

To od Loli dowiadujemy się, co zaprzątało głowę Sándora, który w swoim Dzienniku tego akurat nie zapisał. A Lola, osoba uczuciowa, prowadząca dom, obliczająca się z groszem, ta Lola czuje się tak dalece jednością z mężem, że nawet o jego książkach pisze „nasza książka”. Z jej notatek możemy dokładnie prześledzić losy utworów Sándora Máraiego, które powstały w okresie emigracji, od etapu pisania do wydania, a nawet wysyłki. „Pracuje. Cudownie. I Dziennik, i trzecia część Wyznań patrycjusza [mowa o powieści Ziemia! Ziemia!, która początkowo miała być jego trzecią częścią] to ekscytujące arcydzieła, nie sposób ich odłożyć. I to najważniejsze. Kiedyś na pewno świat się Nim zainteresuje, kiedy się wreszcie obudzi «do litery». Teraz modne są frazesy, tanie gatunki, które wielu umie pisać. A to, co On umie, umie bardzo niewielu, i stąd ta cisza wokół nich. A tymczasem trzeba z czegoś żyć! To go najbardziej przygnębia. Ale ja wierzę w cuda. Wieczorem przyjeżdża z Rzymu Lajos z całą górą jedzenia (parówki, kapusta, słonina i delikatesy)”. Innym razem: „Czytam powstającą właśnie trzecią część Patrycjusza. Nie mogę się od tego oderwać. Jeśli świat tego nie zechce, to znaczy, że literatura (na jakiś czas) w ogóle znikła!!!”.
Lola zawsze myśli „na dobrze”, pozytywnie, w życiu i w ludziach stara się zawsze dostrzec dobre rzeczy. Gdziekolwiek mieszkają, próbuje stworzyć prawdziwy dom, taki, jaki utracili, co jest bardzo trudne. Dowiadujemy się mnóstwa codziennych szczegółów – jak zaniosła do lombardu swoją ostatnią biżuterię, jak marzli w neapolitańskim nieogrzewanym mieszkaniu, w jaki sposób dostała pracę w dziale porcelany nowojorskiego domu towarowego (gdzie podała, że jest młodsza o czternaście lat!), i jacy byli rozgoryczeni, gdy poczta przynosiła rękopisy odrzucone przez niemieckie, angielskie, amerykańskie wydawnictwa. Gdy Sándor Márai wydawał książki własnym sumptem – a czynił to niejednokrotnie – Lola pakowała razem z nim egzemplarze do wysyłki i księgowała wpłaty. Swojego męża uważała za geniusza, wszystko mu wybaczała – wybuchy gniewu, uzależnienie od wina, ataki zazdrości. Jej dewizą było „jeśli kogoś kochamy, kochamy go razem z jego wadami i nie osądzamy go”. Ale martwiła się o męża i przybranego syna, którego również bardzo kochała. Za najtragiczniejsze uważała to, że Sándor Márai będąc pisarzem węgierskim musi żyć za granicą.
Czytając te zapiski widzimy, że pomimo zmieniających się i trudnych okoliczności żyli barwnym, bogatym życiem. Oboje byli otwarci na świat, śledzili, co się dzieje – w kulturze, w polityce, w literaturze. To dotyczyło nie tylko kraju, w którym akurat żyli, ale w ogóle, świata, Europy i oczywiście Węgier. I choć mieli niewiele pieniędzy, chodzili do muzeów, na wystawy, kupowali i nade wszystko czytali książki, zawsze chodzili też czytać prasę i książki do miejscowej biblioteki. Interesowały ich nowości cywilizacyjne, obserwowali lądowanie na Księżycu, loty astronautów. Czytamy to i ożywają przed nami lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, w których działy się zapisane przez Lolę wydarzenia.
Oboje regularnie grali na loterii. Lola stawiała na numery, które jej się przyśniły, zawsze inne, Sándor miał swoją stałą kombinację. Lola raz jeden wygrała większa sumę, ale drobniejsze kilka razy. Oboje mieli też poczucie humoru, ale inne – Lola niezłośliwe, żartobliwe, Márai cokolwiek cyniczne, sarkastyczne. „Nasza zabawa: Ile mamy jeszcze pieniędzy na koncie? Ze sztucznym oburzeniem: «Jak dama może pytać o coś podobnego?», ale nie potrafi zapanować nad ustami i śmieje się. Mój słodki anioł!”. Mieli też podobne gusty. Obojgu podobała się bardzo książka Ernesta Hemingwaya Stary człowiek i morze, uważali ją za najlepszą powieść autora amerykańskiego. Inną taką ulubioną powieścią był LampartTomasiego di Lampedusy. W 1963 roku widzieli w Rzymie film Viscontiego z Claudią Cardinale i Alainem Delonem; innym ważnym wspólnym przeżyciem był film Franco Zefirellego Romeo i Julia, bo przypominiały im się ich własne trudności przedślubne. Lubili włoskie filmy. O Osiem i pół Lola nie miała dobrego zdania, nazwała ten film szalonym, ale Máraiemu się spodobał. On wiedział, czym jest kryzys twórczy. Choć generalnie nie bardzo lubił kino.
Lola zawsze napominała samą siebie, że nie wolno się skarżyć, trzeba docenić, co mają. „Wdzięczność! Count your blessings! Nie ma całym świecie nikogo takiego jak On”. Była religijna, przyjęła katolicyzm i traktowała go poważnie, znacznie poważniej niż mąż, modliła się co wieczór, zachodziła też często do kościoła, żeby się pomodlić, co było nietrudne nie tylko we Włoszech, ale również w Ameryce, bo zawsze mieszkali w pobliżu jakiegoś kościoła. Miała szczególne nabożeństwo do św. Antoniego, któremu zawsze wrzucała pieniążek. Każdego ranka nie tylko zapisywała, ale też opowiadała mężowi, co się jej śniło, miała bardzo żywe, barwne sny, często przedziwne. To był rodzaj rytuału między nimi. W chwili uczuciowego ochłodzenia między nimi pisze: „Nie chciał nawet wysłuchać mojego snu”.
Bywały między nimi trudne, nawet bardzo trudne okresy. Sándor Márai był człowiekiem ogromnie skupionym na sobie i na własnej pracy. Bynajmniej nie zawsze zachowywał się jak kochający mąż. I to jakoś się czuje, czytając jego Dziennik. Więcej widzimy w zapiskach Loli. „Głęboki smutek z jego powodu. Nie umiem mu pomóc. Znów izoluje się od świata. Wady widzi tylko w innych, żadnej samowiedzy. Z tego powodu i jemu trudno, i nam, którzy żyjemy obok niego. Można to wszystko znieść tylko siląc się na całkowitą obojętność. A obojętność jest niedobra, nawet jeśli na siłę. Obojętność jest pierwszą stacją na drodze do nicości”. Kiedy indziej: „Kładę się zmęczona i bez humoru. On zamyka się z winem w drugim pokoju. Dużo pije. To też niedobrze. Nie znajduje równowagi i we mnie szuka winy. Ale daremnie próbuje ją na mnie zrzucić, ja jestem tylko jego lustrzanym odbiciem”.
Jak sobie z tym radziła? Lola uważała, że skoro jest żoną pisarza, to jej zadaniem jest stworzyć mężowi warunki do spokojnej pracy. Dlatego starała się w miarę możności brać na siebie rozwiązanie codziennych problemów. Bardzo kochała męża i widziała w nim genialnego pisarza, co często pomagało jej przebaczyć przykrości od niego doznane. Można nawet powiedzieć, że najpierw przebaczała pisarzowi i dopiero potem, i dlatego – mężowi. A Sándor Márai nie miał łatwej natury, więc i małżeństwo było emocjonalnie nierówne. Lola pisze niejednokrotnie: „Sándor ma zły nastrój, nie odzywa się do mnie”, albo „Jest zły, nie znajduje sobie miejsca”. Pisze o tym szczerze, ale nigdy w formie skargi, zawsze tylko w formie refleksji.
Na dodatek Sándor był zazdrosny, co musiało być komiczne. Lola opisuje, że kiedy jeszcze żyli w Budapeszcie, ktoś przysłał jej kwiaty, Sándor żądał wyjaśnień, skąd ten bukiet, a kiedy Lola nie umiała lub nie chciała ich udzielić, mąż odesłał ją do Kassy. I Lola wyjechała. A potem mąż błagał, żeby wróciła. Podobna historia powtórzyła się w Neapolu, kiedy jakiś młody policjant, o którym Lola pisze, że „mógłby być moim synem”, chciał się z Lolą umówić, i Lola go oczywiście odprawiła, ale śmiejąc się z tej historii, opowiedziała o tym mężowi – i musiała potem znosić powracające sceny zazdrości i zarzuty, całkowicie bezpodstawne. I co ona o tym pisze? – „Przeczytałam Pokój na Itace, i fragment rozmowy między Penelopą a Odyseuszem coś mi wyjaśnił. To dlatego on potrzebuje tego napięcia! To nie brak zaufania do mnie, tylko potrzebne mu to do pracy. Trochę się uspokoiłam”. Márai pisał wtedy tę powieść, i choć Penelopa wiernie go oczekiwała, powracający do domu Odyseusz jest zazdrosny. Już w Ameryce, w czasie depresji pisarza Lola pisze znów: „Cóż to za nonsensowne i bezpodstawne podejrzenia! Każdy mój krok jest «podejrzany». Co się z nim dzieje? To praca? «Starzenie się»? Gdzie iść, co robić? I jak pomóc!!! Modlitwą. Na pewno przechodzi kryzys, tak jest ze wszystkimi w pewnym wieku”.

Tu trzeba powiedzieć, że oboje podczytywali swoje dzienniki. I niemal czuje się, że gdy nie potrafili ze sobą rozmawiać, bo były akurat ciche dni, poprzez swoje zapiski przekazywali sobie komunikaty.
Byli też jakoś szczególnie na siebie „nastrojeni”, mieli w życiu zdumiewająco dużo przypadkowych spotkań, które oboje zapisali. „Fantastyczny (czy może zupełnie naturalny?!) jest ten wspólny rytm naszego życia, myślenie zawsze o tym, o czym myśli drugie z nas. Czytam w jego Dzienniku: «Widzę przed sobą, jak się poruszałem dziesięć–dwadzieścia lat temu». Kilka dni wcześniej, być może właśnie wtedy, kiedy to zapisał, ciągle widziałam, jak się poruszał za młodu, jak wychodził mi na spotkanie. Niewiarygodne i cudowne jest to przeniesienie myśli, ta antena, która chwyta wszystko, co czuje drugie z nas”. I po wielu latach w Paryżu, kiedy Lola ma 62 lata: „Zapomniałam o upływie czasu, o wpół do trzeciej wsiadam przy Étoile do autobusu 73 w stronę Place des Vosges. Nie mam wiele czasu na dojazd, bo o wpół do czwartej powinnam być pod Operą. Na drugim przystanku: podarunek od Paryża! On wsiada do tego samego autobusu. Jakieś czary. Cóż to za siły, jaki magnes działa, przyciągając do siebie dwoje ludzi! Cudowne spotkanie!”.
Wiele było takich sytuacji: „Wychodzę z bramy [Lola wychodzi od fryzjerki, ma wtedy 78 lat]. Widzę, że stoi na rogu! Czekał na mnie! Wiedział, jaka to dla mnie wielka sprawa, ściąć po dwóch latach długie włosy. Spytał: «Bardzo bolało?». (Mój ukochany). Idziemy spacerkiem do Agipu na kawę. Pokazuję mu moją śliczną fryzurę, krótkie loki. Jest zachwycony. Naprawdę mu sie podoba”. Albo: „Leżenie w łóżku, odpoczywanie, miłość i pokój. Potem spacer w deszczu, podwieczorek, kąpielisko zmoczone deszczem, wspaniałe powietrze. Razem do biblioteki. Nad brzegiem oceanu spóźniony prezent urodzinowy, w bibliotece drugi tom Wyznań patrycjusza. Siadam i za jednym zamachem czytam całość. Czytam «nasze życie». Niewyrażalne wzruszenie. To jakby mowa znaków losu. Ale czym jest taki znak? Ileż to razy los wysyłał nam znaki, a my nie rozumieliśmy, dopiero znacznie później, najczęściej zbyt późno, rozumieliśmy tę mowę znaków. To popołudnie w bibliotece jest dla mnie jednym w najważniejszych w życiu”. Lola ma wówczas 58 lat.
Z notatek Loli dowiadujemy się, że w latach 1963–64 rzeczywiście ich małżeństwo przechodziło poważny kryzys. Miał on liczne przyczyny – Nowy Jork prędko zaczął pokazywać swoje ciemniejsze oblicze, z tego powodu Márai nie potrafił się w nim nigdy naprawdę zadomowić. Klimat okazał się bardzo uciążliwy, ale jeszcze mocniej dokuczał brak intensywnego życia umysłowego, niepojęte dla nich obojga niezainteresowanie kulturą wyższą, duch kupiecki w podejściu do wszelkiej twórczości, równanie w dół, schlebianie gustom mas. Raził szorstki, nieeuropejski sposób zachowania Amerykanów, ich pazerność, gonienie za pieniądzem i sukcesem, ocenianie innych pod kątem tego, ile mają lub ile zarabiają. Przygnębiała powszechna brzydota otoczenia. I nie udało mu się tam wydać żadnej swojej książki! Lola pisała: „Im dłużej żyliśmy w Italii, tym bardziej znajome było wszystko, i w końcu stało się całkiem swojskie. A im dłużej żyjemy tu, wszystko staje się coraz bardziej obce. I coraz bardziej przerażające”.
Przed tą depresją po dziesięciu latach życia w Ameryce odbyli długą podróż po Europie. I kiedy wreszcie mogli wrócić do Europy, spotkanie z nią przyniosło Máraiemu wielkie rozczarowanie i z tego powodu popadł w depresję, co oczywiście odbiło się na Loli, bo tylko ona była obok. A jednak Lola była cierpliwa i wyrozumiała, choć często bezradna: „Budzę się o 3 w nocy, nie ma go w łóżku. Wychodzę przestraszona, jak zawsze w takich wypadkach. Śpi na siedząco w living roomie. Budzę go z bólem serca. Dlaczego to tak musi być? Rozumiem go, ale boję się o niego! Nie można dusić w sobie tyle goryczy, samotności. Jego praca! Nasze życie i wszystko, ten skromny «dom» wokół nas, wielkie drzewa pod oknem, wiewiórki pod drzewami. Nie mamy niczego innego. Ani jednego prawdziwego przyjaciela, prawdziwego człowieka. Niewielu życzliwych znajomych. Wykluczyliśmy się ze wspólnoty, w której żyją inni. Można i tak, może to lepiej, wygodniej. Tylko kiedy nocą myli drzwi i śpi na siedząco, serce mi się ściska. Co powinnam zrobić?”. Przy innej okazji: „On pracuje, i czuję, że z trudem. Naprawdę podziwiam, jak daje radę w tej atmosferze (atmosferze pozbawionej powietrza!). Twarz ma szarą od papierosów. Pachnie jak popielniczka, powtarzam mu to. I On czuje, że tym sobie szkodzi. Nie powinien palić! Powinien rzucić palenie. To chyba gorsze od tych nocy z winem. Jest we mnie wielki smutek i bezsilność. Coś trzeba by wymyśleć, żebym mogła mu jakoś pomóc”. Zawsze jednak instynktownie wyczuwała zmienną dynamikę ich związku, rozumiała też wzloty i upadki, jakim jest poddany człowiek, który poświęcił życie twórczości.
Zapisała zresztą kiedyś, że On zawsze żył trochę tak, jak bohater książki, którą właśnie pisał. „Przypominają mi się jego dawne powieści, Sindbad (wtedy żył jak Krúdy), Występ gościnny w Bolzano, Żar… Kiedyś powiedziałam Vilmie Kovács: «Jak by to było dobrze, gdyby kiedyś zechciał napisać powieść o świętym Franciszku z Asyżu». I roześmiałyśmy się. A teraz pisze powieść o świętym Franciszku z Asyżu i już się nie śmieję”. Kochała męża razem z jego wadami, z który najtrudniejszą dla niej było chyba jego zamykanie się w sobie, odmowa rozmowy. Lola często czuła się więc obok niego samotna.
Pomimo tego nawet w tych trudniejszych okresach zawsze było pomiędzy nimi wiele dobrych gestów, oznak czułości, obawy o współmałżonka: „I wtedy słyszę jego znajomy, słodki głos: „Co się stało? Co ci jest?” [Lola miała w nocy zły sen]. Mówię w półśnie: «To kot, kot!». «Nie bój się, już ja go przepędzę». Budzę się, stoi obok mnie. To godzi mnie ze wszystkim. Jego głos jest mi już bliższy, niż był głos Mamy i Ojca. Modlitwa za to wszystko”. Było tak szczególnie w okresach, gdy któreś z nich zapadało na zdrowiu, wtedy wszelkie nieporozumienia znikały i opiekowali się sobą nawzajem z wielką troskliwością.
Żyli w sytuacji, w której ludzie są zdani na siebie nawzajem. Emigracja tylko wzmocniła tę więź. Na dodatek z czasem mieli coraz mniej kontaktów z ludźmi. W początkowym okresie emigracji, we Włoszech, było jeszcze nieźle pod tym względem, szczególnie ze względu na zwyczajowe wśród Włochów bliskie codzienne kontakty z sąsiadami. Podczas pierwszego pobytu w Ameryce początkowo spotykali wielu znajomych i odświeżyli dawne znajomości, ale Márai z czasem coraz bardziej izolował się od środowisk emigracyjnych. Lola przez jakiś czas starała się podtrzymywać więzi z mieszkającymi w Ameryce krewnymi, ale mąż jej w tym nie wspierał i z czasem te kontakty też się rozluźniły. „Jaka dziwna jest ta więź między nami! Oboje przecież tak lubimy luz, swobodę, a to małżeństwo jest jak wieczny związek dwojga przeciw światu. Od pierwszej chwili wieczny związek dwojga przeciw światu”.
Zanim w 1948 roku wyjechali z Budapesztu, Lola zanotowała cytat z Księgi Ruth: „Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam”. Było dla niej oczywiste, że wybiera emigrację, bo idzie za mężem, i wyjechała z Węgier, do których potem przez dziesięciolecia tęskniła i z wielkim trudem pogodziła się z tym, że nigdy nie odwiedzili ojczyzny, choć w latach siedemdziesiątych byli tam prawie wszyscy ich emigracyjni znajomi. A oni nie. „Przygotowanie kolacji, zaszycie podszewki płaszcza. Wieczorem ledwie się odzywa, wygląda strasznie. Jestem przerażona, bardzo się o niego boję i czuję się bezradna. Wino do nieprzytomności. Modlitwa. Madre Cabrini, oddajcie nam Węgry, bo w przeciwnym razie koniec. Nie widzę innego rozwiązania”. Lola rozumiała, dlaczego mąż nie chce wracać na Węgry, choć inni emigranci wracali, rozumiała, dlaczego jest tak bezkompromisowy – ale sądziła, że w środowisku języka węgierskiego wiele rzeczy by się rozwiązało.
Lola była inteligentna, oczytana, mówiła w kilku językach i Márai jej jako pierwszej odczytywał swoje nowe utwory. W zapiskach mamy bardzo dużo słów wyrażających przekonanie o wybitności męża: w 1979 roku pisze: „Z pocztą przyszedł „Nowy Świat” [węg. czasopismo emigracyjne], a w nim Aniele z nieba [jeden z dwóch najsławniejszych wierszy Sándora Máraiego, o powstaniu 1956 roku]. Zawsze płaczę, kiedy czytam ten wiersz. On nie uważa go za najlepszy. Nie ma racji!”.
Ale bynajmniej nie jest bezkrytyczna. Zdarza się, że pisze: to nie jest jego poziom, nie powinien używać takich słów, tak nie można pisać. Kilka takich zapisów mamy z czasu, gdy powstawała Krew świętego Januarego, która w pewnym sensie jest powieścią o ich neapolitańskim życiu. Márai kończył ją już w Nowym Jorku, żyli wówczas praktycznie w izolacji, pisarz przeżył wtedy kilkakrotnie załamanie, długo nie mógł tej powieści „uchwycić”. Ale w końcu powstała wspaniała książka.
Lola żyła zawsze w czasie teraźniejszym. Potrafiła zdecydowanie odsunąć od siebie przykrości doznane wcześniej w małżeństwie czy inne bolesne przeżycia z przeszłości – śmierć jedynego synka, śmierć ojca w Auschwitz – i choć często myślała z obawą o przyszłości, to generalnie liczyło się tylko jedno: on i ja. Potrafiła zawsze patrzyć na męża w czasie teraźniejszym. Jak bardzo to ważna umiejętność, wie najpewniej tylko ten, kto sam przeżył długie lata w małżeństwie czy przyjaźni. Márai tego nie umiał, przez całe życie nosił w sobie ciężar rozmaitych rozczarowań doznanych w przeszłości, co na starość uczyniło go melancholijnym, bezradosnym człowiekiem. Tłumacząc jego Dziennik myślałam, że pewnie dlatego był zafascynowany postacią świętego Franciszka, bo sam nie miał talentu do radości.
Ich małżeństwo jest kolejnym przykładem na to, że nie ma recepty, nigdy nie wiemy, co jest naprawdę między dwojgiem ludzi i co potrafi ich złączyć na najgłębszym poziomie. Jeśli jest między nimi miłość i ona jest tam najgłębiej, jeśli ona jest fundamentem, to ta więź przetrwa, pozostanie nawet, jeśli po drodze zdarzają się przykrości, nieporozumienia, chwile smutku i samotności.
Ostatni zapisek Loli mamy z końca lutego 1979 roku. Wkrótce potem przenieśli się powtórnie do Ameryki, do San Diego. Nie wiemy, czy prowadziła te zapiski dalej. W tym czasie miała operację, pojawiły się też u niej pierwsze oznaki osłabienia słuchu, potem wzroku. Przyjmowała to wszystko ze stoickim spokojem: „Zestarzałam się i wiem, że wszystko przemija, wszystko trwa tylko chwilę. My też. Nasze życie jest tylko jednym błyskiem w kosmosie, i koniec”.
Dlaczego właściwie Lola prowadziła zapiski?
Prowadziła je dla siebie. Najczęściej w domu, rankami, albo wieczorem, w parku, w kawiarni, w pociągu czy w samolocie. Czasami trudno je odczytać, gdy pospiesznie notowała wydarzenia dnia. Zapiski niewątpliwie zastępowały kontakty z ludźmi, z przyjaciółką, rozmowy. Wielokrotnie zastanawiała się, czemu w ogóle pisze? „Dla kogo i po co? Może dlatego, że nie ma z kim porozmawiać?”. Po latach: „Trzeba by już zakończyć tę pospieszną bezsensowną pisaninę. Dlaczego ja to robię? Nie wiem”. Ale pisała, zapisywała uciekającą codzienność dla siebie, bo była samotna.
Zmarła 4 stycznia 1986 roku. W marcu Sándor Márai otrzymał we śnie wiadomość od zmarłej żony: „Ty pisałeś swój Dziennik dla innych, ja dla ciebie”. I wtedy notesy Loli nagle nabrały wagi. Pisarz dopiero po śmierci żony przeczytał te 296 notesów i dzięki jej notatkom przez wiele miesięcy mógł sobie przypominać wydarzenia przeżytych z nią minionych dziesięcioleci, dzięki czemu dane mu było naprawdę przeżyć żałobę po żonie. Przez kilka lat nocami Máraiemu wydawało się, że słyszy głos Loli – nazywał to hotline – która mówi do niego. Zapis z początku 1987 roku: „L. zgłasza się na hotline najczęściej między trzecią a czwartą. W półśnie, a raczej już na jawie niż we śnie. Opowiada wszystko. Nic w tym cudownego. Tajemnicze jest tylko: gdzie kryło się dotąd to, co opowiada?”.
No właśnie. Zawsze mi się wydawało, że Sándor Márai bez wątpienia kochając swoją żonę, przez całe dziesięciolecia jakby nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, z kim tak naprawdę żył i dopiero po śmierci Loli zrozumiał, kogo utracił. „Nie wiedziałem dotąd, że jest w tak całkowitej jedności ze mną, w pełnej wspólnocie ducha i ciała. Przeżyliśmy razem sześćdziesiąt dwa lata, była miłość, gniew, wszystko, co nieuchronnie wynika ze wspólnego życia, ale dotychczas nie wiedziałem, że tak bardzo się z nią zrosłem”.
Po tych słowach lepiej rozumiemy, dlaczego sam zapakował notesy Loli do skrzyni okrętowej ze swoimi rękopisami, którą przygotował dla spadkobierców. W tych notesach odzwierciedla się człowiek i twórca ze wszystkimi niedostatkami, słabościami, cierpieniem i zmaganiami. Choć uważał, że życiem pisarza są jego dzieła, to w końcu pewnie zmienił zdanie. Jako pisarz przekazał czytelnikom pewien obraz siebie. Obraz pisarza. Ale człowiek prywatny najczęściej pozostawał w ukryciu. Dopiero dzięki notesom Loli otrzymujemy pełniejszy portret jego osoby. Nie tylko twórcy, ale również człowieka prywatnego. Obraz pełen niuansów, bogaty, barwny, stworzony przez kogoś, kto go bezwarunkowo kochał.
A więc to, że te notesy zapakował razem z całą swoją spuścizną, było gestem pisarza, który rozumie, że z czasem ważne stanie się wszystko, co go dotyczy, nie tylko jego twórczość pisarska. Uznał zapewne, że te notesy są ważne. Pozwolił przedstawić światu swój spisany przez żonę portret. To rodzaj wyznania: taki też byłem.
W czasach, kiedy Sándor Márai pisał ostatnią część Dzieła Garrenów, jeszcze raz przeczytał Lottę w Weimarze Tomasza Manna. I zapisał sobie coś takiego: „Goethe być może nie tyle czuje, co raczej rozumie, że życie prywatne twórcy ma wpływ na masy tak samo jak jego dzieło. Dla mas nie jest obojętne, jak postępuje, jak żyje, jakie decyzje podejmuje w życiu prywatnym człowiek, który w swoim dziele i poprzez nie potrafi oddziałać na los innych. Życie prywatne jest organiczną częścią dzieła, one oddziaływują razem. Stąd to dziwne podniecenie, stąd przejawiające się w formie plotki czy oszczerstwa zainteresowanie, które towarzyszą ważnym decyzjom twórców: ludzie czują, że te decyzje mają wpływ również na ich własne życie”.
TERESA WOROWSKA