HOME

Księga Przyjaciół

Jakub Dolatowski Trapiezon
Cennik „handlu” nasionami ogrodowizn prowadził w Armawirze na Kubaniu Siemion Iwanowicz Kogbietlijew. [...] Ale cóż to za okładka! Skąd wziął się Murzynek, który biegnie z łubianym koszem pełnym kalafiorów i dorodnych rzodkiewek, w samych tylko – jest upalne lato w południowej guberni – portkach w marynarskie pasy, ale z materiału skrojonego w pion, a to odzienie wypisz wymaluj z któregoś z portów nad nieodległym morzem? Może to służący albo chłopiec na posyłki w wielkim kantorze Kogbietlijewa? Albo postać z opowieści, jakie Siemion Iwanowicz zapamiętał z dzieciństwa i zechciał właśnie, już mocno w latach, dać teraz na firmowym druku? A może po prostu wymyślona figura, by zatrzymać wzrok klienta? Co tam robił ten mały murzyński Hermes o zwróconej ku nam – nieostrożny, biegnie i ani spojrzy pod nogi – twarzy z odrysowanym jak z jakiejś rewii uśmiechem, z kolczykiem w uchu? Skąd i dokąd biegł – czy uliczkami między wygrzanymi białymi ścianami armawirskich domów, czy może przeciska się na targu (dom i firma Kogbietlijewa tuż-tuż przy miejskim targowisku), przez tłum miejscowych Ormian, Rosjan, Greków, sołdatów i kubańskich kozaków?
Jakub Dolatowski Hydrografia
Nad potokiem spływającym z Roztok, umyśliłem sobie strugać z olszowych gałęzi – górskie strumienie są blankowane kurtynami olszy szarej – sześciopłetwe młynki wodne; to były ćwiczenia z cierpliwości, bo co i rusz musiałem zaczynać od początku, gdy cieniutką już niedoszłą płetewkę niezręcznie ciachnąłem w pół i trzeba było sięgnąć po kolejną gałązkę. Wsparte na widełkowatych podpórkach, te moje liszniańskie młynki kręciły łopatkami, gdy tylko jakoś udało mi się ustawić je w wąskich rynienkach, wypłukanych przez setki lat między twardszymi, piaskowcowymi warstwami karpackiego fliszu. Słuchałem chlupotu i cichego terkotu, gapiąc się w śmigające drewka, a czasem i w olszowe liście, niesione bystro przez wodę, choć na jej płaszczyźnie – nieruchome. Że to były siostry tybetańskich młynków, kręcących bezsłowne modlitwy dzięki wiatrom czy właśnie dzięki nurtowi wody, pomyślałem dopiero znacznie później.
Jakub Dolatowski Topolowa aleja
Na fotografii Zwolińskiego to już któreś z rzędu wcielenie tej nadwiślańskiej alei (drogi i promenady, jak ogrody i parki, choć stale w jednym miejscu, odradzają się w coraz to nowych odsłonach, wedle sezonowych mód i upodobań ogrodniczych, a i technicznych potrzeb epoki) i nie ma już wrzecionowatych topól włoskich, nie ma też, rzecz jasna, żadnych krzewów, jakim przyglądano się z powozów i karet: konne wozy toczyły się na tyle powoli, że ich pasażerowie, niemal jak piesi wędrowcy, mogli rozważać szczegóły krajobrazu – linie strumyków spływających ku Wiśle, lot tamtejszych ptaków, zioła i przydrożne kwiaty czy mijane zagony jarzyn i zbóż. (Po latach podobnie reprezentacyjną sokorową aleję, królewską czy raczej – biskupią drogę z Warszawy do Skierniewic, a właściwie już tylko powojenne jej resztki, wspomni ze swych podwarszawskich okolic Jarosław Iwaszkiewicz w "Podróżach do Polski").
Jakub Dolatowski Słowa po dawnych owocach
Tych jabłek od dawna nie ma, nikt nie wie jak wyglądały i smakowały. Nazwy – tylko niektórych – trwają, ale przecież nieżywe, bo nie u przekupek, na targu czy w ogrodzie, tych imion już nikt nigdzie nie wypowie z pytaniem – „po ile?”, to jabłka z ogrodniczych i botanicznych Zaduszek. Zostawiły ślad w miejscach nieprzystających do ich istoty, do bytowania na gałęziach i w koszach, i w zimowych pieleszach ze słomy i trocin po strychach i komorach, bo jedynie w rękopisach i drukach, w graficznych znakach liter, które przecież nie wypełnią ręki owocową krągłością, obietnicą wyczekiwanego, dobrze znanego smaku.
Jakub Dolatowski Wiśnia z siedmiogrodzkich notatek
Zauważyłem je w Alba Iulia, chyba przed magistratem, a potem i w Sighişoarze: na sztywnych nogach, z wielkimi, kulistymi głowami, uwolnione już od stu lat od służby, od obowiązków i urzędowego sznytu. Zapamiętałem ich sylwetki, ciemne kule, nie do końca wyraźne dla oka, bo to było wcześnie, z samego rana; stały wzdłuż wyłożonego połyskliwymi od rosy granitowymi płytami chodnika – jak niegdyś w miastach i miasteczkach całej monarchii.
Jakub Dolatowski Trzcina z Witolina, kaneh znad Jordanu
Niegdysiejszy mój student, Adam Kapler, wspomniał, że tej jesieni uczczona zostanie pamięć przedwojennej, żydowskiej farmy na warszawskim Grochowie, w Witolinie (obecnie to strony wielkich bloków osiedla Ostrobramska). Farma [...] była miejscem przygotowań („hachszara”) do wyjazdu do Palestyny i pracy żydowskich chaluców i szomrów. W latach przedwojennych w takich farmach, rozsianych po kraju, młodzi Żydzi praktykowali w zawodach na co dzień im z gruntu obcych, ale takich, jakie miały być przydatne w planowanym życiu; oddawali się na przykład – człowiek by o tym nie pomyślał! – rybołówstwu, zarówno temu „śródlądowemu”, na rozlewiskach Piny, jak i „przybrzeżnemu”, w Gdyni. Pracowali z radością, jaką dawała im myśl o powrocie do ziemi ojców, i o przyszłości, którą chcieli sami ułożyć i jaka miała być zupełnie odmienna od tego, co znali.
Jakub Dolatowski Porosty
Czytywałem książki matematyczne, i zasadnicze, i popularne, przypominam sobie Bołtiańskiego i Jefremowicza, Coxetera, Couranta, Hilberta i Cohn-Vossena, Sierpińskiego czy Weyla. „Czytanie” to może termin nie całkiem odpowiedni, bo takie książki trzeba, by w ogóle posuwać się w lekturze, rozgryzać, odtwarzać sobie w głowie drogę, jaką szli autorzy. W szkole w tych czasach mieliśmy podręczniki do matematyki, myślę, najlepsze z możliwych, bo dotykające istoty, prowadzące szlakiem aksjomatów i pasma logicznie wysnuwanych twierdzeń [...] Mieliśmy do podstaw geometrii właśnie taki świetny podręcznik Zofii Krygowskiej, no a lekcje matematyki miała z nami profesor Gorylukowa, promieniująca energią i radością, jaką zapewne rodziło w niej już samo to, że jest matematyczką. Podczas świetlistych godzin matematyki odsłaniała przed nami to, jak rozmaite struktury bada matematyka, przywołując od czasu do czasu – to jednak była szkoła – któreś z nas do tablicy, a robiła to celnym rzutem kawałka kredy, od swej katedry w kierunku wybranej uczniowskiej ławki, no i tę kredę trzeba było wtedy schwytać, by – już z nią w palcach – ruszyć ku pionowej, zielonej płaszczyźnie, obrzeżonej u dołu długą, wklęśle wyfrezowaną listwą na kawałki kredy i na wilgotną ścierkę, do zmazywania zapisów już niepotrzebnych albo błędnych.
Jakub Dolatowski Płatki i podkowy
Jest od wieków konfraternia tych, którzy mają krajobraz i zapełniające go istoty, i ich związki, za szkielet istnienia; często zachwyceni słowami, które to wszystko nazywają, i metamorfozami tych określeń. Wszyscy oni, błędni rycerze, przewodnicy karawan, pisarze i poeci, karpaccy przemytnicy, pasterze, rolnicy, wędrowcy, mieli i mają za rdzeń życia świadome zanurzanie się w otaczające ich strony („stronami deszcze stronami pogoda”) i przez sam sposób, w jaki pędzą życie, przez precyzję spoglądania na świat, oddają się otaczającym ich loca circumiecta, które witają o przedświcie wraz z kosem i rudzikiem, a z pohukiwaniem puszczyka co wieczór żegnają.
Jakub Dolatowski Trawy dr. Martina Schencka
Długo „chodziłem” koło tych rysunków, z początku kiepsko szło mi nawet odcyfrowanie nazwiska twórcy, a gdy już byłem pewny jego brzmienia, z kolei nieproste było określić tożsamość rysownika – nazwisko jest pospolite. Z czasem się udało, wywiedziałem się też paru faktów z jego życia. Był to dr Martin Schenck (1826–1918), z westfalskiego Siegen, z wykształcenia lekarz, który jednak nie podjął tego zawodu, a został botanikiem, wielkim znawcą traw.
Jakub Dolatowski Równianka
Równianka - słowo celne, gdy wziąć pod uwagę desygnat – bukiet z kwiatów zebranych w pęk i stojących ściśle jeden przy drugim, co daje gęsto utkaną, jednorodną i właśnie – równą, choć nieco wypukłą powierzchnię kwiatów. [...] Dla przypomnienia, Mickiewicz i Słowacki: „Zosia tańczy wesoło […] w zielonej sukience, / ustrojona w równianki i w kwieciste wieńce”; to w księdze "Kochajmy się", przez Krzyżanowskiego objaśnione bardzo krótko, ale i zbyt szeroko, bo jako nieokreślona bliżej „wiązanka, bukiecik”; i w "Balladynie": „…a w kosach równianka / nie z białych róż, ze złotych”; może piękniej niż u Zosi, bo Balladyna równianek nie przypięła do sukni, ale, czyniąc ozdobę bardziej cielesną – wplotła w warkocze.
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek