Jest od wieków konfraternia tych, którzy mają krajobraz i zapełniające go istoty, i ich związki, za szkielet istnienia; często zachwyceni słowami, które to wszystko nazywają, i metamorfozami tych określeń. Wszyscy oni, błędni rycerze, przewodnicy karawan, pisarze i poeci, karpaccy przemytnicy, pasterze, rolnicy, wędrowcy, mieli i mają za rdzeń życia świadome zanurzanie się w otaczające ich strony („stronami deszcze stronami pogoda”) i przez sam sposób, w jaki pędzą życie, przez precyzję spoglądania na świat, oddają się otaczającym ich loca circumiecta, które witają o przedświcie wraz z kosem i rudzikiem, a z pohukiwaniem puszczyka co wieczór żegnają.
Długo „chodziłem” koło tych rysunków, z początku kiepsko szło mi nawet odcyfrowanie nazwiska twórcy, a gdy już byłem pewny jego brzmienia, z kolei nieproste było określić tożsamość rysownika – nazwisko jest pospolite. Z czasem się udało, wywiedziałem się też paru faktów z jego życia. Był to dr Martin Schenck (1826–1918), z westfalskiego Siegen, z wykształcenia lekarz, który jednak nie podjął tego zawodu, a został botanikiem, wielkim znawcą traw.
Równianka - słowo celne, gdy wziąć pod uwagę desygnat – bukiet z kwiatów zebranych w pęk i stojących ściśle jeden przy drugim, co daje gęsto utkaną, jednorodną i właśnie – równą, choć nieco wypukłą powierzchnię kwiatów. [...] Dla przypomnienia, Mickiewicz i Słowacki: „Zosia tańczy wesoło […] w zielonej sukience, / ustrojona w równianki i w kwieciste wieńce”; to w księdze "Kochajmy się", przez Krzyżanowskiego objaśnione bardzo krótko, ale i zbyt szeroko, bo jako nieokreślona bliżej „wiązanka, bukiecik”; i w "Balladynie": „…a w kosach równianka / nie z białych róż, ze złotych”; może piękniej niż u Zosi, bo Balladyna równianek nie przypięła do sukni, ale, czyniąc ozdobę bardziej cielesną – wplotła w warkocze.
Twarz człowieka, który dobywa z ust nie słowa, ale liście, jeden po drugim, i one jakby pączkowały ze swoich drzewnych gałązek – taką twarz, oddaną w płaskorzeźbie, z trzema gałązkami dębu, które wychynęły spomiędzy warg i otaczają kamienne oblicze roślinnym nimbem, pokazał mi kiedyś w Pradze Antonín M. Svoboda. Było to na Starym Mieście, gdzie – w otwartych na Rynek arkadach kamienicy zwanej Tyńską Szkołą, pod ostrołukami, w półmroku – jednym ze zworników sklepienia jest właśnie spoglądająca w dół twarz, która mówi liśćmi.
Opracowywałem, od strony botanicznej zielnik, jaki w 18 brulionach zestawiła Róża Luksemburg, oddając się temu głównie już w aresztach i więzieniach. Wklejała zasuszone rośliny wprost na karty zeszytów i skrupulatnie starała się opatrzyć właściwymi nazwami – łacińskimi i niemieckimi, zapisując obok rozmaite notatki z lektury pism czołowych ówczesnych botaników czy własne wątpliwości, pytania i uwagi, a i wspomnienia, i szkice z natury. Była uosobieniem wyjątkowej wrażliwości i precyzji w obserwowaniu świata, wszystkich jego przejawów i odsłon: od zasad ekonomii, ekspansji wyzysku i rewolucyjnej kulminacji przemian społecznych, po geologię i strukturę minerałów, budowę kwiatów czy głosy ptaków – dajmy na to po głos sikorki odwiedzającej więzienny dziedziniec, której „cwi-cwi” chciała mieć na grobie, za cały funeralny napis.
Na te śliwy i ich owoce wszyscy mówią u nas – „mirabelki”, choć tak naprawdę mirabelki, to inna, można rzec – szlachetniejsza śliwa. Na owoce prawdziwych mirabelek nie trafi się u przekupek czy na targowisku, a tylko czasem, importowane, w wielkomiejskich delikatesach czy bazarach z „wyższej półki”; są, jak węgierki, renklody czy lubaszki, jedną z form innego gatunku – śliwy domowej, a ich owoce są od „glupek” większe, ich żółtawą skórkę kryje białawy nalot, miąższ nie jest wodnisty i ostry w smaku, a bardzo, bardzo słodki i odchodzi od pestki.
Katalog dużych zakładów ogrodniczych z Symferopola, na rok 1905. Właścicielem firmy był Abram Isaakowicz Pastak, Karaim, o którym do tej pory ani słyszałem. W środku tego zeszytu, na całą stronę – piękne zdjęcie zrobione 16 lutego 1904, w trakcie wysyłki drzew owocowych. [...] W rewolucję stracili wszystko, nowa władza raz po raz przymykała Abrama Isaakowicza, ale jakoś w końcu udało mu się wywinąć. Od dawna dobrze go tutaj znali, poznawali więc i teraz, krążącego po ulicach Symferopola, gdzie zarabiał obwoźną sprzedażą domowych „karaimskich pierożków”. Nie było już przecież cudownych ogrodów i jego fach stał się zupełnie bezużyteczny.
Czarodziejska nazwa „nietota” służyła nie jednej, a wielu roślinom, była nie tylko dziwna i intrygująca, ale i niejednoznaczna. Przede wszystkim mówiono i pisano tak o zabójczo trującym jałowcu [...], który potrafi wywołać krwotok wewnętrzny [...]. Nazywano tak też inne tajemnicze ziele, widłak wroniec, który rośnie przede wszystkim w górach. [...] „Nietota” zarazem czymś jest i tym czymś – nie jest, potrafi być sobą i nie sobą, uchyla się od tożsamości, chce się pokazać, ale zza zasłony.
Cieszę się zawsze, gdy napotykam w botanicznych lekturach ślady dawnego spojrzenia na rośliny, tego odmiennego od współczesnego klasyfikowania ich różnorodności, zwłaszcza „męskości” i „kobiecości”, ślady tego, jak widzieli naturę alchemicy, szamani, zielarki. Wszystkim im przychodziło zresztą stosować zgoła inne rośliny, gdy tę samą przypadłość zwalczali u mężczyzny, inną – gdy leczyli kobietę. Kilka takich roślinnych historii stale do mnie wraca, bo to rośliny z najbliższego sąsiedztwa, z przydomowych kątów.
Nie tylko botanikom i znawcom szaty roślinnej hasło "heide" przywodzi na myśl takie krajobrazy, jak choćby ogromne przestrzenie północnoniemieckiej Lüneburger Heide czy nasze Wrzosowiska Cedyńskie. I niczego innego zobaczyć nie mogą, bo nie znają w szczegółach losów słów i ich znaczeń. Wydawcy, którzy drukują Walthera von der Vogelweide w transkrypcji na współczesną niemczyzną, po prostu pozostawiają w drugim wersie pierwszej zwrotki – "Heide", czyli – wrzosowisko.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.