fbpx
HOME
Jakub Dolatowski

Ten dereń, ta czereśnia

Kister […] witał wchodzącego przekręcając imię męskie na żeńskie, do mnie mówił: panna Kazimiera.

Kazimierz Wierzyński, Wspomnienie o Marianie Kisterze

 

Kotka bliska sercu, przez kilka lat obecna w tutejszym wiejskim domu, Burka, co i rusz słyszała, jak woła się na nią – „Burak”, a to dla jej zadziornego charakteru i zuchowatości, ale i z powodu jakiejś przemożnej chęci nazywania „męskiego” – „żeńskim” i na odwrót; do domowych kotek, bywało ich tu sporo, rzucało się nie raz: „ej, chłopaki!”.

Takie zamiany to rzecz powszechna, to ciągnie się zapewne jeszcze z czasów, gdy kategorie płci różnych istot, zwierząt i roślin, bywały nieostre i rozmyte, widziane w sposób odmienny niż to każe współczesna nauka, w której ujęciu notabene wcale nie zawsze te kategorie przyjmują wartości dwubiegunowe, a przeciwnie – często opisujemy istoty obupłciowe, poligamiczne, zmienne w tej mierze (wspomnę tu tylko, z ogrodu za oknem, wielogodzinne, powolne miłosne zaplatanie się ślimaków winniczków, które są obupłciowe i grają za każdym razem jedną lub drugą rolę?, czy jesiony, których kwiaty mogą być męskie, żeńskie lub obu płci, i pojawiają się na jednym i tym samym drzewie w zaskakująco zmiennych proporcjach w kolejnych sezonach, tak, że płci drzewa nie sposób czasem, na naszą ludzką modłę, określić). To, co widziano jako męskie i żeńskie, bywało wielopostaciowe i zmienne, bo „męskość” i „kobiecość” potrafiły zajmować różne pozycje, co zależało wcale nie od ekspresji gonad, ale od tego, jak odbierano proste, namacalne cechy, jak twardość czy miękkość, trwałość lub kruchość, i tak dalej (Zbigniew Herbert zanotował przykład odczyniania uroku, właśnie przez zamianę „męskiego” – „żeńskim”:  „…ludzka dążność do oswojenia spraw i zjawisk niepojętych i budzących przerażenie […] cyklony noszą dźwięczne kobiece imiona”; Lekcja łaciny).

Dla roślin symbole płci, dla męskiej tarcza i włócznia Marsa, ♂, czyli – wojenne żelazo, a dla żeńskiej zwierciadło Wenus, ♀, czyli miedź i jej stopy, z których przecież robiono dawne lusterka, te symbole wzięły się ze sposobu prowadzenia notatek stosowanego przez alchemików, dla zaznaczenia przejawów omnipotencji, przy próbach uchwycenia istnienia i współistnienia ciał niebieskich, metali, roślin i zwierząt.

Linneusz tych symboli, które dzieckiem poznał w szkołach jeszcze w ich pierwotnej, alchemicznej postaci, sam zaczął później używać w ramach osobistej stenografii, gdy – człowiek skrajnie oszczędny w pracy i „poukładany” – coś sobie z dziedziny przyrodoznawstwa notował. W pierwszych swych drukach, na przykład w Systema naturae, dawał te symbole w dawnym ujęciu, czyli jeszcze dla oznaczenia metali; z biegiem lat już inaczej, ale jeszcze zmiennie, chwiejnie – to na określenie płci roślin, to dla oddania tego, czy są to rośliny, które wegetują jeden rok czy dwa lata, i dopiero w późnych pracach, w Species plantarum i Mantissa plantarum, użył tarczy Marsa i zwierciadła Wenus wyłącznie jako symboli roślin męskich albo żeńskich.

Cieszę się zawsze, gdy napotykam w botanicznych lekturach ślady dawnego spojrzenia na rośliny, tego odmiennego od współczesnego klasyfikowania ich różnorodności, zwłaszcza „męskości” i „kobiecości”, ślady tego, jak widzieli naturę alchemicy, szamani, zielarki. Wszystkim im przychodziło zresztą stosować zgoła inne rośliny, gdy tę samą przypadłość zwalczali u mężczyzny, inną – gdy leczyli kobietę. Kilka takich roślinnych historii stale do mnie wraca, bo to rośliny z najbliższego sąsiedztwa, z przydomowych kątów.

Urodzony w Węgorzewie polihistor z przełomu XVII i XVIII w., Jerzy Andrzej Helwing, roślinę chmielu, która niesie kwiaty męskie, dla której zanotował pogardliwą nazwę „śmieciuch” (taki chmiel śmieci swymi łatwo osypującymi się kwiatkami męskimi), określił jednak na odwrót, jako „humulus foemina”, chmiel żeński – żeński, bo „słabszy”, o kwiatkach bladych, drobnych, luźno stojących i szybko się osypujących, i w ogóle – byle jakich. Józef Rostafiński, botanik i historyk botaniki pisał o tym w Prowincyonalnych, polskich nazwach roślin XVIII w., z Prus Książęcych głównie z rękopisu Andrzeja Helwinga (1904): „Forma śmieciuch na oznaczenie męskich kwiatów jest prowincjonalizmem zresztą nieznanym; oczywiście śmieciuch jako rzecz niepożyteczna wobec gron żeńskiego chmielu, który się zbiera na słód. Że tu płciowość – po łacinie – oznaczana jest odwrotnie, to jest charakterystyczne dla wieku Helwinga”.

Owocujące konopie

Podobnie jak z chmielem jest z konopiami; tu także kwiaty żeńskie i męskie rodzą się na odrębnych roślinach, i to rośliny żeńskie są wyższe, gęstsze i silniejsze od męskich, ich liście są ciemnozielone i znacznie później niż w przypadku roślin męskich zasychają, płowieją i skręcają się ze starości. Victor Hehn (Kulturpflanzen und Haustiere, 1902) przytacza niemieckie ludowe nazwy dla obu konopi, które są przykładem owego odwrócenia płci – roślina żeńska, mocna i żywotna, to „mäschel” (z łac. „masculus”, męski), a męska, wyraźnie słabsza i mniej dorodna, to „fimmel” (z łac. „femella”, wyrazu w Rzymie bardzo rzadkiego, ale zachowanego we francuszczyźnie i prowansalskim w sensie „kobietki” i „części zawiasu, w którą wchodzi sworzeń”).

Grubodziób, latem wielki amator pestek czereśni, czyli „cornus foemina” starożytnych

Wreszcie dereń, po łacinie od czasów rzymskich – „cornus”. Na jego przykładzie można wyraziście poznać, w jak odmienny sposób, niepowiązany wcale z płcią tak jak ją definiuje wiedza nowożytna, starożytni stosowali określenia „męski” i „żeński”. Rzymianie wyróżniali dereń męski, „cornus mas”, zwany tak zresztą przez botaników po nasze czasy (Cornus mas L.), krzew, który wielu z nas zna dla jego czerwonych, elipsoidalnych, lśniących owoców z bardzo twardą pestką, owoców, z których mamy dereniówkę i dereniak. Ów „cornus mas” był przez Rzymian, ze względu na wyjątkowo twarde drewno przeciwstawiany dereniowi kobiecemu, „cornus foemina”, ale to była, już wedle naszej klasyfikacji świata roślin, roślina zupełnie, ale to zupełnie inna, mianowicie czereśnia lub wiśnia, drzewo o bardzo podobnych owocach, ale drewnie miękkim, mniej trwałym.

JAKUB DOLATOWSKI

Warto również przeczytać...