HOME
Bogdan Tosza

Dobrze, że żył. Na odejście Wiesława Myśliwskiego

 

Dla mnie słowo jest cudem

 

Odszedł Wiesław Myśliwski. W nocy z 29 na 30 marca 2026 roku, z niedzieli na poniedziałek, jakby już nie chciał rozpoczynać nowego tygodnia, Wielkiego Tygodnia. Cichuteńko, we śnie, obok jedynej kobiety swego życia, Wacławy, Waci, czasem zwanej Panią Myśliwską, z którą spędził 77 lat. I obok Grzegorza, jedynego syna, któremu dedykował najważniejszą, nie tylko dla mnie, książkę – Widnokrąg. Cztery dni po 94. urodzinach. Już od kilku miesięcy czuło się, że odchodzi, że samemu sobie powiedział – dosyć… Kiedy zadzwonił w środku ostatniej Sylwestrowej Nocy, obok radości z niespodzianki ogarnął mnie niepokój. Owszem, dzwonił zawsze w ostatnim dniu starego albo w pierwszym dniu nowego roku z życzeniami, jeśli sam nie zdążyłem tego zrobić jako pierwszy, ale nigdy w środku tej wyjątkowej nocy. Przyjaciele, z którymi spędzaliśmy Sylwestra, gdy ustawiłem telefon na „głośnomówiący”, byli wzruszeni mogąc usłyszeć jego niepodrabialny głos, a ja poczułem, że stało się coś niezwykłego, co się już nigdy nie powtórzy. I to zdanie na koniec: „Bądźcie szczęśliwi…”. Nie bał się wysokiego tonu w bezpośrednich relacjach, w dedykacjach książek, ale teraz było to jeszcze bardziej poruszające. Od wielu tygodni zmieniał się jego głos. Głos, bo niemożliwe już było bezpośrednie spotkanie. Ten głos męski, niski, równy, pewny, nigdy niepodniesiony, ale nigdy też nieschodzący do zawierającego podejrzliwość szeptu, ten głos matowiał i może najbardziej ze wszystkiego zapowiadał odchodzenie. Już sześć lat temu mówił w wywiadzie: „Od dłuższego czasu dręczy mnie pytanie, jak będę umierał. O czymkolwiek bym myślał, to pytanie do mnie przychodzi. Ciągle jest we mnie obecne”. Nie wiem, jaki był jego ostatni sen, ostatni obraz, z jakim zamknął oczy. Być może ostatnią książką, którą miał w ręku były Drogi do szczęśliwości, rozmowy dwojga wybitnych krakowskich psychoterapeutów Wandy Szaszkiewicz i Jacka Bomby, które otrzymał z serdeczną dedykacją autorów. Jeden z końcowych dialogów pod tytułem Homo narrativus [Człowiek opowiadający] został zainspirowany rozmową Wojciecha Bonowicza z Wiesławem Myśliwskim dla TVP „Kultura”, ostatniej, jaką nagrał. To w niej padły niczym przesłanie słowa nie do zapomnienia: „Każdy człowiek chce być opowiedziany”.

Kiedy w 2003 roku z okazji odsłonięcia w warszawskim Teatrze Polskim popiersia Kazimierza Dejmka poproszono go o wspomnienie, zaczął tak: „Kim był dla sztuki teatru w Polsce, dla sztuki polskiej w ogóle, wszyscy mniej więcej wiemy. Kim był jako człowiek?”. Teraz po odejściu Wiesława Myśliwskiego zadaję sobie to pytanie na jego temat. Kim był jako pisarz, prozaik i dramaturg, jakie było znaczenie każdej jego wypowiedzi na temat kultury, kultury chłopskiej, na temat literatury, mniej więcej wszyscy wiemy. Ale kim był jako człowiek? Mówiąc o Dejmku, którego znał dobrze, powiedział, że najbardziej wyróżniał go brak egotyzmu, a nawet egocentryzmu, a przecież „to nieodrodne znamię każdego, kto zdecydował się na sztukę jako swój los, i w dużej mierze usprawiedliwione niejako przez samą naturę wysiłku twórczego”. Czy nie to samo można powiedzieć o autorze Nagiego sadu? Nie przepadał za wywiadami, a jeśli już się na nie zgadzał, często poprawiał je tak, aby miały charakter samodzielnej wypowiedzi literackiej. Niechętnie spotykał się z publicznością, starannie wybierał miejsce i prowadzącego. I wcale nie chodziło o tak zwany prestiż, bo zawsze przedkładał Szczebrzeszyn nad wiele stołecznych salonów. Zgiełk medialny, zdarzenia rynku literackiego były mu całkowicie obce i mimo że osiągnął wielki sukces, on sam, jak Dejmek, nigdy nie używał tego słowa. Wolał domowe zacisze i kameralne spotkania niż światła reflektorów i błysk fleszy.

Nasza przyjaźń trwała ponad ćwierć wieku. Zaczęła się po trzeciej próbie generalnej Requiem dla gospodyni, ostatniej jego sztuki, wyreżyserowanej przeze mnie w Teatrze Śląskim w 2001 roku. Znajomość zawiązała się kilka miesięcy wcześniej, kiedy poprosiłem autora o rozmowę na temat dramatu. Spotkanie odbyło się w jego ulubionej wtedy warszawskiej kawiarni „Nowy Świat”, gdzie miał swój stolik pod oknem wychodzącym na Świętokrzyską. Był pełen rezerwy i obaw. Prapremiera w Teatrze Narodowym w reżyserii Kazimierza Dejmka, zaprzyjaźnionego przecież z Wiesławem Myśliwskim, nie wzbudziła entuzjazmu autora. Miał wątpliwości, czy brak powodzenia nie leży po jego stronie. Starałem się je rozwiać, przekonany, że sztuka jest świetna. „Skoro pan tak uważa…”. Na premierę, 17 marca 2001 roku, razem z Wacławą przyjechali dzień wcześniej, żeby zobaczyć próbę generalną. Poza jednym zdaniem nic nie powiedział. „Czy jest tu gdzieś wódka? Bo musimy wypić bruderszaft…”. To była cała recenzja. Przekonałem się potem, że często tak właśnie reagował. Nigdy wprost. Spektakl ze świetną scenografią Jerzego Kaliny i poruszającą muzyką Marka Kuczyńskiego, opartą na religijnym motywie Qui tollis peccata mundi, która nadawała całości metafizyczny wymiar, spotkał się z aplauzem. Przedstawienie znalazło się w finale ministerialnego Konkursu na Wystawienie Sztuki Współczesnej. Po premierze wyraźnie zadowolony autor rozmawiał z aktorami i długo w noc podpisywał podsuwane mu książki.

 

 

Po kilku latach od tamtej realizacji dojrzałem wreszcie do adaptacji mojej ulubionej jego książki, Widnokręgu. Wiedziałem, że zadanie jest karkołomne. Zaproponowałem, żebyśmy zrobili ją razem, ale spotkałem się ze stanowczą odmową: „Musisz to n a p i s a ć sam. Ja już swoją wersję zrobiłem…”. Praca trwała prawie dwa lata. Gdyby nie cierpliwość dyrektora Krzysztofa Babickiego, gdyby nie to, że spektakl miał powstać w Teatrze Osterwy w Lublinie, w mieście tak ważnym dla Wiesława i Wacławy Myśliwskich, pewnie nigdy bym tej adaptacji nie skończył. A w dodatku, jak mi powiedział w jednej z rozmów, jego pierwszym w życiu tekstem, wydrukowanym w lokalnej prasie jeszcze na studiach polonistycznych na KUL-u w 1955 roku, była recenzja z całkowicie zapomnianej dziś sztuki szkockiego dramaturga Ewana MacColla Zatrzymać pociąg, wystawionej właśnie w Osterwie. Pełen obaw o ostateczny rezultat scenicznej wersji szukałem sposobności, aby egzemplarz przekazać do akceptacji autorowi powieści. Pod koniec października 2008 roku zadzwonił telefon: „Wiele razy mówiłeś, że chciałbyś ze mną odbyć spacer śladami Widnokręgu. 1 listopada jedziemy na groby, jeśli chcesz, zostaniemy dzień dłużej i pokażemy ci nasz Sandomierz…”. Propozycja była nie do odrzucenia. Akurat wtedy trafiły się bardzo ciepłe dni zaduszne i chodziliśmy po mieście w samych marynarkach, co Wacia utrwaliła na wielu, przedrukowanych potem fotografiach. Zobaczyłem dom rodzinny Waci, kościół Świętego Jakuba, „ucho igielne”, które później stało się tytułem ostatniej książki, dom Nauczyciela obok katedry. Z góry Starego Miasta patrzyliśmy na Rybitwy, zupełnie zmienioną dziś dzielnicę, w której Wiesław mieszkał w latach szkolnych. Zaglądaliśmy do wielu innych miejsc. Podczas obiadu w restauracji na Rynku z widokiem na renesansowy Ratusz, zadał mi pierwsze pytanie o siostry Ponckie, zapewniając, że nigdy nie miały rzeczywistego pierwowzoru mimo iż wiele osób twierdzi, że dobrze je z młodości pamięta, co niezmiernie go bawiło. Spacery skończyły się o późnym zmierzchu w pokoju gościnnym na sandomierskim zamku, który miasto oddawało swemu honorowemu obywatelowi, ilekroć do niego powracał. Zadał mi wtedy znowu pytanie o Ponckie. „Gdzie odbyła się ostatnia ich rozmowa z dorosłym już Piotrem?”. Odpowiedziałem, ku wielkiemu zadowoleniu Wiesława, że przecież jej nie było, że ona dzieje się tylko w wyobraźni Piotra, który stoi w oknie patrząc na kościół Świętego Jakuba i wyobraża sobie, jakby to spotkanie mogło wyglądać, gdyby do niego doszło. A kiedy to mówiłem, zdałem sobie sprawę, że Wiesław Myśliwski stoi właśnie w tym oknie opisanym w książce. Na koniec tego niezapomnianego dnia, który był chyba ważnym przeżyciem również dla Waci i Wiesława, co napisał mi w kolejnej dedykacji Widnokręgu, z wielkim niepokojem przekazałem mu moją adaptację. Pełny tydzień, całe niekończące się siedem dni czekałem na telefon, żeby usłyszeć, że adaptacja bardzo mu się podoba i że może jest najlepszą ze wszystkich, jakie dotąd według jego prozy powstały. Z takim imprimatur przystąpiłem do prób. Premiera w lubelskim teatrze odbyła się 31 stycznia 2009 roku. Była sukcesem Wiesława Myśliwskiego, moim i moich współpracowników, scenografa Jerzego Kaliny, choreografa Zbigniewa Szymczyka i kompozytora Piotra Salabera, a także całego kilkudziesięcioosobowego zespołu. Uznano ją za jedno z największych wydarzeń w powojennej historii tej sceny. W ogólnopolskiej i miejscowej prasie ukazało się kilkadziesiąt recenzji. I tylko nie byliśmy godni żadnego festiwalu… Autor poza mocnym uściskiem nie wyraził swojej opinii. Z czasem od przyjaciół i znajomych, z wywiadów, których udzielał, dowiadywałem się, że spektakl ocenił wysoko, że nigdy nie zapomni sceny wkroczenia na salę zabandażowanych, zabitych żołnierzy…

Długo po premierze, a zwłaszcza po premierze studenckiej, wypytywał mnie o kolejne spektakle, o oddźwięk widowni, na które sceny publiczność reaguje najbardziej, czy redaktorzy miesięcznika „Kresy”, z którymi był zaprzyjaźniony, już zobaczyli przedstawienie i co mówią.

Nie wiem, czy lubił teatr. O współczesnych produkcjach, jeśli z jakichś powodów zdarzyło mu się je widzieć, mówił jak najgorzej. W jednym z wywiadów powiedział: „Współczesny teatr ma mi niewiele do powiedzenia, częściej mnie irytuje, nudzi mnie”. Ze wszystkiego, co w teatrze w całym życiu zobaczył, na najwyższym stopniu stawiał dawną Historyję o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim Mikołaja z Wilkowiecka w reżyserii Kazimierza Dejmka, swego przyjaciela i jedynego autorytetu w sprawach teatralnych. Kochał kino. Od samego dzieciństwa, kiedy razem z mamą oglądał Serenadę w Dolinie Słońca, Panią Walewską, inne stare obrazy, które wryły mu się w pamięć na zawsze. Uwielbiał Chaplina, ale także Bergmana i Antonioniego. Cenił Drzewo na saboty Ermanna Olmiego i Medeę Larsa von Triera, czym byłem nieco zdziwiony. Żaden z filmów według jego prozy nie wzbudził w nim pełnej akceptacji. Nawet Klucznik Wojciecha Marczewskiego z kreacjami Tadeusza Łomnickiego i Wirgiliusza Grynia, bo uważał, że reżyser niekorzystnie zmienił wymowę istotnej finałowej sceny. Jestem przekonany, że jego książki są znakomitym materiałem dla filmu i tylko trzeba poczekać, aż młode pokolenie zdolnych realizatorów przeczyta je po swojemu.

Lubelska realizacja Widnokręgu zacieśniła nasze kontakty. W częstych rozmowach dowiadywałem się, co z Wacią czytają, co oglądają, film i sport, jak oceniają bieżące wydarzenia w polityce, w społeczeństwie, czym żyją, a z czasem coraz częściej, na co chorują.

Wiesław Myśliwski był namiętnym czytelnikiem. Miał zwyczaj poświęcać dwie ostatnie godziny przed snem na książkę. Czytał przede wszystkim prozę, ale także pisarstwo historyczne. Lekturę tego ostatniego zintensyfikowała kariera naukowa Grzegorza, profesora Uniwersytetu Warszawskiego, który wyrósł pod bokiem Henryka Samsonowicza i specjalizuje się w mediewistyce, a zwłaszcza tym, co dotyczy miast hanzeatyckich. Ojciec chętnie powtarzał, że musi nadążać za synem. Proza współczesna nie budziła specjalnego entuzjazmu Wiesława. Jedyny wyjątek, jaki pamiętam, robił dla Thomasa Bernharda. Mniej więcej dwie dekady temu postanowił, że wróci do dawnych klasycznych lektur. Bodaj jedną z pierwszych była Wojna i pokój Tołstoja, która go zachwyciła. Z prawdziwą rozkoszą przeczytał na nowo Czerwone i czarne Stendhala i przekonywał, że to powieść współczesna. Wrócił do Dostojewskiego, żeby stwierdzić, iż najwybitniejszą jego książką jest Idiota, o którym powiedział, że „to dzieło i o naszym szaleństwie”. Uwielbiał Prousta, ale trudno, żeby było inaczej, łączyło ich przecież pokrewne rozumienie pamięci jako podstawowego budulca literackiego. Mówił niejednokrotnie: „Ja kocham pamięć. Tych ludzi, którzy żyją w mojej pamięci”. I pewnie obaj łatwo by się zgodzili, że jedyny czas, który istnieje naprawdę to czas przeszły. Cenił bardzo literaturę austriacką przełomu XIX i XX wieku, Musila, Brocha. Człowieka bez właściwości nie mógł kiedyś czytać, ale u schyłku życia uznał za arcydzieło. Był przekonany, że do pewnych lektur trzeba dojrzeć, że książki wymagają od czytelnika życiowego doświadczenia. Za największego pisarza uważał Franza Kafkę, a Budowę Chińskiego Muru określał jako „objaw geniuszu”. Z tego kręgu kulturowego, który z nim głęboko dzieliłem, wzięła się zapewne fascynacja osobą i filozofią Ludwiga Wittgensteina. To z niego wyprowadził, jeśli tak można powiedzieć, swoją filozofię literatury. Wielokrotnie cytował Traktat logiczno-filozoficzny, czasami zdawało mi się, że zna go na pamięć, no może z wyjątkiem wzorów matematycznych. Niby nie jest to grube dzieło, ale niech ktoś spróbuje… Takie „słowa-gwoździe”, jakby powiedział Józef Czapski, wypisane z aforyzmów filozofa, były jego wyznaniami wiary, życiowej i twórczej: „Jestem moim światem” i „Cóż mnie obchodzi historia? Mój świat jest pierwszy i jedyny”. W wywiadach często cytowano to ikoniczne zdanie: „Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”, ale Myśliwski uważał, że należy przywoływać wiele innych aforystycznych wypowiedzi austriackiego myśliciela. Czy nie z chęci nawiązania do Traktatu Wittgensteina wziął się przewrotnie tytuł Traktat o łuskaniu fasoli?

Nie musiał składać religijnych deklaracji, żebyśmy wiedzieli, że staje po metafizycznej stronie. Kiedy mówił, że dla niego „słowo jest cudem”, że na początku jest zawsze pierwsze słowo, to przecież używał biblijnego języka. Niechętnie komentował opinie, że jego twórczość to „list pisany do Boga”, ale czuło się, iż to zdanie amerykańskiego krytyka nie stoi w sprzeczności z jego wewnętrznym poczuciem, że je w gruncie rzeczy podziela. Dla niego samego na początku było pierwsze słowo, a zaraz potem zdanie, „ponieważ zdanie jest już wobec słowa ruchem”. I dopóki nie usłyszał, jak wiele razy powtarzał, pierwszego zdania, nie mógł zacząć książki. Byłem zafascynowany tym jego nasłuchiwaniem. Najbardziej wtedy, kiedy dojrzewało, a potem powstawało Ostatnie rozdanie. I kiedy potem, po wielu miesiącach pracy ołówkiem na kartce, raz jeden, przysłał mi pierwszy maszynopis…

 

 

Tak rozwijała się nasza przyjaźń, spotkania w Warszawie, zaproszenia do domu i częste, długie telefony. Ale także inne zaproszenia. Kiedy Uniwersytet Opolski w 2009 roku nadał mu doktorat honoris causa, poprosił, żebym wziął udział w uroczystości. Wzruszało go, że doktorat otrzymał razem z profesorem Henrykiem Samsonowiczem, mentorem syna. To właśnie w Opolu, może najpiękniej, w mowie okolicznościowej wypowiedział swoją wiarę w literaturę: „Koniec literatury mógłby dopiero nastąpić wraz z końcem człowieka, ponieważ potrzeba opowiadania siebie innym jest naszą egzystencjalną potrzebą. Być może nawet dlatego człowiek wynalazł słowo, aby dać ujście swojemu zdziwieniu sobą i światem, nie spodziewając się zapewne, że tym pierwszym słowem odkryje swoje człowieczeństwo”. Po długich „oficjałkach” Jan Goczoł, znany opolski poeta, zaprzyjaźniony z Wiesławem, zaprosił nas na kolację do swojego domu na obrzeżach miasta. Wspaniałą rozmowę, która się tam odbyła, poeta upamiętnił niezwykłym wierszem, pod wielomówiącym tytułem Z Wiesławem Myśliwskim i Bogdanem Toszą nasłuchiwanie niedopowiedzeń i przemilczeń o życiu i umieraniu Starego Ślązaka.

Był człowiekiem starej daty i własnych zasad, staroświeckim na wielu poziomach. Nie miał komputera, niechętnie używał telefonu komórkowego, zostając przy starym stacjonarnym aparacie. Jego warsztat pracy stanowił mały stolik, kartka papieru, ołówek, gumka i wiekowa zastrugaczka z żyletką. Martwił się, kiedy zaczęły znikać z rynku, ale gdy powiedział to raz publicznie, jeden z czytelników usłyszawszy o jego obawach, zaopatrzył go w taką ich liczbę, że starczyło mu do końca długiego życia. Pisał ręcznie, bardzo powoli i z rozmysłem, cierpliwie wygumkowując odrzucone wersje tekstu. Wielokrotnie powtarzał, że nie zostaną po nim żadne rękopisy, a jedynie ostatecznie zaakceptowana końcowa forma. Kiedy już doczekał się własnego domu, pracował zawsze w tym samym miejscu, na poddaszu, „na górce”, jak mówił, przy niedużym stole. I musiał być w dobrym nastroju: „Mam jedną tajemnicę. Potrafię naprawdę pisać, kiedy jestem szczęśliwy”. Potrzebował do tworzenia jeszcze tylko jednego towarzysza, muzyki Franza Schuberta, który od Kamienia na kamieniu był z nim przy każdej książce. Dlaczego właśnie ten kompozytor? Ponieważ „był dojmująco naznaczony piętnem śmierci. Jakby przeczuwał swoją przedwczesną śmierć. A przecież śmierć jest obecna w każdym z nas i to od samego początku. Jej nieuchronność jest tym lejtmotywem rozpaczy, ciągnącym się przez całe nasze życie”. Jak to godził? Potrzeba szczęścia, miłość, w stanie której całe życie żył i nieustanne rozmowy ze śmiercią. Eros i Thanatos mieszały się ciągle. Nieraz wydawało mi się, że jego pisarstwo jest bardzo bliskie poetyce i pejzażowi Jacka Malczewskiego. Umiejąc zaakceptować ten dualizm ludzkiego losu, już mocno posunięty w wieku, szukając formuły na rację swojego istnienia, powiedział: „Dobrze, że żyłem”. Nie bał się słów mocnych i wyrażeń już dawno porzuconych przez stechnokratyzowaną i zeświecczoną epokę. Był świadomie niemodny i z przekonaniem co do swojej racji, że z tą epoką nie będzie się ścigał.

Jego staroświeckość objawiała się również w tym, jak się ubierał. Nosił świetnie dopasowane, szyte na miarę garnitury i starannie wybierane krawaty. Kiedy w 2009 roku przyznano mu tytuł dżentelmena roku, nieco zażenowany, pełen wątpliwości, co to wyróżnienie znaczy i czy mu się należy, oświadczył: „Przy wszystkich wątpliwościach słowo «dżentelmen» przywraca pamięć tego, co zniknęło z naszej obyczajowości, a co było jednak jakąś miarą wartości człowieka”. I dodał, cytując Josifa Brodskiego, że „mężczyznę określa stosunek do kobiet, dzieci i zwierząt”. Czy nie w tej staroświeckości mieściło się również umiłowanie tańca? Umieli i lubili tańczyć, najchętniej stare tanga, do których skłoniła go jeszcze w młodości matka. Razem z Wacią tańczyli od lat studenckich do późnej starości, będąc ozdobą wielu bali i wyróżniając się stylowością i elegancją ruchu. Widzę ich na jednym ze zdjęć, z balu karnawałowego w pałacu Lubomirskich w Sieniawie w 1994 roku. Wacia w srebrzystej, połyskującej sukni, Wiesław z kotylionem, przypiętym do kieszonki eleganckiej marynarki. Lekko pochyleni w walcu, zniewalająco uśmiechnięci… Z tego przecież stanu widocznego szczęścia brały się jego wypowiedzi o kobietach, które uważał za mądrzejsze od mężczyzn, i o miłości, że „jest najwyższym stanem mądrości”. Mówił o tym prosto i przekonująco, językiem nieledwie kapłańskim, gdyby tylko księża umieli tak mówić.

Wolny od wpływów, miał przecież ludzi, którym ufał. W dziedzinie literatury jego bodaj największym autorytetem był Henryk Bereza, który szybko się na nim poznał i drukował go w „Twórczości”. Kiedy wiosną 2005 roku, wiedząc, że chce odejść od dotychczasowego wydawcy, przekonywałem go, żeby przeszedł do Znaku, ostateczny werdykt wydał właśnie Bereza. Myśliwski nigdy tego nie żałował. Do redaktorki nowych książek, Małgorzaty Szczurek, szybko nabrał wielkiego zaufania. Jerzy Illg otoczył go opieką, a z Wojciechem Bonowiczem połączyła go, mimo różnicy wieku, dozgonna przyjaźń. W krótkim czasie Znak stał się jego domem. W dodatku, przy wznowieniu starych książek wprowadzono przyjaciela Wiesława. Znakomity malarz, profesor warszawskiej Akademii, Stanisław Baj, zaproponował świetne obwoluty i okładki – do jednej nawet portret autora – mocne, wyraziste, zwracające od razu uwagę na książkę.

Myśliwski żył osobno, niezależnie, w sposób wolny od partyjnych, stowarzyszeniowych i związkowych nacisków i presji. Nigdzie nie należał, pilnując swojej odrębności, jakby był wierny przesłaniu, które w Widnokręgu Piotr usłyszał od Nauczyciela: „…tego, co ty widzisz, nikt inny nie widzi. Choćby widział dużo więcej”. I choć z pomocą telewizji i prasy śledził rzeczywistość, konsekwentnie stronił od zabierania głosu w sprawach politycznych. Miał lewicowe poglądy, ale objawiały się one głównie w społecznikowskich działaniach, jak wtedy, kiedy popierał ministerialne przedsięwzięcia Dejmka, zwłaszcza w obronie książki. Jak wspominałem, pasjonowała go historia i wyciągał z niej pesymistyczne wnioski. Pod koniec życia, zapytany o marzenia, odpowiedział prosto: „…żeby świat był bezpieczny, żeby zapanowała wzajemna życzliwość, wzajemne zaufanie”. Bronił się przed ideologicznymi deklaracjami, a przymuszony w jednym z ostatnich wywiadów wyznał: „Gdyby ktoś mnie zapytał, czym jest dla mnie Polska, odpowiedziałbym, że językiem i bogactwem ludzkich losów”. W miarę długiego życia stawał się nauczycielem i myślicielem, a jego wypowiedzi uzyskiwały rangę, używając określenia Schopenhauera, aforyzmów o mądrości życia. Był poważny i wiedział, że jest słuchany. Przestrzegał: „Nie wolno się pogodzić z bylejakością słowa, bo byle jakie słowa to byle jaki człowiek, byle jaki świat, byle jaki nawet Bóg”.

Jak w Widnokręgu stary Kaziuń, „co się z gwiazdy wylągł” i miał „przeznaczone iść do nieba”, Wiesław Myśliwski chciał wiedzieć, co jest za widnokręgiem. I teraz już wie…

Kiedyś wyznał: „Bardzo często nadstawiam ucha w stronę umarłych. Słyszę ich bezgłośną mowę w swoim uchu”. Pouczony przez niego, teraz ja nadstawiam ucha i słyszę, jak mówi do nas, do mnie. O wszystkim, o miłości i śmierci, o znaczeniu słowa i opowieści… Za parę miesięcy na pewno usłyszę, jak znowu przypomina Elżbiecie, mojej żonie, przepis na smażenie powideł śliwkowych. Będzie mówił pewnym głosem doświadczonego fachowca, by na koniec przekonać ją, że jeśli zastosuje się do jego sprawdzonych zaleceń, uzyska doskonały efekt i prawdziwy smak.

Kraków, kwiecień 2026

 BOGDAN TOSZA

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek