HOME
Piotr Mitzner

Duch ojca i AI

Na dnie, uporządkowanego, jak mi się zdawało, archiwum domowego odnalazła się teczka z dziwną zawartością. Są w niej wybrane felietony i artykuły mojego ojca z lat 1936-1939 i to nie wycinki, ale teksty już po wojnie przepisane z gazet. Sądząc po zżółknięciu i kruchości papieru, musiało się to dokonać w latach pięćdziesiątych. Może ojciec chciał po prostu wydać swoje przedwojenne artykuły? Ale przecież wiele z nich jest zdecydowanie niecenzuralnych. Krótko mówiąc, jest to książka o trzech zarazach: hitlerowskiej, stalinowskiej i oenerowskiej. Po co się trudził? Nie szukając odpowiedzi na to pytanie, postanowiłem rzecz przygotować do druku. Tymczasem wydobywam jeden felieton lżejszego kalibru, niewątpliwie poświęcony Sztucznej Inteligencji.

Piotr Mitzner

 

 

Jan Szeląg (Zbigniew Mitzner)

7 dni chudych

Pan Dominik wracał do domu bardzo wzburzony. Codzienna partia bilardu i pół czarnej w cukierni Kwiatkowskiego nie dały mu zwykłego zadowolenia i spokoju, potrzebnego do wykonywania zawodu urzędnika państwowego w VIII-ym stopniu służbowym. A wszystko zaczęło się od zwykłego ogłoszenia w „Kurierze Nadwiślańskim”, które brzmiało tak: „Dyrekcja Telefonów zawiadamia P.T. Abonentów, iż poczynając od dnia jutrzejszego wprowadza wzorem zagranicy Biuro Zleceń i Rad, które otrzymuje numer 015. Cennik Biura zostanie P.T. Abonentom rozesłany oddzielnie”.

Ogłoszenie było bardzo lakoniczne i pan Dominik nie zrozumiał go zupełnie. Ponieważ jednak należał do P.T. Abonentów sieci telefonicznej, zapragnął poinformować się o celach i zadaniach Biura Zleceń i Rad.

Zwrócił się więc do siedzącego przy sąsiednim stoliku kolegi biurowego, referenta Klisza i wskazując na tajemnicze ogłoszenie spytał, czy nie wie on, co by miało oznaczać.

Pan Franciszek przeczytał i okazało się, iż wie, w czym rzecz.

– Taka instytucja w Paryżu nosi nazwę S.V.P. – wyjaśnił sumiennie jak w służbowym referacie – to jest s’il vous plaît. Po nakręceniu tych liter na tarczy telefonicznej zgłasza się biuro, które udziela abonentowi wszelkich informacji, a także spełnia wszystkie jego życzenia. Na zapytanie podaje on datę śmierci Napoleona, repertuar kin i teatrów, ważniejsze wydarzenia i depesze, tablicę pierwiastków chemicznych i adresy dobrych fryzjerów. W przeciągu krótkiego czasu na życzenie abonenta zostaje mu dostarczona do domu wykwintna kolacja, albo też zjawia się wytworny, dobrze wychowany pan jako czwarty partner do brydża. Biuro takie bardzo ułatwia życie. Utworzenie u nas takiego biura zbliża nas niewątpliwie do poziomu życia Zachodu, toteż – zakończył referent Klisz sakramentalną formułą służbowego referatu – jego powstanie należy powitać z wielkim zadowoleniem.

Jednak ani w cukierni, ani w drodze do domu pan Dominik nie umiał jakoś przychylić się do wniosków kolegi Franciszka, to jest nie mógł wykrzesać z siebie entuzjazmu z powodu utworzenia w Polsce telefonicznego biura Zleceń i Rad pomimo, iż powstało ono na wzór zagranicy. Wręcz przeciwnie S.V.P. budziło w duszy pana Dominika dziwne niepokoje. Szybko położył się do łóżka, chcąc wyraźnie uniknąć dalszego biegu myśli, które nie wiadomo gdzie mogły go ponieść.

Pan Dominik nie umiałby określić pory dnia, w której się obudził. Wiedział jednak na pewno, że to już nie jest noc. Narzucił szlafrok i wszedł do stołowego. Mały Jaś wisiał na poręczy bujaka i czynił niesamowite ewolucje.

Pan Dominik poczuł się ojcem i głową rodziny, zapytał więc Jasia groźnie:

– Dlaczego nie jesteś w szkole?

Nogi bujaka znajdowały się na wysokości serwantki, a Jaś krzyczał:

– Przecież już nie ma żadnej szkoły!

Pan Dominik poczuł się jeszcze bardziej obywatelem, odpowiedzialnym za wychowanie Jasia jako członka nowego pokolenia.

– Ale uczyć się zawsze trzeba – wyrzekł sentencjonalnie, jakby cytując słowa wieszcza.

Jaś zlazł z bujaka, rozkraczył się i bardzo zdziwił.

– Przecież ja wiem wszystko. Możesz mnie przeegzaminować.

Ojciec zgodził się na tę propozycję.

Po długim namyśle, zbierając resztki swej dawno nieużywanej wiedzy, zapytał:

–  No powiedz mi, w którym roku była bitwa pod Zamą?

Była to jedyna data historyczna, którą pan Dominik w tej chwili mógł wydobyć z odmętu swej pamięci. Data zaś utkwiła mu w myślach dzięki słynnemu sposobowi mnemotechnicznemu.„Zama, o, Zama!” miał krzyknąć Hannibal albo Scypion. Z graficznego podobieństwa Z do 2 łatwo – zapamiętać datę tej batalii.

Jaś nie odpowiedział od razu na pytanie ojca! Podszedł do telefonu, zakręcił numer, powtórzył pytanie i za chwilę, wieszając słuchawkę krzyknął triumfalnie:

 – 202! 202!

Pan Dominik zrozumiał od razu sytuację! Jego niejasne przeczucia wieczorne okazały się słuszne. Dzięki S.V.P. życie zmieniło swe oblicze. Pierwsze, oczywiście, zamknięto szkoły. Wszelkie lekcje, wszelkie domowe zadania straciły rację bytu od chwili gdy uczniowie 1-go oddziału przy pomocy S.V.P. rozwiązywali najtrudniejsze zadania różniczkowe. Pan Dominik ubrał się szybko i wyszedł z domu, by zobaczyć, jak wygląda świat pod władzą S.V.P. Po raz pierwszy od lat chyb trzydziestu opuścił dom, nie przejrzawszy rannych gazet, ale domyślił się, że i gazet już nie ma od chwili, gdy służbę informacyjną objęła S.V.P.

Ulice były puste. Wszystkie sklepy na Marszałkowskiej pozamykane. Na Świętokrzyskiej ani jednej pikiety. W pustych tramwajach, porzuconych na szynach, wróble uwiły sobie gniazda. Tylko jaskółki pozostały wierne swym dawnym obyczajom wysiadywania na drutach. Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem i Bednarską w dół – pan Dominik pędem niemal – biegł do biura, bojąc się, że jest bardzo późno.

Nie wiedział jednak, która jest dokładnie godzina. Dyrekcja S.V.P. przyznała bowiem dawnej Zegarynce (05) prawa totalnej wyłączności i monopol informowania o czasie. Zarządzeniu temu poddały się nawet zegary na Ratuszu i na Zamku. Jeden tylko Hejnał Mariacki, raz na dobę nadawany przez radio, przypomniał dawną epokę, gdy czas można było mierzyć za pomocą kieszonkowych indywidualnych przyrządów.

Ale pośpiech pana Dominika był zbyteczny. Biuro było nieczynne. Wymiar i egzekucję podatków objęło S.V.P. Wyłącznie aparatu opornemu podatnikowi lub obywatelowi, który nieprzychylnie wyrażał się o S.V.P., równało się wyrokowi głodowej śmierci. S.V.P. bowiem zmonopolizowało dostawę żywności. Wszelka kontraktacja zbiorowa była oczywiście niemożliwa, gdyż jedynym pośrednikiem między jednostkami było właśnie S.V.P.

Pan Dominik wrócił na górę Karową, minął gmach „Kuriera Warszawskiego”, który uzyskał przywilej raz dziennie wydania poświęconego wyłącznie nekrologom oraz felietonom Sęka i Aramisa, przeszedł opustoszały zupełnie plac Piłsudskiego i mimo woli Królewską skierował się w stronę Zielonej, gdzie mieściła się siedziba sztabu S.V.P.

Bramy Saskiego Ogrodu obstawione były strażnikami telefonicznymi, a wewnątrz falował olbrzymi tłum.

W biurach S.V.P. doszło do strajku. Była to akcja wyłącznie ekonomiczna. Matematycy, historycy, sekcja lekarzy, kucharze i szoferzy podjęli inicjatywę podwyżki płac. S.V.P. zostało unieruchomione, gdyż tylko sekcja brydżowa wyłamała się z solidarnej akcji.

Kierownictwo S.V.P. wyjaśniało co prawda, iż posiada na składzie przeszło półtora miliona odpowiedzi nagranych na płyty. Według obliczeń biura statycznego liczba ta wyczerpywać miała wszelkie ewentualne kombinacje. Odpowiedzi na płytach, odpowiedzi zmechanizowane bardziej nawet odpowiadały dyrekcji S.V.P. niż ewentualne odchylenia w informacjach żywych specjalistów, płyty jednak nie rozstrzygały spraw Usług i Zamówień, dostawy żywności i regulacji życia abonentów.

A abonentami telefonicznymi byli już wszyscy obywatele – od czasu wstawienia aparatów telefonicznych przymusowo do wszystkich mieszkań.

Nawiasem dodać należy, iż tą drogą S.V.P. doszło do uzyskania monopolu mieszkaniowego i otrzymało wyłączne prawo budowania nowych domów ze względu na konieczność uwzględnienia instalacji telefonicznych.

Strajk pracowników S.V.P. groził więc zagłodzeniem całego miasta, a tym samym buntem przeciwko S.V.P. całej ludności. Sytuacja stawała się poważna.

Pan Dominik wszedł na stopnie Giełdy.

Stąd widział wyraźnie jak tłum pracowników S.V.P. wyłamał kraty Saskiego Ogrodu i parł groźny i milczący w stronę ulicy Zielonej.

Na baszcie Cedergrenu pojawiły się lufy karabinów maszynowych…

*

Dzwonek budzika zadzwonił jak zwykle o wpół do siódmej. Pan Dominik zerwał się i w piżamie pobiegł do telefonu. Stacja nie odzywała się. Kalendarz, wiszący obok aparatu, wskazywał dwudziesty trzeci dzień miesiąca.

– Oczywiście, nie zapłaciłem abonamentu. I nie zapłacę. Należy energicznie przeciwdziałać zamierzonej dyktaturze S.V.P.

„Szpilki” 14 listopada 1937

Podał do druku PIOTR MITZNER

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek