Kraków, 25.11.2025
Drogi Jacku,
Przeczytałem rozmowy Artura Nowaka z Tadeuszem Bartosiem (Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2025). Trudno żebym nie przeczytał, skoro w roku 2007 ukazały się przecież Ścieżki wolności. O teologii, sekularyzacji, demokracji w Kościele, celibacie i… Z Tadeuszem Bartosiem OP rozmawia Krzysztof Bielawski, Kraków, Homini, 2007), a moja znajomość z Tadeuszem (przeszliśmy na „ty” publicznie, na stronie 202 naszej wspólnej książki) najpewniej jakoś właśnie obchodzi przynajmniej dwudzieste urodziny. Trudno też tych dwóch książek nie postawić obok siebie i nie porównywać.
Bartoś, jaki wygląda („wychyna”? jakaż to niesprawiedliwość, że taki piękny czasownik nie posiada form czasu teraźniejszego…) z tych naszych rozmów z 2007 roku jest już – moim zdaniem – transparentnie widoczny (świadomy anakolut czy cokolwiek to jest, funkcja emfatyczna) w całej swojej krasie taki, jakim jest i pozostaje: w swojej dociekliwości, zaczepności i powściągliwym humorze. W tych nowych rozmowach mówi jednak o sprawach dawnych i minionych w sposób, który pobudza moją własną pamięć i który dotyka także mojego losu. Ponadto – nie żeby jakoś specjalnie przykro mi było – uważam za warte uwagi pytanie, dlaczego w rozmowach tych, o tamtych ani słowa nie ma. Ale być może jest ono egoistyczne, wredne i w ogóle moralnie wątpliwe, spróbuję jednak przedstawić, dlaczego je stawiam.
Ostrzegam Cię też z wyprzedzeniem – list ten może zawierać materiały niebezpiecznie osobiste i opinie, które mogą zostać uznane za kontrowersyjne. Zdaję też sobie sprawę, że przynajmniej część tego, co zamierzam tu napisać powinienem adresować bezpośrednio do Tadeusza i że jemu też może być przykro, że tego nie robię, ale obiecuję sobie i Tobie, że do wiadomości mu prześlę, jeśli się na to zgodzisz – w końcu to list do Ciebie.
Wydałem Tadeuszowi Bartosiowi – jako Wydawnictwo Homini – kilka książek, no i do tego te nasze rozmowy. Chcę napisać Ci kilka zdań o niektórych z tych książek i o tym, jakie towarzyszyły im zakonne fata, ponieważ miało to bezpośredni wpływ na moje myślenie, a także o tym, jak pamiętam powstawanie Ścieżek wolności, ponieważ dla mnie było to doświadczenie istotne. O tym, że nie było takie dla Tadeusza, to już wiemy z tej głośnej ciszy. No i dobrze.

Była to dla mnie książka ważna, ponieważ wówczas jeszcze utrzymywałem najróżniejsze kontakty z przedstawicielami instytucji kościelnej, wiele z nich było serdecznych i przyjaznych, a wszystkie podszyte nadzieją na to, że nurt otwarty, antyklerykalny i – jak się wtedy mawiało – „ewangeliczny” (w przeciwieństwie do „klerykalny” lub po prostu „kościelny”) może nie tyle zwycięży, ile będzie mógł „ocalić ludzką twarz kościoła”. Zapisuję tę frazę, ponieważ odgrywa pewną rolę w najnowszych rozmowach Tadeusza Bartosia z Arturem Nowakiem. Była ważna, ponieważ Tadeusz rzeczywiście był pierwszym polskim duchownym, który na forum „Gazety Wyborczej” czy „Tygodnika Powszechnego” pytał o spowiedź dzieci, czy pisał o wyższości sumienia nad prawem powołując się na autorytet Tomasza z Akwinu. Czytał i cytował źródła teologii, a nie tylko burknięcia naburmuszonych purpuratów (zauważ dźwiękową instrumentację w „bur”-„bur”-„pur”). Wszystko to działo się, drogi Jacku i drogie dzieci, za górami, za lasami, dawno temu, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o seksualnych skandalach w kościele, a jeśli to tylko w jakichś odległych i zepsutych światach Irlandczyków czy Amerykanów, którzy przecież nie wydali z siebie wielkiego papieża, kiedy stały jeszcze prosto dobrze wypucowane posągi dziś już więcej niż wątpliwych autorytetów, kiedy Wawel nie został jeszcze zbezczeszczony, a jedynym poważnym krytykiem Jana Pawła II był Staszek Obirek, który zresztą właśnie wtedy wyleciał na zbitą twarz z Jezusowego – nomen omen – Towarzystwa za nazwanie polskiego papieża złotym cielcem. Dziwne to były czasy, zaiste. Najbardziej osobista moja pamięć przypomina mi także, że ten sam rok 2007 przyniósł w tym samym Homini książkę mojego brata Macieja pod tytułem, a jakże, Odejścia, o tych i takich właśnie odejściach traktującą, z jego osobistym włącznie. Swoją drogą bardzo piękna to książka, bo i piękne życie.
Niespodziewanie w poprzednim akapicie uwagę moją przyciągnęła moja własna fraza „ludzka twarz kościoła” czy też „kościół z ludzką twarzą”. Zastanowiły mnie bowiem dwie sprawy: pierwsza, to czy ktoś w ogóle pamięta dzisiaj, że pochodzi ona z tytułu ważnej książki The Church with a Human Face (1985) Edwarda Schillebeeckxa, który był jednym z inicjatorów Soboru Watykańskiego II i jak wielu z nich był później prześladowany przez instytucję, którą chciał zreformować. Drugie, to nie tyle jej paradoksalność, ile absurdalność: ma ona bowiem głosić zaskakującą prawdę, że oto nawet kościół może miewać ludzkie odruchy i że w dodatku odkrycie tego jest jakoś strasznie super. Jest to absurd wielokierunkowy, ponieważ albo kościół powinien być ludzki, to znaczy życzliwy i empatyczny, ale nie jest i dlatego z trudem i cudem odszukujemy tę ludzkość w jakichś jego zakamarkach, albo też nie powinien być ludzki, bo albo jest boski i szukanie w nim ludzkich odruchów jest igraniem z nieznanymi ścieżkami boskich tajemnic, albo jest brutalną korporacją i to w ogóle nie jest temat ani do rozmowy, ani do poszukiwań. Obawiam się, że powszechnie i intuicyjnie myślimy o tym pierwszym. Tylko że jest to odkrycie porównywalne z radością z tego, że jakiś kibol nagle przestał kopać na chodniku staruszkę i tym samym okazał się wyjątkowo ludzki. I cieszymy się. Gaudeamus.
Tak czy inaczej rozmowy z Tadeuszem Bartosiem nagrałem na analogowy dyktafon, chyba głównie w klasztorze dominikanów na warszawskiej starówce. I tak czy inaczej przepisywała te rozmowy z taśm z dyktafonu Eliza Kubiak, pomstując słusznie na czym świat stoi, bo żaden z nas nie miał doświadczenia, które podpowiadałoby, jak gadać, żeby było łatwo przepisać. Mówiliśmy więc, co ślina na język przyniosła, zdaniami wielokrotnie złożonymi, bez przecinków i pauz, z niedomkniętymi wątkami itd. itp.
Mój brat nazywa mnie „superchomikiem”, bo uporczywie przechowuję wszystko, co się da i co z całkowitą pewnością nie jest dla nikogo istotne, nikogo ze mną włącznie. Karteluszki, karteczki, rachunki, notatki, listy, foldery, bez ładu i składu wysypuje się to z półek, teczek, pudełek i komputera. Z góry przepraszam wszystkich, którzy będą to po mnie sprzątać i wynosić. Zwracam jednak uwagę i im, i Tobie, by przywołać w pamięci drżenie serca, jakie być może i Twoim, i czyimś stało się udziałem, kiedy przypadkiem w jakimś zakamarku znalazł się po jakimś stryjku czy dziadku mały karteluszek z przedwojenną listą na zakupy, nie mówiąc już o jakimś wycinku z gazety czy rachunku z kawiarni, która już nie istnieje. Jakkolwiek jest i czy ma to sens czy nie ma – odnajduję w komputerze i notatkach pamięć tego czasu, kiedy Ścieżki wolności powstawały. Nie było to powstawanie łatwe nie tylko z powodu trudności z przepisywaniem i redagowaniem tekstu, które szły fatalnie i mało skutecznie. Z Hominiowych archiwów i mojej pamięci wynika, że myślenie o tym, czym ta książka miała być i co zawierać zmieniało się i te zmiany otarły się o groźbę niebytu. Był moment, kiedy Tadeusz przysłał wersję „grzeczną” naszych rozmów, która z mojej perspektywy była kapitulacją wobec opresyjnego systemu i zdradą wartości. Nie zgodziłem się tego publikować i po jakimś czasie nadeszła jednak wersja słusznie niegrzeczna, w archiwum widnieje moja akceptacja pliku z datą 17 grudnia 2006, wtedy poszedł on do składu i druku. Na pewno dałoby się znaleźć dokumenty z datą odbioru książki z drukarni, ale jestem niemal pewien, że prawie zbiegła się ona z dniem 22 stycznia 2007, kiedy o 20.17 przyszedł mail od Tadeusza z informacją o jego wystąpieniu z zakonu, w ślad za nim wiadomość podała Polska Agencja Prasowa i największe media. Załączony do maila list opatrzony był adnotacją, że ma charakter prywatny i osobiście tak go potraktowałem i traktuję do dzisiaj, natomiast w treści tej publicznej wiadomości znalazło się zdanie, że „szersze wyjaśnienie motywów [odejścia – K.B.] można znaleźć w książce Ścieżki wolności. Tam szczegółowo omawiam kwestie, które popchnęły mnie do odejścia z zakonu i od dotychczasowej formy instytucjonalnego związania się z religią”. Nie wszyscy, o ile mnie pamięć nie myli, uszanowali prośbę o uznanie prywatnego charakteru załączonego do maila „listu do braci”, co uważałem i uważam za nie do pomyślenia. Czytam go dziś z taką samą wrażliwością i przejęciem, co wtedy. Czytam też w tej zachomikowanej archaicznej korespondencji moją na niego odpowiedź, wysłaną nazajutrz, 23 stycznia 2007, o 9.59 rano, i wiem, że dziś odpisałbym tak samo. Może nie będzie jednak pogwałceniem prywatności, jeśli zdradzę, że także w liście Tadeusza Ścieżki wolności się pojawiły jako ważny punkt odniesienia. Wychodzi mi z tego wszystkiego, że książka ta była ważna nie tylko dla mnie. Dziś jednak mogę mówić tylko i wyłącznie za siebie, o tym, że była dla mnie ważna i że stanowi istotny etap mojej drogi i moich poszukiwań, tak samo jak stały się na tej drodze ważne reakcje na nią w kontekście odejścia autora, który na tył okładki zażyczył sobie jednak zdjęcia jeszcze w habicie – nie mógł chyba, o czym pisze w tych najnowszych rozmowach – nie wiedzieć pod koniec grudnia o tym, że kiedy się ona ukaże, będzie już człowiekiem bez habitu. Wspomniane reakcje były ważne, ponieważ były odpaleniem bazooki w ideę ludzkiej twarzy kościoła i zmiotły ją definitywnie z horyzontu moich poszukiwań. To samo zresztą spotkało mojego Brata. Trochę brakuje mi w tych nowych rozmowach Bartosia jakiegoś odniesienia do tamtych wydarzeń i do tej naszej wspólnej książki, i do tego, co do niej doprowadziło, i dlaczego stała się taka ważna dla – jak domniemuję, może byt śmiało – dla obydwu nas. No ale przecież każdy z nas ma swoją drogę i swoją pamięć. Wiadomość od Tadeusza o odejściu była dla mnie wielkim zaskoczeniem i długo zastanawiałem się, czy powinna być aż tak dużym, skoro byłem wydawcą i współautorem książki, która miała zawierać wyjaśnienie decyzji najsłynniejszego wówczas dominikanina w Polsce. Były też inne trudności – pozyskałem dla tego wydawnictwa współwydawcę, który był tak instytucjonalnie kościelny, jak to tylko możliwe i oczywiście uległ powszechnemu wzburzeniu, domagał się wycofywania nakładu i najpewniej spotkały go nie byle jakie przykrości. Wszystko to razem układa się w historię niezwykłą, w której odbijają się ludzkie losy, ale także problemy i poszukiwania o zasięgu znacznie te losy przekraczającym.
Wybacz, że z taką nostalgią zajmuję Ci czas i piszę o książkach tak bardzo odległych więcej niż o tych najnowszych. Odważam się na to także dlatego, że kontekst taki pozwala spojrzeć też przez chwilę na własne myśli i działania i może również wychynąć na moment za winkiel literatury, za którym się zwykle bezpiecznie ukrywamy.
W mojej osobistej drodze wątek dominikański był znacznie bardziej rozległy i chcę tu o nim wspomnieć tylko dlatego, że dopiero upływ czasu daje perspektywę, która pozwala widzieć proces, a nie tylko oderwane od siebie etapy. Przyjaciół i znajomych miałem wśród dominikanów wielu i wyjątkowych. Tak się złożyło, że wszyscy prędzej lub później stali się byłymi dominikanami (no dobrze: jeden zmarł, trudno powiedzieć, czy w takim wypadku też stał się byłym dominikaninem, czy też nadal nim pozostaje). W kolegium dominikanów uczyłem języków klasycznych przez jedenaście lat i wspominam Ci o tym przy okazji dyskusji o książkowych losach dlatego, że z losów tych nie sposób wyplątać mojego doświadczenia. Różnym odejściom albo przyglądałem się z daleka lub z bliska, albo w jakiejś mierze w nich uczestniczyłem, a wszystkie bardzo mnie przejmowały, ponieważ były to decyzje zawsze w jakimś stopniu dramatyczne. Mutatis mutandis ja też miałem swoje odejście od dominikanów, chociaż dominikaninem nie byłem. W kolegium zatrudnił mnie mój przyjaciel (objąłem kursy łacińskie, wystaw sobie, po pewnym profesorze naszego Instytutu), który kilka lat później oczywiście wystąpił z zakonu (przyjaciel, nie profesor) – a ja tam zostałem. Lata biegły, wyznaczane rytmem kolejnych mniej lub bardziej głośnych odejść z silnym akcentem na Tadeuszu, zmieniali się rektorzy, prowincjałowie i sekretarze studium, aż nadszedł rok 2010, kiedy miarka się najwidoczniej przebrała i instytucja straciła do mnie cierpliwość, co okazała w właściwy sobie, groteskowy sposób. Nie mogę nie wspomnieć, że kiedy poprosiłem ówczesnego rektora studium o spotkanie w sprawie doznanych despektów, umówił się ze mną w pubie przy Stolarskiej, przyszedł w kapeluszu incognito i wyznał, że mi nie pomoże, bo właśnie… występuje z zakonu. Gdyby to była wiadomość na whatsappie a nie poważny list do Przyjaciela, pojawiłaby tu się emotikonka z buźką kulającą się ze śmiechu, potrojona. Jest to jednak smakowita konkluzja. Korespondencję z tego czasu z wszelkimi możliwymi szczeblami zakonnej instytucji przechowuję, jak to chomik, i muszę przyznać, że kiedy czytam najnowsze rozmowy z Tadeuszem Bartosiem rozpoznaję w tej korespondencji nie bardzo dalekie i niepokojące echo postaw przez Tadeusza opisanych. Przez kilka lat nauczanie języków klasycznych u dominikanów było jedyną i ostatnią nicią łączącą mnie z jakąkolwiek postacią kościelnej instytucji. Nie musiałem jej przecinać, bo sama pękła. Nie wiem tylko do dzisiaj, czy dlatego że była nieodwołalnie zmurszała, czy dlatego, że po drugiej stronie siedziała małpa z brzytwą. Albo z bazooką. Stado małp.
No i popatrz tylko, do jakich wspomnień i jakich wyznań może skłonić niewinna książka i możliwość bezkarnego pisania do cierpliwego Przyjaciela.
No, ale o czym właściwie jest ta książka, którą to przeczytałem, o czym poinformowałem Cię jakieś pięć stron wyżej? Jest najpierw mówioną autobiografią, co dla tych, którzy od tych ponad dwudziestu lat czytają książki i śledzą publicystykę Tadeusza Bartosia jest gratką nie lada. Odsłania wiele – od muzyki po bliskie relacje. Dalej jest denuncjacją zakonnej kuchni, relacji i mechanizmów zależności i władzy, bez wątpienia subiektywną – a jaka niby miałaby być? – i bez wątpienia nadal podszytą traumą oswajaną apotropaicznym śmiechem. Jest wreszcie krokiem dalej za Ścieżki wolności w kierunku krytyki już nie tylko opresyjności i hipokryzji kościelnych młynów, ale chrześcijaństwa i religii w ogóle. Odważę się powiedzieć, że to nie jest krytyka chrześcijaństwa, ale jego oskarżenie. Tak, to jest część druga tych pierwszych rozmów sprzed dwudziestu lat. I wydaje mi się, że jest w tych książkach ciągłość myślenia, a nie bez znaczenia jest to, że między pierwszą a drugą rozpościera się rozległa przestrzeń opowieści o polowaniach na Bartosia – strzelano do niego z każdego okopu po każdej stronie.
Jest skecz polskiego stand-upera, kościelny zresztą, który kończy się konkluzją: „Nie mówię, że jest dobrze, ale czy nie jest lepiej?”. Można zapytać tak w odniesieniu do tej wspólnej książki Bartosia i Nowaka po przeczytaniu recenzji dominikanina z „Gazety Wyborczej”, Tomasza Dostatniego, który boskim cudem nie bluzga, tylko na swój kościelny sposób dziękuje i deklaruje przyjaźń i sympatię. Proponuje on dominikanom przeglądnąć się w narracji Bartosia jak w lustrze. Nie mówię, że już wszystko dobrze, ale czy nie jest lepiej? W najnowszej książce Tadeusz wspomina – szczęśliwie nominatim – uwagi recenzentów jego decyzji o tym, że przecież nawet Judasz nie biegał po gazetach udzielać wywiadów. Subtelne, prawda? Jak wyszły mojego brata Odejścia, to słyszeliśmy anonimowe zachwyty i pragnienie, żeby była to książka obowiązkowa dla wszystkich adeptów seminariów duchownych, co jednak wówczas brzmiało jak czarny żart, a dziś już chyba nie za wielu jest tych adeptów.

Wrócę jeszcze na chwilę do Ścieżek wolności i roku 2007. Rok wcześniej, w 2006, w Homini ukazała się Tadziowa książka Metafizyczny pejzaż. Świat według Tomasza z Akwinu. Mógłbym tu zacząć nowy list do Ciebie i napisać, że „przeczytałem książkę Tadeusza Bartosia Metafizyczny… itd.”, ponieważ zaiste przeczytałem ją i wtedy, kiedy się ukazywała, i teraz, ledwie kilka godzin temu, ponownie. Nie pamiętam dobrze swoich wrażeń z tej pierwszej lektury, zapewne chciwie łowiłem w niej wątki znane mi dobrze z publicystyki Tadeusza, na przykład o wyższości sumienia nad prawem, za to dziś mogę odnotować przeżycie wielkiej przyjemności obcowania z myślą jasną, klarowną i porządkującą doświadczenie i język. Jest w niej niezwyczajna lekkość i polot, a słowem, które wszystkie te powyższe cechy spina jest prostota w tym swoim wydaniu, które cechuje myśl i łacinę Tomasza z Akwinu. Mam na półce całą Summę, do której coraz rzadziej zaglądam – a po lekturze Pejzażu zaczynam tego rozrzedzania zaglądania żałować, a może nawet postanowię jakoś mu zaradzić. Pamiętam, że kiedy na studiach filologicznych składnie Liwiusza lub Cycerona doprowadzały mnie do rozpaczy, zwątpienia we własne siły i zdolności, otwierałem Tomasza i czytałem kilka lub kilkanaście stron odzyskując wiarę w to, że czytanie po łacinie może być przyjemnością. Nie żebym z zawiłości teologicznych i terminologicznych wiele rozumiał i wiele pamiętał, ale wiem, że krótkie, gęste i zwięzłe frazy ze składnią o prostocie cepa przynosiły ulgę i przywracały sens – nie treścią, ale formą.
Połowa Metafizycznego pejzażu to łacińskie cytaty z Tomasza – niekiedy wplecione w tekst i z niezwyczajną lekkością przekładane i objaśniane, a niekiedy w postaci opasłych i ciężkich przypisów, w których można dać się po tej łacinie prowadzić Tadeuszowi za rękę. Kto z nas nie zna tych ciętych fraz: adaequatio rei et intellectus jako definicja prawdy; conscientia erronea ligat – powód wystąpień wówczas jeszcze ojca Tadeusza przeciwko kościelnym przepisom; homo non est perfecte beatus, quandiu restat sibi aliquid desiderandum et quaerendum pozostające – moim zdaniem – w bezpośrednim związku z równie słynnym pierwszym zdaniem Metafizyki Arystotelesa: Πάντες ἄνθρωποι τοῦ εἰδέναιὀρέγονται φύσει; intellectus sit quemadmodum omnia oraz quidquid recipitur per modum recipientis recipitur – obydwa straszliwie kantowskie, nieprawdaż?; omnia appetunt suam perfectionem pięknie przez Tadeusza oddane jako „wszystko ciąży ku swojej pełni”, czy wreszcie słynne malum nihil aliud sit quam privatio debitae perfectionis jako definicja zła, które jest brakiem dobra. I tak na każdej niemal stronie.
Popatrz tylko, jak rzadkiej i perwersyjnej rozkoszy się poddajemy: pisać w liście po łacinie czy grecku bez lęku, że odbiorca jej nie zrozumie! Pisać bez tego wstydliwego poczucia, że należymy do resztek jakiejś zadżumionej enklawy wariatów starszych niż dinozaury, bez tych spojrzeń, w których pobłyskuje mrugnięcie o nieusuwalnej nieprzydatności, ewentualnie mglisty plan wypchania pakułami i postawienia na szafie.
Wracając do Pejzażu: filologiczno-filozoficzne rozważania nad pojęciami czasu u Tomasza z Akwinu, czy oglądanie różnic między pulchrum i pulchritudo z językowego i filozoficznego punktu widzenia w perspektywie różnic między τὸκαλόν i τὸ κάλλος czy wreszcie definicja miłości jako ruchu. Eh, na każdej stronie tej książki znajduję jakiś powód do radości i namysłu czy radości przez namysł. W epilogu Tadeusz popada nieco w niewłaściwy sobie patos, nadal jednak zachowując umiarkowanie i swoisty dystans. Jest to epilog o znaczeniu pamięci, pamięci w ogóle i w szczególe, o autorytetach i o tym, że łatwo i szybko stają się one czy oni swoimi największymi wrogami i z tego powodu trzeba uczyć się odczytywać przesłanie u źródła ciągle od nowa i że jest to zadanie konieczne dlatego, że ta właśnie pamięć i ta właśnie przeszłość stanowią część istotną naszej tożsamości. To epilog o początkach Europy, jaką znamy, Europy uniwersytetów, cechów, stowarzyszeń i demokracji – także w zakonach, co Tadeusz uważnie odnotowuje. Wspomina o prawdzie, która „wyzwala i inspiruje, a nie knebluje usta i serce”. I te zdania przyciągają uwagę. Z jednej strony wyjaśniają cierpliwemu czytelnikowi, o ile dotarł z lekturą do epilogu – wiesz, do kogo piję – skąd w refleksji nad ikoną tradycjonalizmu i konserwatyzmu teologicznego tyle świeżości i tyle komentarza do najbardziej nowoczesnych dylematów filozoficznych i religijnych. Jak już zamkniesz książkę, by obejrzeć raz jeszcze okładkę ze wszystkich stron, zwraca też uwagę, że autor nie ma przy nazwisku zakonnego akronimu dominikanów, Tomasz z Akwinu nie jest „święty”, a zdjęcie na okładce nie pozwala dostrzec habitu lub jego braku. Powody były zapewne prozaiczne i wiązały się z tym, że książka ta planowana była jako habilitacyjna. A jednak perspektywa czasu pozwala sądzić, że wyrażała z jednej strony zainteresowania i rozczarowania Autora, a z drugiej mogła być już elementem strategii odchodzenia, o której mowa jest w najnowszych rozmowach. Z książką tą mam związane jeszcze jedno wspomnienie.
I jeszcze jedno, najsmakowitsze powiązanie książki o Tomaszu z jednymi i drugimi rozmowami. Na stronie 75. Metafizycznego pejzażu, w środku łamu znajdują się niespodziewane, niezrozumiałe i w żaden sposób niewyjaśnione trzy kropki w nawiasie – tak ostatecznie zdecydowaliśmy się zaznaczyć ingerencję kościelnej, zakonnej cenzury. Walki – zewnętrzne i wewnętrzne Tadeusza – o wolność nauki i wolność myśli trwały dość długo i w habilitacji o Tomaszu z Akwinu kościelny cenzor znalazł zdanie, którego posłuszny zakonnik nie miał prawa ani pomyśleć, ani napisać. Obiecuję Ci odnaleźć w zachomikowanych szpargałach wersję książki przed cenzurą i obiecuje Ci je przesłać w następnym liście – poszukiwanie takie wymaga czasu i cierpliwości. Wiem jednak, że zdanie to nie zawierało żadnej wywrotowej myśli, a wymóg jego wycięcia był po prostu szykaną i sposobem upokorzenia autora, a przede wszystkim pokazania mu miejsca w szeregu. Jak to cudownie, że masz cierpliwość otrzymywać i czytać te moje listy – dzięki temu na przykład taka oto malutka tajemniczka zmagań z całkiem świeżą i całkiem żywotną jeszcze inkwizycją ujrzy światło dzienne i nie zginie.
Dziękuję za Twoje teoretycznoliterackie rozmyślania. Poruszają mnie ich osobistość i prywatność, wobec których odczuwam bojaźń i drżenie i które jawią mi się jako mysterium tremendum i fascinosum równocześnie.

Czy sztuka listu rzeczywiście zamiera, jak prorokowała już niemal 90 lat temu Stefania Skwarczyńska w swojej Teorii listu, widząc dla niej zagrożenie w telegramie i telefonie? Czy proroctwo to nie spełniło się w całej rozciągłości w potopie nowych mediów, SMSów, Telegramów, Signali i Whatsappów, jak notuje Anita Całek w Nowej teorii listu? Do obydwu tych wspaniałych książek jeszcze wrócę, teraz jedynie opowiadając, że w moim przypadku sztuka epistolarna chyba nie całkiem zamiera – nie tylko dzięki przywilejowi pisania do Ciebie, bo przecież nie uprawiamy jakieś nekrofilnej rozrywki – ale też dlatego, że nowe media w moim przypadku zintensyfikowały i zdyscyplinowały sztukę epistolarną przenosząc ją jedynie z papieru na inny nośnik, jak to jest także w przypadku tej naszej korespondencji. Dokonałem stosownych obliczeń i wychodzi mi, że w samym październiku tego roku napisałem i wysłałem 182 listy pocztą elektroniczną email. W mojej niesłużbowej skrzynce mailowej w googlach najstarszy zachowany przez system list datowany jest na dzień 23 lutego 2009 (jest to korespondencja z Ambasadą Grecji w sprawie nauczania przedmiotów nazywanych tam helleńskimi – jak zawsze wszelkie moje starania, kontakty i inicjatywy spotkały się z życzliwym politowaniem i obsunęły w niebyt i umocniły moją samotność). Ta sama skrzynka, która chyba stopniowo, w miarę upływu czasu, likwiduje najstarsze wiadomości, odnotowuje, że od tego 23 lutego 2009 do dzisiaj wysłałem 10.002 wiadomości / listy / maile, co daje średnio 625 listów rocznie, czyli 52 miesięcznie. Oczywiście, są tam krótkie wiadomości potwierdzające odbiór jakiegoś załącznika, swoiste mailowe SMSy z jednym słowem, listy wysłane przez pomyłkę dwa razy lub przeprosiny z powodu niedołączenia jakiegoś załącznika etc. Jest ich jednak zdecydowana mniejszość. W pozostałych przypadkach – niezależnie od adresata – respektuję podstawowe wymogi genologiczne sztuki epistolarnej, z klauzulą otwarcia i zamknięcia, używam post scriptum i różnych polskich czy angielskich wersji rzymskiej formuły STVBEEG. Wychodzi z tego wszystkiego, że zdecydowanie przez całe moje życie, niezależnie od inwazji nowych mediów piszę co najmniej jeden list dziennie. To nie jest najgorszy rachunek jak na sztukę konającą od stulecia.
Książka Stefanii Skwarczyńskiej jest wybitnym dziełem literatury pięknej. Jest listem na temat listu napisanym tak, że podczas lektury odnoszę wrażenie, jakbym był jedynym i intymnym adresatem tych – jak by nie było – naukowych rozmyślań, zbudowanych na niepohamowanym zdziwieniu nad całkowitym brakiem teorii listu w badaniach humanistycznych.
Anita Całek – wraz ze swym mężem Szczepanem – była studentką polonistyki gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy uczyłem tam łaciny i należeli oni do jednej z kilku grup, z jakimi miałem zajęcia. Był to rocznik wyjątkowy w moim osobistym odbiorze i pamięci, ale przyniósł też nauce, kulturze i życiu niejedną wyjątkową osobowość. Książka Anity Całek zaskakuje mnie na wielu poziomach: jest monumentalna i dopięta na ostatni guzik. Sól ziemi (sic!), czyli przypisy to rozkosz sama w sobie, pełne, soczyste, w starym stylu – żadne harwardzkie skrótowce – można by je wyekstrahować i wydać jako osobną książkę, która sytuowałby się gdzieś między powieścią grozy a Biblią. Autorka, napisawszy 400 stron monografii o liście, nie pozostawia złudzeń co do luk, jakie trzeba w badaniach – przynajmniej polskich – pilnie zapełnić (należy do nich historia listu od starożytności i dążenie do kompletnej i systematycznej edycji kolekcji listów od czasów dawnych do dzisiaj). Myślę, że obydwaj nie tylko tych luk nie zapełnimy, ale niestety zdecydowanie zwiększamy ich rozmiary. Zwraca też moją uwagę naukowy takt – monografia Skwarczyńskiej jest niemniejsza i nie mniej monumentalna. Anita Całek nie próbuje tego niezaprzeczalnego autorytetu (o tym, jak się słusznie spodziewasz, później) detronizować – co jest zresztą moim zdaniem całkowicie niemożliwe – ale sytuuje swoje monumentalne poszukiwania jako apendyks, uzupełnienie i przedłużenie badań, których zastąpić się po prostu nie da. Monografia Skwarczyńskiej została w 2006 roku przedrukowana (inna rzecz, że edycja ta jest tak samo niedostępna jak ta z 1937 roku) i wielkie szczęście, że znalazła swoje dopełnienie w tak skończonej postaci.
Anita wylicza różne zbiory listów artystycznych, literackich, kończąc na Vargasa Llosy Listach do młodego pisarza, za co jestem jej wdzięczny, bo nie o wszystkich wiedziałem. Brakuje mi tam natomiast dwóch książek z tej kategorii, ważnych dla mnie: Listów starego diabła do młodego C. S. Lewisa (chwilami myślę, że moje pisanie do Ciebie jest tu zuchwałą kontynuacją) oraz Listów do sławnych postaci Albino Lucianiego, późniejszego papieża Jana Pawła I – jego list do Pinokia jest w moim przekonaniu arcydziełem.
No więc tremendum i facinosum Twoich rozważań. Skwarczyńska w Teorii listu napisała: „Punktem wyjścia dla badań będzie już nie, jak w dziełach o charakterze czysto literackim, zawartość tekstu, lecz tekst w zespoleniu z pewnym fragmentem życia, z którego wypływa i który ukształca swoją skutecznością. Oczywiście tak zarysowany przedmiot badania nie może się ograniczyć do metod literackich, lecz wymagać będzie także metod badających życie” (zdanie przywołuje też Anita Całek). Badanie literackie wymaga „metod badających życie”. Tak właśnie – odnoszę wrażenie, że w tych listach o literaturze dokonuje się jakieś badanie życia jako takiego, co niekiedy dotyczy bezpiecznego oglądu zewnętrznej ogólności, a niekiedy bywa dotknięciem intymnego nerwu, stając się bramą do tremendum i fascinosum. Skwarczyńska wylicza wszystko to, co pojawia się w naszej wymianie myśli: biografia, duchowa atmosfera, prawda psychologiczna, a pośród dziedzin badawczych wylicza psychologię, psychologię tworzenia i charakterologię. Widać z tego, że wybraliśmy się w podróż tyleż zajmującą, co niebezpieczną. Osobiście w Twoim towarzystwie jestem gotów z tym niebezpieczeństwem się zmierzyć.
Wybacz, że zdawkowo tym razem odpowiem na Twoje odpowiedzi – zmusza do tego objętość tego, co wylało się ze mnie powyżej i niepokój o to, czy w ogóle do tego miejsca doczytasz.
Dziękuję za wspaniałą opowieść o Liwiuszu Androniku, rzymskiej metryce i bezpowrotnym zaprzepaszczeniu szansy na kulturową odrębność i tożsamość. Teoria rzymskiego imperializmu jako wyniku zarzucenia określonego metrum jest brawurowa, fantastyczna i odnotowuje tutaj zdecydowaną prośbę o jej przekształcenie w większy artykuł, raczej pilnie. Bardzo proszę.
O „duchu i melodii” czegokolwiek wolę się nie wypowiadać, przekłady – jak by nie były doskonałe – są dla mnie raczej jedynie powodem wątpiącego sprawdzania, jak to rzeczywiście jest po grecku („ufaj, ale sprawdzaj”?). Wittlin w jednych miejscach zdecydowanie zwycięża albo przynajmniej skutecznie usypia wątpienie, w innych dramatycznie przegrywa porwany jego własnym – bynajmniej nie Homerowym – duchem i melodią. Cieszę się jednak, że stworzyłem Ci okazję do eksplozji Wittlinowego wulkanu, który w Tobie dymi i pomrukuje, czy śpisz, czy siedzisz. Są one zawsze – te eksplozje – wspaniałe.
Eh, zaiste nie mam pojęcia, czy naprawdę Ty i ja do czego innego potrzebujemy literatury, ale myślę, że za wcześnie na takie sądy. Ciasno wiąże się to w mojej głowie z problemem interesowności, do którego powracasz w swojej odpowiedzi. I również mam poczucie, że nie potrafię jeszcze tego tematu podjąć i wyjaśnić, co mi w Twoim podejściu przeszkadza, być może okaże się, że nic, tylko trzeba wszystko na nowo przemyśleć. Pozwól więc, że uchylę się tym razem od skomentowania Twojej estetycznej bezinteresowności.
Z Twoim wyjaśnieniem zalet argumentacji z autorytetu naprawdę trudno się nie zgodzić. Mój osobisty problem polega chyba na tym, że po pierwsze zawsze czułem się delikwentem raczej niekoniecznie dojrzałym do samodzielnego osądu i uznania kogoś za definitywny autorytet, po drugie zwykle łatwo znajdowałem osądy tym autorytetom przeciwne (bez właściwego naszym czasom ich dewastowania), a po trzecie mam za sobą kategorycznie błędne rozpoznania autorytetu i pech chciał, że były one zawsze związane z takim nieszczęśliwym okresem, w którym właśnie zdarzyło mi się sądzić, że jestem delikwentem dojrzałym do samodzielnego osądu. W moim uporczywym dopytywaniu się o Chaucera chodziło chyba o to, co ta lektura znaczyła dla Ciebie i tylko Ciebie, tak jakby nikt – zwłaszcza jakiś autorytet – nigdy o tym nie pisnął słowa.
Z przerażeniem widzę, że 1) napisałem Ci chyba z jedenaście stron oraz 2) w zasadzie nic o Grecji. No i nie wiem, czy wybaczysz. Uprzedzałem jednak, że czytam co się nawinie. Wybacz.
I dziękuję Ci za każde słowo.
K.
Kraków, 29.11.2025
Drogi Krzysztofie,
Jak dobrze znów zasiąść do listu do Ciebie. Pisanie to działa jak środek uśmierzający ból…
Ustalmy to już teraz: wybaczam Ci list obecny, tj. ostatni i każdy kolejny także… Nie mam wątpliwości, że jakkolwiek nam się te nici nie poplączą w epistolograficznym labiryncie, to i tak samo kluczenie okaże się warte tego całego zachodu! Nawet jeśli wyjścia nie znajdziemy. Zresztą – jak zobaczysz – moja odpowiedź będzie też zwariowana (w tym sensie, że nie po kolei i nie wiem w ogóle, na ile na temat, bo ja – o Rzymie. Ale za to na pewno: nie na tyle stron!
Do głównego wątku Twego listu postaram zbliżyć się w trzech podejściach, wedle zasady ab ignoto ad notum:
O zaciąganiu się i odejściach. Jak wiesz, moja młodość nie była specjalnie ekscytująca. Innymi słowy: gdybym chciał pisać autobiografię, to musiałbym się sporo nagłowić, by nie wyczerpać tematu na pierwszej stronie. Nawet w mojej głowie ciekawiej zaczyna się dziać w momencie przeprowadzki do Krakowa, na studia, które podjąłem w roku 2001. Ale i wtedy był to rozwój raczej powolny i mało spektakularny. Jeśli okres adulescentiae uznać za prolog opowieści o człowieku, to mój był sążnistych rozmiarów i traktował głównie o – właściwym mojemu pokoleniu – zachłyśnięciu się zachodnią kulturą i popkulturą (rap, koszykówka i filmy akcji). Taką książkę o sobie, ku zdumieniu i może nawet zniesmaczeniu tych, którzy mnie znają dorosłego, zatytułować bym musiał American Boy). Ale do rzeczy: posługa. (Bo tak, zdaje się, powinienem to nazwać). Moja wiedza na ten temat jest żadna. Księża, ojcowie i bracia (tudzież matki i siostry) są mi grupą społeczną najzupełniej obcą. Na tyle obcą, że nie mam do tego środowiska żadnego stosunku. Nie tylko że nie miałem sam nigdy ciągot w tym kierunku (moje kontakty z kościołem zanikły w sposób zupełnie bezemocjonalny, gdy miałem -naście lat), ale nie mam też wśród rodziny, bliskich czy przyjaciół, a nawet chyba znajomych osób „powołanych” (choć oczywiście są tam na różne sposoby wierzący i praktykujący). Owszem, przyjaźniłem się w dawnych latach z pewnym Arturem, który został księdzem, ale równolegle wierzył też w UFO i wypatrywał co wieczór „ich” przylotu (mówię prawdę); zmarł młodo – na guza mózgu.
Wszystko to jednak nie znaczy, że mnie ten temat nie interesuje – przeciwnie: łapczywie czytam Twoje wspomnienia, bo jest to coś w rodzaju „wyznania skruszonego mafiosa” czy „były agent CIA zdradza sekrety”, i bardzo Cię proszę o więcej! Im więcej szczegółów – tym lepiej!
O krytyce chrześcijaństwa i kościoła. Jak pewnie każdy nawracający się na racjonalizm młodzieniec miałem etap krytyki religii, w której wyrosłem i instytucji, która tę religię próbowała nieskutecznie we mnie zaszczepić. Ale – co niewątpliwie wiąże się z poprzednim punktem – nie trwało to długo i nie miało temperatury wysokiej. Jako jeden z tych, którzy wiarę bez większych trudności zastępują wiedzą, w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że osobie niewierzącej krytykować religię i kościół jest aż nazbyt łatwo. Myślę, że zachodzi tu ten sam casus co od pewnego momentu wśród chrześcijan wobec pogan: po prostu zaczęli ich dzieła (te „nieprawomyślne” i niemożliwe do schrystianizowania) ignorować. Walki toczyli między sobą chrześcijanie różnych rytów; paliło się przecież heretyków, a nie pogan – tych zostawili wyznawcy Chrystusa w spokoju, by dożywali swych żywotów gdzieś za siedmioma górami i siedmioma lasami, ważne – oby tylko z dala od centrów kultury. („Pogaństwo” nie skończyło się przecież wraz z Konstantynem czy Teodozjuszem, ale, owszem, skończyło się wtedy dla głównego nurtu…).
Stąd jak łatwo się domyślić, nie jestem też w temacie sporów doktrynalnych czy dyskusji o tym, czy i jak reformować Kościół, ani nawet nie wiem, jak idzie tej instytucji rozliczanie skandali. Ale – jak wyżej – każdą taką informację o Ciebie przyjmę z wielkim zaciekawieniem… Może to będzie nawet tym ciekawsze: dwie perspektywy zupełnie odmienne na niewątpliwie ważne zjawisko, jakim są ponad wszelką wątpliwość historia Kościoła i chrześcijaństwo w dziejach Zachodu. Mogę Ci zagwarantować jedno w tym temacie: chłód kosmicznego dystansu.
O językach klasycznych. Masz rację – ich znajomość, jak mało co, wzmacnia poczucie wspólnoty. Powiem nawet więcej: dziś nie chodzi już tylko o porozumiewanie się wspólnym kodem, jak dawniej. Równie istotna jest świadomość braków w tym zakresie – i to zarówno u tych, którzy znają języki klasyczne jedynie na poziomie sentencjonalnym, jak i u tych, którzy nie znają łaciny i greki wcale. Zauważyłem, że czuję szczególną więź z osobami, które mają tę świadomość i odczuwają głód wiedzy, pragną ją zdobywać, zabiegają o nią. To jest obiecujące! Nie tylko w sensie tym, że nie stracimy może pracy. Ale też dlatego, że właśnie w tym pragnieniu i w tym wysiłku rodzi się jakaś nowa wspólnota – może nawet głębsza niż ta, którą daje sama biegłość językowa…
Superchomiku-Archiwisto! Wiem doskonale, co masz na myśli, choć sam kimś takim nie jestem. Pamiętam, co o gubieniu się w stosach makulatury mówi Paweł Kądziela, jeden z największych edytorów naszych czasów, przez całe chyba życie zawodowe związany z „Więzią”. Albo jak o pracy nad spuścizną Jarosława Iwaszkiewicza opowiadają Robert i Agnieszka Papiescy. By już nie wspomnieć innych archiwistów (innej archiwistki), których (której) pracę mam okazję podglądać i podziwiać (i raz nawet brać w niej skromny udział jako asystent od podawania kolejnych teczek) na co dzień…
Odchodząc (w każdy razie w tej chwili) od szeroko pojętego wątku „Hominiowego”, nie mogę nie przypomnieć jeszcze mego Kawafisa (Kawafis. Świat poetycki), którego – rzutem na taśmę – swemu już wówczas byłemu wydawnictwu zarekomendowałeś i dopilnowałeś, by książka ukazała się w zawrotnym tempie, byśmy zdążyli z nią na Festiwal Conrada 2013. Za to także jestem Ci bardzo wdzięczny: wierz lub nie, ale są kręgi, dla których jestem, jeśli nie tylko, to z pewnością nade wszystko – kawafisologiem!
Ale mniejsza o to, idźmy dalej.
Przeczytałem porywającą biografię Liwiusza Andronikusa!… Ależ nie: nie przeczytałem! To oczywiście nieprawda, gdyż taka książka przecież nie istnieje! A co istnieje? Trochę podręczników do historii literatury, gdzie mówi się o tym najdawniejszym z autorów rzymskich te same kilka okrągłych zdań (że był to prawdopodobnie Grek, ale nie koniecznie, i że poetą był chyba słabym, ale trudno nam tego w zasadzie dowieść, bo zachowało się tylko kilkadziesiąt wersów…) oraz garść opracowań naukowych traktujących o początkach łacińskiej literatury, gdzie tematem jest język tego autora (łacina przedklasyczna – czyli w ogóle nie język, ech!). W ogóle historią literatury rzymskiej rządzą niepodzielnie – moim zdaniem – dwa demony, z których pierwszy nosi imię Auctoritas, a drugi Latinitas.
Pierwszy z demonów nakazuje wierzyć bezrefleksyjnie w to, co powiedzieli illi uznani za autorytety [sic]: więc w tym przypadku Horacy i Cyceron, sami w sobie oczywiście zasłużeni, ale bardzo jednostronni i „płascy” w swoich ocenach i oczekiwaniach. (Może i dobrze, że Horacy nie dożył premier wywrotowych dzieł Owidiusza, bo by się pewnie zżymał na to i owo…). No więc: Autorytet. Skoro Horacemu i Cyceronowi nie przypadła do gustu dykcja Liwiusza Andronikusa, pozostał już dla łacinników autorem nieciekawym. Na wieki wieków amen. Jeszcze a propos Owidiusza, który kokietował w poezjach z wygnania, że owszem, wiersze te nie są tak dobre jak młodzieńcze, ale – cóż, pisać musi! I, wyobraź sobie, uczeni filolodzy to łyknęli bezrefleksyjnie i dopiero w wieku XX, po II wojnie i masowych emigracjach, zaczęto doceniać, i komentować: a może to jednak tylko taka formuła retoryczna? I dziś niejeden owidiolog mówi już, że poezja wygnańcza to jednak nie najgorsze, ale szczytowe osiągnięcie Owidiusza… Nie wiem, o czym to wszystko świadczy bardziej – o sile perswazyjnej poetyckiego wyrazu, czy o słabości umysłowej czytających – ale tak czy inaczej: jest to jakaś forma auctoritas!
Drugi z demonów to Łacińskość. Jakaś marna kopia Helleńskości, chyba. Dlaczego „kopia”? Bo jak sami Rzymianie kopiowali Greków, tak badacze Rzymian – badaczy Greków (którzy przecież działali już w czasach hellenistycznych…). A dlaczego „marna”? Bo helleńskość to język i to wszystko, co on komunikuje (i czego nie komunikuje); a łacińskość – ot, umiejętne posługiwanie się językiem łacińskim. Wiem, że brzmi to srogo, i nawet wywrotowo w ustach kogoś, kto jako miejsce zatrudnienia wpisuje „Katedra Filologii Łacińskiej i Nowołacińskiej”, ale kto powiedział, że łacinnik ma być łacino- i rzymianofilem? Przyjęło się to raczej rozumieć samo przez się – z czym ja się akurat fundamentalnie nie zgadzam. Nie uważam, że aby studiować (z zafascynowaniem) literaturę łacińską trzeba być wyznawcą rzymskich virtutes, tak jak nie uważam, że aby siedzieć badawczo w faszyzmie i nazizmie – winno się być nacjonalistą i antysemitą; nawet to chyba jednak jest nie tylko moralnie, ale i intelektualnie uczciwsze, jeśli się kimś o takich poglądach nie jest. Ileż może być warta biografia Adolfa Hitlera, spisana przez admiratora jego poglądów? Pytam retorycznie.
No więc ad rem: Liwiusz Andronikus był Grekiem słabo znającym język łaciński (no że też nie umiał pisać jak późniejszy o dwa wieki Cyceron!), a Odyseja jego pióra to niedobra pierwocina, nieudolnie kopiująca greckie wzorce, istotna jedynie dla historyków języka (by mogli ocenić, na ile tamta łacina różniła się od TEJ ŁACINY. A jednak – jak podaje hasło “Livius Andronicus” w Oxford Dictionary – “This account may not be wholly accurate”. I co ma taki łacinnik rzec na to?
Tak, to jest temat na artykuł albo i więcej. Póki co, rzuciłem Ci to zupełnie niewinnie. Ale Twoją zachętę wpisuję do kajetu, gdyż jej przedmiot jako sprawę do opisania traktuję bardzo poważną.
Myślę, że nieumyślnie odpisałem Ci na dwa wątki naraz – rzymski i ten o autorytetach… „Nieumyślnie”, bo skupiałem się na rzymskości, która jednak okazała się – a jakże! – bliska wątkowi „autorytetu”. I widzę z tego wszystkiego, że sam wpadłem w pułapkę, którą zastawiłem na Ciebie: chciałem dowieść, że należy podążać za autorytetem w kwestii sądów literackich, a tymczasem… krytykuję Horacego i Cycerona za ich sądy o rzymskiej literaturze archaicznej! Może autorytet autorytetowi nie równy? Może to wszystko – jak głębiej to przestudiujemy – wcale się wzajemnie nie wyklucza? A może po prostu jesteśmy jako ludzie wewnętrznie sprzeczni i niekonsekwentni nawet w sprawach tak, zdawałoby się, uchwytnych?…
Dziękuję za wspaniałe rozwinięcie wątku teoretycznolistowego i przywołanie obu dzieł już klasycznych. Bardzo wielką mi tym sprawiłeś radość. Choćby dlatego, że dowiaduję się, iż Twoje nauki są nie bez wpływu także i w zakresie teorii listu! Ja nie mam co prawda wspomnienia w tej materii porównywalnego z Twoim, ale też mam osobiste w tym sensie, że kilkanaście lat temu, gdy zajmowałem się „badawczo” teorią prozy i jej przemianami w XX wieku wiele uwagi poświęciłem listowi, i sporo wówczas czytałem powieści epistolograficznych, a i opracowań teoretycznych. Dwie myśli chcę Ci tu rzucić z nadzieją, oczywiście, że będą się miały okazję pięknie rozwijać, nie raz powracając przy takiej czy innej okazji.
Po pierwsze, powieść epistolarna. Gatunek ten bardzo lubi antyk. (Zrobiłem, umyślnie błąd „lustra”: bo to lubienie jest obustronne. Więc: „Gatunek ten bardzo lubi antyk” – „Antyk lubi bardzo ten gatunek”). Kto wie, czy w ogóle powieści historyczne osadzone w antyku to nie powieści epistolarne. Formę wymiany listowej powieściom antycznym nadawali przecież: Wilder, Valtari, Williams i wielu innych, z naszych Kraszewski i Sienkiewicz (częściowo w Quo Vadis) i Parnicki czy Malewska… Nawet Pamiętniki Hadriana są w zasadzie jednym długim listem do Marka Aureliusza. Myślę, że to nie jest przypadek, ale kwestia czysto formalna: listy, których się trochę zachowało, dają się w sposób doskonały „upowieściowić” – złudzenie słuchania głosu starożytnych jest (bywa) wtedy uderzające. Bo oddajemy im po prostu głos. (Dlatego też jedyną powieścią, jaką napisałem o świecie starożytnym, jest Pliniusz Młodszy – jest to moja autorska zabawa z listami Pliniusza, których zachowała się bagatela 10 ksiąg). Każda inna, tj. nie-epistolarna, powieściowa interpretacja starożytności skazana jest na klęskę. Tak uważam. Chyba, że kradnie Twoje serce rzecz typu Quo vadis? – mojego nie skradło…
I druga sprawa. Tak napisałeś: „Książka Stefanii Skwarczyńskiej jest wybitnym dziełem literatury pięknej. Jest listem na temat listu napisanym tak, że podczas lektury odnoszę wrażenie, jakbym był jedynym i intymnym adresatem tych – jak by nie było – naukowych rozmyślań”. Mam tę myśl, ilekroć sięgam np. po Sinkę… Z nowszych: po Kubiaka. Czyż nie tak powinno się to robić?! „Uprawiać” (od colo, colere) „humanistykę” (od humanus, -a, -um) to nic innego jak „dbać, zabiegać, troszczyć się o to, co ludzkie, człowiecze”… Ale jak takie publikacje ewaluować?! Ech…

W temacie: kiedy wspomniałeś o „początkach Europy, jaką znamy”, przypomniała mi się lektura, której nie mógłbym – wobec tej frazy – nie wspomnieć, choć pewnie nie jest Ci obca. Mam na myśli Jacquesa Le Goffa Czy Europa narodziła się w średniowieczu? (Aletheia 2023). Czytałem tę książkę dwukrotnie: najpierw przed kilkunastu laty po angielsku i ostatnio, gdy wyszła u nas, po polsku. Le Goff był nie tylko przyjacielem Polski i Polaków (i mężem Polki), ale też wybitnym mediewistą, historykiem-pisarzem, tj. jego wybitność jako badacza szła w parze z wybitnością pisarską. Przeczytałem chyba wszystko, co wyszło u nas (a wyszło sporo dzięki staraniom wydawnictwa Aletheia) nigdy się nie zawiodłem: każdorazowo otrzymuje czytelnik wielką przygodę-podróż w czasie. W ogóle francuska nowa historiografia – od Blocha przez Ariès (ach, Człowiek i śmierć!) i Duby’ego (ach, Czasy katedr!) po całego, płodnego Le Goffa to jest rozbicie banku: to jest synteza doskonała historii jako nauko z historią jako opowieścią.
U nas zresztą szkoła miała może niewielu, ale ważnych uczniów – Bronisław Geremek czy Marcin Kula. Ten ostatni tak zaczyna swoją książkę Nośniki pamięci historycznej (2002): „To nie jest książka naukowa – przynamniej w tym sensie, w jakim się najczęściej rozumie naukę. Fakt, że długo nad nią pracowałem, nie znaczy, iżbym systematycznie czytał ogromną literaturę przedmiotu ani też bym starał się nie opuścić żadnej kartki z tysięcy tekstów źródłowych. Podejście, charakteryzujące się skądinąd nierealistycznym dążeniem do wyczerpania całości źródeł i opracowań, jest oczywiście potrzebne w historiografii. Ma ono wszakże jedną wadę: bardzo utrudnia powstanie prac refleksyjnych, ogólniejszych, mniej typowych, czasem nawet na swój sposób wariackich – bez których nauka też nie może się rozwijać”.
Na dziś tyle.
Najserdeczniej
Jacek
P.S. Chaucera przeczytałem czystą z rozkoszą: unurzał mnie w tamtej codzienności jak w ogromnej brudnej kałuży przydrożnej, wytaplał w języku i dowcipie, tyleż błyskotliwym co ordynarnym; dał mi powąchać jak tamta Anglia pachniała (czy śmierdziała raczej) i ogłuszył mnie jej kakofonią; zabrał w roztelepaną (bo wozem) podróż po wertepach, przedstawił dziwne persony – i ludzi porządnych i wrednych rzezimieszków (w tym akademików oksfordzkich!), i zaprosił na piwo do przydrożnej karczmy (pubu?) – a to wszystko odbyło się w duchu porozumienia: że obaj czytaliśmy Owidiusza i się potrafimy bez słów porozumieć co do jego aktualności: w średniowieczu i dziś.
P.S. 2. „Transparentnie widoczny” to pleonazm, zdaje się.
P.S. 3. Fraza „homo non est perfecte beatus, quandiu restat sibi aliquid desiderandum et quaerendum” frapująco koresponduje z istotową dla nauczania Buddy obserwacją, że źródłem wszelkiego cierpienia jest pragnienie. Dopóki czegoś pragniemy – nie osiągniemy pełnego wyzwolenia.
P.S. 4. Wypatruję słów wyciętych przez kościelnego cenzora.
P.S. 5. Za wszelkie „kiksy” przepraszam – pisałem w gorączce.
Do katalogu:
Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem, Warszawa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025; Ścieżki wolności. O teologii, sekularyzacji, demokracji w Kościele, celibacie i … Z Tadeuszem Bartosiem OP rozmawia Krzysztof Bielawski, Kraków, Homini, 2007; Tadeusz Bartoś, Metafizyczny pejzaż. Świat według Tomasza z Akwinu, Kraków, Wydawnictwo Homini, 2006; Anita Całek, Nowa teoria listu, Kraków, Księgarnia Akademicka, 2019; Stefania Skwarczyńska, Teoria listu. Red.: E. Feliksiak, M. Leś, Białystok, Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku, 2006 (wydanie pierwotne: Lwów 1937); Maciej Bielawski, Odejścia, Kraków, Homini, 2007; Marcin Kula, Nośniki pamięci historycznej, Warszawa 2002; Jacques Le Goff, Czy Europa narodziła się w średniowieczu? Tłum. Wanda Klenczon, Warszawa, Aletheia, 2023; Jacek Hajduk, Kawafis. Świat poetycki, Kraków, Homini, 2013.