fbpx
HOME
Anna Piwkowska

Śmierć Wiesława

Jankowi

Tych dwoje tak objętych na tej fotografii

w czerwieniach, jakby wtedy nikogo nie było,

prócz ich dwojga na sali, ale była miłość

i płótna zawieszone na przestrzał, przedarte,

w przestrzeni jak we wrotach, rozpięte na grotach

strzał wieczności, dwustronnie farbami przetarte,

i on między Bostridgem a może Bogartem.

Było lato, brzęcząca lipowa aleja,

Jacek w świeżej koszuli w czerwieniach burgunda,

albo tuż po porannej kąpieli dunhilla

zapalający, miłość, która to już runda,

gdy biegniemy na oślep, wy na oślep, oni,

w dionizyjskiej, bachicznej, dojrzałej pogoni.

Gdy dzisiaj umarł Wiesław dzwoniła Elżbieta,

słowa biegły po drucie, a na drucie ptaki,

brzęczały sms-y, dziwne patyczaki,

więc zdjęłam z półki książkę, że mit i poeta.

I co jeszcze pamiętam? Ostatnie spotkanie,

w Sali Weneckiej tylko we dwoje, śniadanie,

i była zima szklana, ale cieplarniana,

cytryny, pomarańcze, czas na umieranie.

W. dzwonił trzy dni temu. Ja nie odebrałam.

I nigdy się nie dowiem co wtedy przespałam.

18 lutego 2021

 

Moja pamięć o Wiesławie Juszczaku, to pamięć o Wiesławie w Nieborowie. Rozmowy, koncerty, niezwykłe filmy, które pokazywali razem z Jackiem Sempolińskim gościom nieborowskim. Wystawy Jacka i ta jedna niezapomniana, w Galerii Browarna w Łowiczu, zorganizowana przez Elżbietę i Andrzeja Biernackich w 2012 roku. Miała swoje otwarcie i zamknięcie. Było lato i wszyscy pojechaliśmy z Nieborowa na otwarcie wystawy do Łowicza. Jacek stał z żółtą różą w ręku w pięknej przestrzeni dawnego kościoła ewangelickiego na tle swoich płócien. Powiedział, z charakterystycznym dla siebie żartobliwym uśmiechem, że zawsze pragnął zostać nie malarzem, ale śpiewakiem operowym.

Fot. Janusz Moniatowicz

Przeminęło piękne, brzęczące pszczołami nieborowskie lato. Lato, które zakończyło się śmiercią Jacka. Zmarł w Nieborowie 30 sierpnia. Na początku września wszyscy przyjechaliśmy na zamknięcie wystawy. Wiesław w czerwonym szalu stał na tle niezwykłych płócien i milczał. Jego szal współgrał z odcieniami czerwieni na obrazach Jacka. Szaliki Wiesława to osobna opowieść. Pamiętam zwłaszcza jedną, o pięknym grafitowym szaliku, który, jak opowiadał jego zachwycony właściciel, miał tybetańskie pochodzenie.

Chętnie opowiadał także o swoich książkach, które pisał w Nieborowie. Najważniejsze dla mnie, to Pani na Żurawiach, o posępnej Persefonie i niewielka książka Mit i poeta. Właściwie się z nią nie rozstaję. Wiesław był zachwycony pięknem świata, wnikliwie inteligentny, z wrażliwością poety. Artysta i wizjoner. O jego książce Mit i poeta pisałam kilkakrotnie.

I teraz, po śmierci Wiesława, czytam przytoczony tam fragment wiersza Eliota Burnt Norton: „Inne echa / Mieszkają w tym ogrodzie. Mamy iść za nimi?”. W tłumaczeniu Krzysztofa Boczkowskiego, z którym Wiesław prowadził niekończące się rozmowy przy nieborowskim stole. I dalej autor komentuje: „Opisywanym miejscem jest «różany ogród» (podobnie jak park w Duino), gdzie wchodzą ludzie, «my», czując, że jest nawiedzany przez jakieś nieokreślone postacie, tylko wyczuwalnie obecne, bo zmysłowość zawodzi. Owi «oni» należą do jakiegoś «pierwszego świata» spoza teraźniejszego czasu. Pełni godności, ale niewidzialni. Ptak, który «nas» wzywał, odpowiada na niesłyszalną dla nas muzykę. A jeszcze jakiś niewidoczny promień wskazuje, że róże wyglądają tak, jakby były przez kogoś oglądane. I na koniec liście krzaków są pełne dzieci, których hamowany śmiech «my» tylko słyszymy lub przez nas jedynie zdaje się słyszalny. To «my» wskazywać może na poetów, którzy myśląc, czy raczej «czując obrazami», docierają jednak w jakiejś mierze do tego, co przekracza postrzeganie potoczne[…]”. Ciekawa jestem jakiego ptaka słyszy i na co patrzy Wiesław w ogrodzie, gdzie mieszkają „inne echa”.

ANNA PIWKOWSKA