Oksford, 10 lutego 2026
Drogi Jacku,
Trudno mi tym razem rozpocząć od „Drogi Jacku, przeczytałem…”, ponieważ nie wiedziałbym, co napisać dalej i to nie dlatego, że nie czytam, tylko dlatego, że czytam bez przerwy. Maniczne czytanie to także czytanie w bibliotece bodlejańskiej i pochłanianie całych stosów w sposób i w tempie, które przeczą wszelkim prawom fizyki i fizjologii. Jest to na pewno stan kliniczny, do którego mam cykliczne nawroty po wejściu do biblioteki, jaką powinniśmy w Krakowie mieć, ale jakiej nie mamy i już mieć nigdy nie będziemy. Nie wyślę Ci nawet listy, tego, co mi się w tym czytaniu tutaj przytrafia, bo ani nie ma kiedy jej sporządzić, ani też zrobić tego nie sposób bez naruszania jakiejś manicznej (nie, nie magicznej, chociaż magicznej pewnie też) intymności tego gargantuicznego rozpasania. Natomiast czarny notatnik z gumką i zakładką, który mi towarzyszy, już teraz uważam za dzieło sztuki, które spokojnie może stanąć kiedyś w szranki z przypisami do najnudniejszej i najbardziej bezużytecznej książki świata, jaką bardzo chciałbym jeszcze napisać.
Pozwól mi więc tym razem na kilka ledwie impresji, żeby nie zaniedbać tego naszego pisania.
Długo już, od szpitalnych czasów w Rabce, zalegam Ci z opowieścią o lekturze książki Piotra Augustyniaka Boga nie ma, jest życie i o samym Piotrze – owo „przeczytałem Augustyniaka” na pewno wkrótce nadejdzie, ale dziś nie o tym, chociaż to, co chcę napisać możesz uznać za swoisty spoiler.

Nie wiem, czy Piotr Augustyniak zna tekst, który przeczytałem właśnie w Festschrifcie dla profesora Papademetriou (Spyridon Rangos, The Story of a Smile: Dionysus in Homer and Beyond, w: Ἀνατιφίλησις. Studies on Classical, Byzantine and Modern Greek Literatury and Culture in Honour of John-Theophanes A. Papademetriou, eds. E. Karamalengou, E.D. Makrygianni, Stuttgart, Franz Steiner Verlag, 2009), ale wiem na pewno, że by mu się spodobał. I myślę, że Tobie też, tak samo jak wiem, że niejeden z tych poważnych kolegów naszych kręciłby nosem i prychał jak tata Pawła Sczanieckiego przy jedzeniu golonki. Spyridon Rangos najpierw dość szczegółowo i z wdziękiem przywołuje i rozczytuje wszystkie cztery passusy z Homera, w których pojawia się Dionizos, dwa z Iliady i dwa z Odysei – napisano o nich tyle, że strach choćby zacząć wymieniać (nie dałoby się jednak nie wspomnieć o naszym – przypuszczam, że ten też by tu zapewne prychnął – Bartku Bednarku z jego doktoratem o Dionizosie i chyba habilitacyjną monografią o Likurgu). W konkluzjach Spyridon Rangos sumuje cztery obszary dionizyjskiego oddziaływania: 1) wino, 2) zbiorowa ekstaza, 3) teatr i 4) misteria z obietnicą lepszego życia po śmierci. O każdym z nich znowu wiele by pisać – warto zresztą zajrzeć, w jaki sposób on to swoje sumowanie przeprowadza, co jednak ważne, to, że za obecne explicite u Homera uważa pierwsze dwa, co i słuszne, i oczywiste, trzecie za nieobecne, co też oczywiste, natomiast czwarte – za obecne implicite w tym, co nazywa dionizyjskim uśmiechem, czy w innych miejscach nieprzetłumaczalnym leaves-smile. Dowodzi mianowicie, że ukrytą kontynuacją opowieści Homerowej o Dionizosie jest ciąg dalszy mowy Glaukosa, w której pojawia się najdłuższy dionizyjski passus o spotkaniu Likurga z Dionizosem, który jest mainomenos, tak jak gdzie indziej charma brotoisin. Spyridon opowieść dionizyjską widzi w zaiste pięknych heksametrach o ludzkim losie, który jest jak liście na wietrze. Ciebie nie będę długo męczył, a do Piotra Augustyniaka zadzwonię, ale rzecz w tym, że ten metaforyczny obraz ciągnie się przez całą literaturę grecką (rzymską też, jak wiesz lepiej), przez wczesną lirykę, Arystofanesa, Apolloniosa z Rodos, aż po Klemensa z Aleksandrii, który cytuje „orfickiego” Muzajosa. Wszędzie tam w tych spadających liściach Spirydon Rangos widzi „niezniszczalną siłę życia, która tkwi u podstaw każdego indywidualnego istnienia”. Słusznie nam przypomina, że ideę tę zawdzięczamy Rohdemu z jego Psyche, Kerényiemu z jego Dionizosem i w najwyższej mierze Nietzschemu z jego Narodzinami (zwróć proszę uwagę, że nie zrobiłem żadnego przypisu, a nawet że arogancko skracam tytuły). Ta sama myśl jest twórczo, nowocześnie, zajmująco i przejmująco osadzona w intymnie autobiograficznej rozprawie Piotra Augustyniaka z bogiem, który w tytule zawarł to wszystko razem: Boga nie ma, jest życie. Oczywiście, teza, że Homerowi znany był wstęp Kerényiego do jego Dionizosa ze słynnym esejem o różnicy między bios i zoe lub choćby, że w VII wieku p.n.e. poeta już miał jasność co do tego, jaka jest istota Dionizosa i że oznacza ona właśnie ten nieusuwalny ciąg życia, jest całkowicie i uroczo niedowodliwa. Chociaż, z trzeciej strony, nawet wielki Albert Henrichs w haśle „Dionizos” w New Pauly w kielichu na prochy Achillesa wręczonym Tetydzie przez Dionizosa widział już Dionizosa podziemnego, persefonicznego i misteryjnego – innymi słowy, wsparłby on zapewne tezę o czwartym obszarze dionizyjskim implicite obecnym u Homera.
W tym samym tomie, którego wcześniej nie czytałem, znalazłem też i to na pierwszym miejscu również nieznany mi wcześniej tekst Apostolosa Athanassakisa. Czytałem go ze wzruszeniem, ponieważ szybko mijają kolejne miesiące od jego niedawnej, spodziewanej przecież, ale nadal przecież nie do przyjęcia śmierci. Napisał on o żeńskim i męskim świetle w poezji greckiej. To dziwne na pierwszy rzut oka, bo przecież słynne i piękne greckie φῶς jest dokładnie nijakiego rodzaju, jednak w Apostolosowej wrażliwości nie o słowa i nie o gramatyczną gender idzie, tylko o literackie opisy, w których się nurzał jak pszczoła w pyłku i wyprowadzał z nich sensy przez drzwi swego własnego zachwytu. Kobiece jest dla niego światło w epifanii Afrodyty w homeryckim Hymnie do Afrodyty: jej szata błyszczy jaśniej niż ogień, jej delikatne piersi błyszczą jak światło księżyca, który – notuje pilnie Apostolos – jest po grecku żeński. Skoro jest światło żeńskie, musi być i męskie – jak ta greckość w nim głęboko tkwiła, nie sądzisz? „Jeśli było światło żeńskie, to musi być i męskie”, napisał: ἡ μέν… ὁ δέ… Zupełnie jak w naszym podręczniku do greki Goliasa. Męskiego światła – które wyraźnie mniej go interesowało – szuka Apostolos w hymnie do Apollona i oczywiście w Iliadzie i znajduje je jako wypełnione energią i migotliwe (coruscating – znałeś takie słowo?). Znajduje to męskie światło też w Atenie, jest ono ogniste, gwałtowne, słoneczne, takie jest też ono w Zeusie i w jego ogniu staje się też niszczące, jak to zwykle i jak wszystko w mężczyznach. W ostatnim zdaniu Apostolos recenzuje swój artykuł jako „zaproszenie do dyskusji nad fascynującym tematem”, do czego daje przypis z bibliografią do badań nad światłem w Rigwedzie, Biblii, Egipcie, Eddzie poetyckiej i u zoroastrian, Grecji, Rzymie i u Hebrajczyków. No tak. Taki to był Apostolos. Nie wiem tylko, czy jeśli ktoś go nie słyszał i nie widział, jak mówił, to przez te drzwi jego zachwytu znajdzie drogę; bardzo, bardzo bym tego chciał, ale mi też brakuje tych jego przenikliwych oczu, które zatrzymywał uporczywie co rusz na którymś słuchaczu z tym swoim zamyślonym „uhm”. Może po prostu próbujmy.
Co za wspaniała i smutna zarazem książka! Znalazłem w niej też artykuł Davida Konstana. O jego śmierci dowiedziałem się podczas kolacji na konferencji stobajosowej w Cincinnati dwa lata temu, a nieco wcześniej planowaliśmy jego przyjazd do Krakowa na jakieś nasze stobajosowe warsztaty. Rozpisywał się o swoich polskich korzeniach, znajomościach i sentymentach, a w jego książkach nawet najbardziej naukowych jest zawsze to niezwykłe ciepło, jasność i pogoda. Dużo pisał o przyjaźni i w tym tomie też jest tekst o przyjaźni w tragedii, który może służyć za pięciostronicowy przypis do jego książki Friendship in Classical World (1997), chociaż niewiele w niej nowego, jak na pewno niejeden punkciarz by zgrzytnął. A jednak, choćbyś na pamięć znał jego Friendship… – przeczytaj.
Całe tomisko ma 656 stron, ale nic się nie bój – już skończyłem, te trzy teksty wystarczyły, mam nadzieję, żebyś może po nią sięgnął, nawet jeśli nie ma tam ani jednego artykułu o Owidiuszu, zwłaszcza w Chinach. Za co oczywiście bardzo przepraszam. Jedno jest w tej książce okropne: brak indeksów. Mogę na to tylko powiedzieć: brak słów. Powinny być za coś takiego mandaty.
Nie będę też Cię nudził kolejnymi „przeczytałem rękopis z 3 i 4 księgą Stobajosa przechowywany w Bodleian Library pod sygnaturą Canon. Gr. 69”, bo w końcu zupełnie przestaniesz mi odpowiadać, a wcześniej – czytać. Zdarzają się jednak nawet podczas tak nużącej lektury chwile jasne i wesołe. Na przykład na karcie 100. tego rękopisu znalazłem bazgroł ewidentnie zrobiony ręką samego kopisty (którego zresztą znamy z imienia i nazwiska – Demetrios Moscos, pochodził z Peloponezu, pracował głównie w Wenecji), który wygląda jak dłoń zaciśnięta w pięść z wyciągniętym paluchem wskazującym przedłużonym w długą krechę – mi też zdarza się ołówkiem znaczyć na marginesach swoje książki, rysując strzałki wskazujące na określoną linię tekstu.


Tutaj jest to zabawnie intersujące, ponieważ palec wskazuje na wers z Filemona:
᾿Εμέθυον· ἱκανὴ πρόφασις εἰς θἀμαρτάνειν,
co można by przełożyć jako: „zapiłem… dobra wymówka dla pomyłek”… Zdanie wyżej głosi w
tym samym tonie:
῞Απας πονηρὸς οἶνος ὁ πολὺς ἔστ’ ἀεί,
co z kolei wyraża generalnie rzecz biorąc myśl, że zbyt dużo wina to zawsze raczej zły pomysł.
Czyż to nie jest wspaniałe? Wyobrażam sobie kopistę, który poprzedniego dnia po pracy zapił z kolegami na mieście i przyszedł do skryptorium na strasznym kacu, pełen obaw, by się nie pomylić. Na moje oko, na tej stronie, na jednej wstecz i jednej dalej, się nie pomylił, ale można podziwiać jego przezorność i pijacką trzeźwość, w której jest przezornie zapisana możliwość błędu. Więcej nawet – może to jest przesłanie do potomnych o stulecia później, do mnie i do Ciebie, i do tych, którzy będą czytać ten rękopis za sto lat (a będą jeszcze? Jak myślisz?), to wołanie o zrozumienie, i to wielkie „przepraszam, zjadłem acutus” do tych, którzy biedzą się przez stulecia, żeby dokopać się do myśli, metody i zamysłu tajemniczego Stobajosa.
Dla mnie nauczka taka, że jeśli siądę kiedyś rankiem do listu do Ciebie, a całe moje ciało będzie mi przypominać o πονηρὸς οἶνος dnia poprzedniego, to Ci o tym natychmiast napiszę, żeby mieć dla Ciebie i dla potomnych swoją sprawdzoną πρόφασις.
Na koniec muszę Ci napisać jeszcze jedno: patronem mojego tym razem pobytu w Oksfordzie w Jesus College jest John Griffiths, nauczyciel Armanda D’Angoura, który jest tutaj moim gospodarzem. Zastanawia mnie estyma, jaką John Griffiths cieszy się tutaj ponad pół wieku po swojej śmierci, chociaż nie jest to ten słynny [Mark] Griffiths, który nawet Martina Westa przekonał, że Prometeusza skowanego nie mógł żadną miarą napisać Ajschylos. Otóż w oficjalnych dokumentach dostępnych na stronach koledżu znalazłem taką oto zdumiewającą notę:
Like many classicists of his generation, Griffith published little, preferring to devote his energies to teaching. He did, however, publish several important articles, and in 1988 he brought together three of these, as well as several previously unpublished pieces, into a collection titled „Festinat Senex: Or An Old Man in a Hurry”.
W ogóle jest to spis przeciekawych dokumentów, które po nim pozostały – domyślasz się, co może czuć taki chomik jak ja na widok wniosku wizowego do Grecji sprzed kilku dekad. Ale dziś zostawiam je na boku i z rozrzewnieniem spoglądam na tę niezwykłą notę o tym, jak to kiedyś profesura z filologii klasycznej w samym sercu Oksfordu mogła nie być wynikiem zabójczego wyścigu na punkty i ilość publikacji, ale czegoś zupełnie innego, co na punkty zamienić się nie da i co chyba utraciliśmy bezpowrotnie. Miałem tę refleksję także wtedy, kiedy zajmowałem się Erickiem Doddsem – napisałem jego biogram do przekładu książki Poganie i chrześcijaństwo w epoce niepokoju, którą Tyniec-Homini zresztą nadal sprzedaje, ale przezornie pozbawioną tego biogramu (dlaczego właściwie?). I już wtedy z największym zdumieniem odkryłem, jak niewiele napisał i opublikował człowiek, który kilka dekad był Regious Professor of Greek w Oksfordzie przez samą królową namaszczony właściwie na papieża filologii klasycznej w miejsce samego Gilberta Murraya! Devoted to teaching. Ani wtedy, ani teraz nie da się tego zmonetaryzować i zapunktowić. No tak, można przenieść się na „etat dydaktyczny” czy przejść do drugiego sortu – wiesz coś o tym prawda? Ja też wiem, w tym sensie, że wizja jak mnie do tego sortu przenoszą, bo się nie nadaję, lub sam się przenoszę, żeby nie wprawiać ich w konfuzję jest osłodą i wytchnieniem.
Bardzo Cię pozdrawiam i życzę siły, bo widzę, że robisz bokami; z drugiej strony – zmęczenie to na pewno jest źródłem siły, bo książka za książką się sypie, projekt za projektem wyjazd za wyjazdem. Cieszę się. I dziękuję.
Kraków, 11 lutego
Drogi Krzysztofie,
Robię coś, co jeszcze całkiem niedawno uznałbym, jeśli nie za niedorzeczne, to z pewnością za zupełnie niepotrzebne (i niestosowne prawie, bo świadczące o jakimś nieporządku), mianowicie – odpisuję Ci nie po kolei! Tzn. wcześniej na list z wczoraj niż na ten, który od kilku już tygodni patrzy na mnie z wyrzutem. Wiem, że nie masz mi tego za złe – ja sam sobie mam. Atakując w trudach szczyt Habilitacja, roiłem sobie, że zdobycie go oznaczać będzie początek bezczynnego nieomal (w każdym razie jeśli chodzi o sprawy uczelniane) bujania w obłokach. Owszem, obowiązków dydaktycznych jest mniej, ale o ile więcej wszystkich innych! Nie narzekam, bo sam je w jakimś sensie na siebie ściągam (np. zakładając Pracownię, zresztą za Twoimi podszeptami…). Wspominam o tym tylko dlatego, że gdy już widzę na horyzoncie moment siadania do naszej korespondencji, znikąd wyskakuje COŚ. A to harmonogram, a to promowanie w mediach społecznościowych naszego zasługującego jednak na trwanie i widoczność Instytuciku Filologów Kochanych. No więc jako vir bonus, w poczuciu virtus nie odmawiam, a wręcz – podkręcam!
Twój list przeczytałem z zachwytem. Czułem się, jakbym – siedząc z Tobą pod portretem Lawrence’a z Arabii – słuchał Cię, zatraconego w tematach chyba Ci najbliższych, bo dionizyjskich. Jak niewątpliwie wiesz, Twoja dionizyjska pasja jest wśród studentów absolutnie legendarna, czy – po dzisiejszemu – memiczna (nie mylić z „maniczna” – to, jak wiemy, też).
Rzuciłem się z tą gwałcącą chronologię odpowiedzią przez wzgląd na Oksford, nie Dionizosa (którego, pozwól, niniejszym dyskretnie pozostawiam…). Na tamtejszym uniwersytecie byłem jeden raz, i to krótko, i najszczerzej Ci zazdroszczę tej Twojej tam od lat regularnej bytności. Ale ludzie, jak libelli, mają swoje losy. Mnie zainteresowania i serce od kilku lat prowadzą gdzie indziej, choć nie tak daleko od miejsca, gdzie właśnie z Armandem śpiewacie przy śniadaniu Archilocha. Mam na myśli bibliotekę wspaniałego Warburg Institute (tudzież: wspaniałą bibliotekę Instytutu Warburga).
Bibliotekę założył Aby Warburg, niemiecki badacz antyku i renesansu, jeszcze w Hamburgu, ale przeniósł ją do Londynu, kiedy Hitler doszedł do władzy. I tam, szczęśliwie i jako jednostka Uniwersytetu Londyńskiego, trwa do dziś i jest rajem na ziemi dla takich jak ja tropicieli antyku po antyku.
Ale wracam do Oksfordu i formuły „przeczytałem”. Otóż przeczytałem (po raz pierwszy w dorosłym życiu i nie for the plot) profesora-filologa J. R. R. Tolkiena Władcę Pierścieni. Szczęściem mamy tłumaczenie Marii Skibniewskiej – doskonałe, co zawsze jest pożądane, ale w przypadku – i to tak świadomych języka, w którym powstają – arcydzieł szczególnie. Krótko: jest to największe arcydzieło XX wieku, a jego autor zasłużenie określany jest „pisarzem stulecia”. Stawiam go w linii największych poetów (sic) epickich od Homera przez Owidiusza i Dantego po Chaucera i Miltona. Jeśli sobie zażyczysz, wrócę do tego, sypiąc argumentami nie do podważenia, bo zakorzenionymi w najgłębszym zrozumieniu natury Poezji i Języka.

Teraz zasygnalizuję tylko dwa wątki: jeden „filologiczny”, drugi „oksfordzki”. Wybitność tej literatury wyrasta z miłości autora do słów. Nim powstała opowieść, Tolkien „zrekonstruował” (tj. stworzył kilka języków), następnie z tych języków wywiódł mitologię i świat. Dopiero potem stworzył swoje opus magnum. Czytam właśnie T. A. Shippey’a Drogę do Śródziemia. Trudną, ale intelektualnie bardzo satysfakcjonującą opowieść filologa o filologu, a nawet bardziej: o filologa filologicznych szaleństwach. Wspaniała rzecz, ale wymaga wcześniejszej znajomości Władcy. Książka ta bardzo, ale to bardzo przypadłaby Ci do gustu – i tu płynnie przechodzę do drugiego wątku – jest też bowiem kroniką zmagań oksfordzkiego profesora z materią – oksfordzką i nieoksfordzką. Więcej nie piszę, nie wiem bowiem, czy łata „fantasy” (jeśli to jest fantastyka, to dokładnie na tych zasadach i w tych ramach co Homer czy Beowulf) nie odstręczyła Cię i nie odstręcza od Tolkiena, a bez Tolkiena nie ma co sięgać po Shippey’a. Tolkien stworzył, ale równolegle odtworzył epikę Północnej (Germańskiej? Anglosaskiej?) Europy, przy czym – podkorowo – mocuje się tam także z dziedzictwem Południa.
Tyle na teraz. Dziękuję Ci i wypatruję jeszcze jakiegoś słówka stamtąd.
Pozdrawiam
Jacek
Oksford, 12 lutego 2026
Drogi Jacku,
pozwól, że i ja odpowiem szybką glossą na Twój list, w jednej tylko ze spraw, które poruszasz i zawrę w niej jedno wspomnienie i jedno pytanie. Wspomnienie jest takie, że tych prawie 30 lat temu przeczytałem tutaj wszystko, co było o Inklingach i prawie wszystko co było Inklingów. Czytanie Tolkiena czy Lewisa jest zawsze przyjemnością, czytanie ich w Oksfordzie jest tej przyjemności szczególną materializacją, która zmienia i intensyfikuje percepcję. To tak samo jak z czytaniem Platona na agorze w Atenach. Tym, co w Inklingach pociągało mnie najbardziej, to ten przymus ciągłej dyskusji, spotkań, czytania głośno własnych tekstów i dyskusja nad nimi. Nie bez znaczenia, że najbardziej znanym miejscem tych debat był słynny pub „The Eagle and Child” czy w lokalnej gwarze „The Bird and Baby”, co ktoś zgrabnie przełożył: „Pod ptakiem i pędrakiem”. Przecież ten Twój cały Tolkien (no dobrze, mój też) najpierw był głośno czytany w pokoju Lewisa w Magdalen College, potem dyskutowany po kawałku w „Ptaku i pędraku” nad pintą piwa. Ten pokój Lewisa w Magdalen zajmował potem do emerytury Oliver Taplin, a po seminariach z nim do tego samego pubu koniecznie trzeba było chodzić. Jakbyś się wybierał do pubu Inklingów, to będzie zamknięty do marca 2027, jak głosi tablica, i trochę się boję, co będzie potem, bo kamienicę kupił jakiś amerykański milioner i robi tam remontu, a nadeszły czasy, że Amerykanów boję się bardziej niż Hunów. Wracając do wątku i Twojego listu – tak, zgadzam się całkowicie co do Tolkiena i – kończąc – tak, proszę, żebyś, jeśli znajdziesz chwilę, sypnął argumentami one cannot refuse, na ile możliwe bez głowy konia w łóżku.
Ściskam,
K.
Do katalogu:
J. R. R. Tolkien, Władca Pierścieni (tłum. M. Skibniewska); T. A. Shippey, Droga do Śródziemia; T. A. Shippey, J. R. R. Tolkien. Pisarz stulecia.