Zanim jeszcze wbito pierwszą łopatę na stanowisku archeologicznym w Troi, historyczność Homerowej wojny trojańskiej błyskotliwie podał w wątpliwość George Grote (1794–1871). Ten angielski bankier i radykalny polityk, amator wprawdzie, ale jeden z największych w dziejach historyków starożytności, pozostawił po sobie wielką i pełną do dziś ważnych interpretacji dwunastotomową historię Grecji. Ale dopiero w latach 50. XX wieku, korzystając z najnowszych wówczas osiągnięć badań literackich i antropologicznych, skuteczną (do czasu!) krucjatę przeciwko historyczności wojny trojańskiej podjął Moses Finley (1912–1986), wszechstronny badacz antyku i różnych jego aspektów. Ten amerykański Żyd, trockista, który po tym, jak stracił pracę w USA wskutek nagonki obsesyjnego makkartyzmu, trafił do Cambridge w Anglii, wyrósł tam na jednego z gigantów historii starożytnej XX wieku, sir Mosesa Finleya. Odwołując się do między innymi Pieśni o Rolandzie pokazał, że Homer po prostu nie mógł wiernie zachować pamięci o historycznej wojnie trojańskiej.
Zobaczymy zresztą, że dyskusja o Troi jest od zawsze domeną wielkich indywidualności nauki i równie wspaniałych dyletantów. Autorem drugiego przełomu w tej debacie był architekt i poliglota Michael Ventris (1922–1956). W czasie drugiej wojny światowej ten mówiący płynnie po polsku syn angielskiego oficera i Polki był nawigatorem ciężkiego bombowca. Potem, w okupowanych Niemczech, służył zapewne jako szyfrant brytyjskiego wywiadu. Był to więc kolejny obok Champolliona i Rawlinsona młodzieńczy geniusz językowy i dobroczyńca nauk o starożytności. Niestety zginął w wypadku samochodowym, zanim zdążył ostatecznie opublikować wyniki swojego odkrycia. W trzecim programie radia BBC, w ramach audycji poświęconej wykopaliskom na Krecie, 1 czerwca 1952 roku Ventris ogłosił, że odcyfrował mykeńskie pismo linearne B, dowodząc przy tym, że służyło ono pradawnej formie języka greckiego. Było wzorowane na starszym tak zwanym piśmie linearnym A z epoki minojskiej, używanym do zapisu języka, którego do dzisiaj nie potrafimy przyporządkować do żadnej grupy językowej. Pokryte pismem linearnym B gliniane tabliczki znajduje się w wielu ośrodkach cywilizacji mykeńskiej – od Pylos na zachodzie Peloponezu przez Mykeny i Tiryns na jego wschodzie, przez Teby w Beocji aż po Knossos na Krecie (gdzie Mykeńczycy zainstalowali się po upadku cywilizacji minojskiej), a sporadycznie także w innych miejscach Grecji.To dokumenty wyrafinowanych systemów biurokratycznych służących władcy w złożonych organizacyjnie i bardzo zhierarchizowanych państwach, których ośrodkami były potężne pałace i twierdze.
Gdy tylko Ventris odczytał pierwsze z tabliczek pisma linearnego B, stało się jasne, że nieskomplikowane i surowe stosunki społeczne świata prostodusznych, skłóconych ze sobą i dość anarchicznych herosów Homera nie mogą mieć nic wspólnego z historyczną epoką mykeńską. Od tamtej chwili „archeologia trojańska” i „archeologia homerycka” musiały rozstać się raz na zawsze.

Archeologia trojańska
Musimy cofnąć się do czasów, kiedy z Iliadą, a nieco później również z Odyseją w dłoni szukano Troi, a potem innych miejsc opisanych w obu poematach. Była to prawdziwa epoka heroiczna egejskiej archeologii. Na poważnie otworzył ją w końcu XVIII wieku ostatni przed rewolucją ambasador króla Francji przy dworze sułtańskim, książę August (właśc. Marie-Gabriel-Florent-Auguste) de Choiseul-Gouffier (1752–1817), z zamiłowania badacz starożytności. Ten sam, który jeszcze przed lordem Elginem wywiózł z Aten część fryzów Partenonu (płaskorzeźby te można dzisiaj oglądać w Luwrze). Biorąc pod uwagę opisane przez Homera szczegóły topografii Troi zidentyfikował on dwa miejsca w Troadzie, które zdawały się spełniać homeryckie kryteria – wzgórza Pınarbaşı oraz Hisarlık. Na tę drugą kandydaturę postawił później wszystkie swoje oszczędności żyjący w otomańskiej Turcji pasjonat archeologii, Anglik Frank Calvert, wykupując tam ziemię, żeby przeprowadzić wykopaliska i odnaleźć Troję Homera. Kiedy skończyły mu się fundusze, zaczął szukać sponsora. Tak właśnie na swoje nieszczęście w 1868 roku przyciągnął na miejsce bogatego niemieckiego kupca Heinricha Schliemanna (1822–1890). Szybko okazało się, że archeologia trojańska nie zna litości, o lojalności nawet nie wspominając.
Schliemann, człowiek zadufany w sobie aż do granic mitomanii, zbudował fortunę na spekulacyjnym handlu w Rosji i na kalifornijskiej „gorączce złota”. Zawsze jednak pasjonował się starożytnością, a Homera czcił wręcz bałwochwalczo. Podczas prac na wzgórzu Hisarlık zaczął marginalizować Calverta, zniecierpliwiony naukową „powolnością” jego wykopalisk. On sam chciał jak najszybciej uzyskać spektakularne rezultaty.
Barbarzyństwo metod wykopaliskowych Schliemanna szło jednak w parze z jego niezwykłym instynktem i wizjonerstwem, które pozwoliły mu w ciągu następnego ćwierćwiecza stworzyć archeologię greckiej epoki brązu. Nie tylko odnalazł, jak sądził, Troję Homera, ale podjął potem prace w Mykenach i Tirynsie, odkrywając dla nas cywilizację mykeńską. Brutalny i nieuczciwy w interesach, w podobny sposób zachowywał się w Troi, oszukując swoich partnerów i nadzorujących go urzędników, przywłaszczając sobie odnalezione zabytki, rabunkowo prowadząc wykopaliska, a przede wszystkim nieustannie fałszując ich wyniki dla uzyskania lepszego efektu i rozgłosu. I właśnie ten talent do autoreklamy sprawił, że jego prace na wzgórzu Hisarlık powszechnie uznano za dowód na istnienie Troi Homera. A więc zapewne również – jak upierał się Schliemann – na wiarygodność całej opowieści Iliady o wojnie trojańskiej.
***
Na szczęście dla nauki do Schliemanna dołączył w końcu profesjonalny architekt i archeolog Wilhelm Dörpfeld (1853–1940), asystujący mu później w Tirynsie, a pod koniec życia obsesyjnie poszukujący pozostałości Itaki Odysa na wyspie Leukadzie. Dörpfeld z czasem wyróżnił aż dziewięć warstw osadnictwa, aż dziewięć różnych Troj (chronologicznie oznaczonych przezeń rzymskimi cyframi od I do IX), o których identyfikację z Ilionem Iliady można było teraz poważnie się spierać.
Profesjonalizacja wykopalisk trojańskich po Schliemannie była jednocześnie początkiem końca jego wielkiej wizji wskrzeszonej w Troadzie Troi Homera. Dörpfeld, wciąż wierny ogólnej koncepcji Schliemanna, identyfikował Homerowe miasto ze zniszczoną w pożarze warstwą VIh wykopalisk. Carl Blegen (1887–1971), archeolog z amerykańskiego Uniwersytetu w Cincinnati, który później odkrył tak zwany Pałac Nestora w Pylos na Peloponezie, podjął na Hisarlık przerwane przez poprzednika wykopaliska – czterdzieści lat później, w 1932 roku. Dowodził z kolei, że dopiero następna warstwa, kontynuująca poprzednie osadnictwo Troja VIIa, uległa całkowitej destrukcji, padając ofiarą najeźdźców. W niej bowiem odnaleziono nie tylko ślady ognia, ale i groty strzał oraz niepochowane szkielety ludzkie, a jej fortyfikacje i domy nosiły ślady pospiesznej przebudowy, wskazując być może na przeczucie zbliżającego się zagrożenia. Dwadzieścia lat później to właśnie „wojnę trojańską” czasów Troi VIIa zaatakowali badacze z Mosesem Finleyem na czele, wskazując na niemożność przechowania przez wieki – do czasów powstania Iliady – wiernych historycznie informacji o takim oblężeniu.
Sceptycy mieli jeszcze jeden ważny argument, tym razem czysto archeologiczny i bardzo przekonujący. Troja VIIa Blegena to stosunkowo niewielka cytadela na wzgórzu. Dziesięcioletnia czy w ogóle bardzo długotrwała wojna i obrona tej osady wydawała się zupełnie wykluczona. To wskazywało od razu na przeinaczenia i wyolbrzymienia, którym tradycja o jakimś zbrojnym epizodzie wokół Hisarlık musiała ulec od późnej epoki brązu po czasy Homera. A to kto z kim, o co i jak długo tam walczył, okazywało się w ogóle niemożliwe do ustalenia.
***
Przez trzydzieści kilka lat debata na temat historyczności wojny trojańskiej wydawała się ostatecznie rozstrzygnięta. Aż do roku 1988, kiedy podjęto kolejne wykopaliska. I rozpoczęła się nowa, bardzo burzliwa dyskusja naukowa o temperaturze przewyższającej wszystkie poprzednie. Nie jest przypadkiem, że nazwano ją „nową wojną trojańską” (bodaj po raz pierwszy 25 lutego 2002 na łamach magazynu „The Times”). Działo się tak po części dlatego, że w owym sporze stanęły naprzeciw siebie dwie wielkie indywidualności niemieckich nauk o starożytności, zresztą z tego samego szacownego Uniwersytetu w Tybindze. Ci, którzy mieli kiedykolwiek okazję słuchać na żywo ich głosów w tym sporze, na pewno nigdy nie zapomną tego przeżycia. Ta „nowa wojna trojańska” toczyła się bowiem – poza publikacjami i konferencjami naukowymi – również w prasie codziennej, w telewizji i na publicznych spotkaniach w całych Niemczech, na muzealnych wystawach i w komisjach etyki niemieckich instytucji naukowych, sięgając aż do Bundestagu. Jest to skądinąd zupełnie świeży dowód na trwałe znaczenie antyku i Homera w kulturze niemieckiej.
Te trzecie już z kolei wykopaliska w Troi, podjęte sto lat po zakończeniu pionierskich prac Schliemanna, przeprowadzono przy użyciu całego arsenału nowoczesnych technik archeologii, archeobotaniki, archeobiologii i geologii oraz najnowszych, wciąż doskonalonych metod naukowego datowania znalezisk. Pozwoliło to zweryfikować i doprecyzować chronologię osadnictwa na tym stanowisku, której podstawy stworzył niegdyś Dörpfeld, a udoskonalił Blegen. Wykopaliskami kierowało dwóch archeologów, z których to Manfred Korfmann (1942–2005) z Tybingi zajmował się najważniejszą dla nas epoką brązu. Kluczowym ustaleniem ogłoszonym przez zespół Korfmanna był wniosek, że badana dotąd nieduża Troja na wzgórzu Hisarlık była zaledwie cytadelą miasta (nazwijmy je „dolnym miastem” twierdzy), które momentami zajmowało powierzchnię aż trzystu tysięcy metrów kwadratowych. Miało to być w dodatku miejsce bardzo wówczas nowoczesne. Pod jego powierzchnią już we wczesnej epoce brązu wydrążono w skale kanały do dystrybucji wody. W świetle tych wykopalisk Ilion epoki brązu wyrósł na jedno z najważniejszych miast Bliskiego Wschodu, a na pewno Anatolii.
Tym samym stan dyskusji o historyczności wojny trojańskiej zmienił się całkowicie. Przynajmniej w oczach części dyskutantów, którzy nie tylko uznali Hisarlık za Troję Homera, ale też za scenę opisanej w Iliadzie wojny. Ba! Niektórzy – z powodu znaczenia Homera w naszej kulturze – nazwali Troję Korfmanna „kolebką Europy”.
Tymczasem przeciwko tym ustaleniom wystąpił Frank Kolb (1945–2026), wielki autorytet dziejów Anatolii. Zakwestionował on nie tylko metody wykopalisk, ale też wprost uczciwość swojego kolegi z uczelni. Najważniejszy zarzut uderzał w samo serce koncepcji, dzięki której wojna trojańska wydawała się nagle odzyskana dla historii. Mówiąc najkrócej: Kolb uznał za czysto życzeniowe, a nawet wprost naciągane i wręcz zmanipulowane interpretacje właśnie tych znalezisk, które pozwoliły zobaczyć dookoła cytadeli Hisarlık ogromne „dolne miasto” Troi. Jego zdaniem drobne i niejednoznaczne ślady odkopanych konstrukcji pospiesznie i bezkrytycznie uznano za pozostałości obejmujących wielką powierzchnię murów miejskich, dochodzących do samej cytadeli. Z kolei system kanałów pod wzgórzem okazuje się pochodzić dopiero z czasów rzymskich. Krytycznie rewidując wyniki wykopalisk, Kolb dowodził, że rozległe trojańskie „miasto” nie było w rzeczywistości wielką warowną osadą o dalekosiężnych kontaktach handlowych i co najmniej dziesięciu tysiącach mieszkańców, ale słabo zurbanizowaną siedzibą anatolijskich hodowców i pasterzy.
Pomimo tej miażdżącej krytyki, wnioski z ostatnich jak dotąd wykopalisk trojańskich zostały zasadniczo przyjęte przez naukę. Jednakże wiele wątpliwości pozostało. Pełna pasji książka Franka Kolba zatytułowana Zmanipulowana „Troja” (Kolb 2016) ukazała się niedawno po polsku. Autor przenikliwie pokazuje między innymi polityczne i wręcz finansowe uwikłania projektu trojańskiego Korfmanna, hojnie sponsorowanego przez międzynarodowe koncerny mocno wspierające wówczas ideę wejścia Turcji do Unii Europejskiej. W tym świetle trojańska „kolebka Europy” Korfmanna, a także obejmujący to stanowisko wykopaliskowe turecki Park Narodowy Troja pod auspicjami UNESCO, utworzony na obszarze ogłoszonym trojańskim „regionem pokoju”, jawi się jako przedsięwzięcie naprawdę mocno polityczne.
Na szczęście poza archeologią Hisarlık i okolicy mamy jeszcze inne puzzle, z których możemy starać się złożyć naszą homerycką układankę. Najważniejsze jest to, że jesteśmy w stanie zobaczyć (późniejszą) Troadę w szerszym kontekście historycznym.
MAREK WĘCOWSKI
Fragment książki „Homer na nasze czasy” (Kraków, Znak, 2026). Aby zamówić proszę kliknąć – tutaj