HOME
Andrzej Bart

Jutrzenka

Kiedy zbliżał się do gmachu, który dobrze znał z widzenia, zwolnił kroku. Był dziesięć minut za wcześnie, a nie chciał wyjść na gorliwca. Dzięki temu z daleka zauważył czarnego citroëna zaparkowanego przed wydawnictwem. Wiedział, że samochodami siejącymi postrach, poruszają się ludzie z jego niedawnej firmy. Miał czas, więc przystanął w najbliższej bramie, co jakiś czas wystawiając głowę. Za kierownicą siedział mężczyzna w kapeluszu, który co chwilę wkładał do ust coś, co z daleka wyglądało na bułkę. Od strony wydawnictwa szła starsza kobieta, która, jeżeli czymś się wyróżniała, to ciężką torbą przewieszoną przez ramię. Minęła samochód i wolnym krokiem zbliżała się do bramy, w której skrył się Wiktor. Co gorsza, kiedy już była przy niej, skręciła prosto na niego. Odskoczył i przepuścił ją z szarmanckim gestem. Minęła go obojętnie, lecz po kilku krokach powiedziała coś pod nosem, jakby do siebie. Usłyszał jednak: „Na podwórku jest ławka. Tam ich przeczekasz…”. Niespodziewanie, jak zawsze, głowa Wiktora oberwała setką rozedrganych myśli, z których jedna, a raczej dwie, przewodziły: „Co robiła w powstaniu? W ilu sytuacjach była, w których w sekundę trzeba dostrzec niebezpieczeństwo?”. Żałował, że nie zapamiętał jej twarzy, bo przecież mógłby kiedyś opisać tę szarą, warszawską kobietę, która była wszystkim, tylko nie szarością.

Wypróbowanym sposobem, czyli kilkakrotnie potrząsając głową, uwolnił się od natłoku myśli. Spojrzał na zegarek i w tym samym momencie, na dwie minuty przed wyznaczonym spotkaniem, z wydawnictwa wyszło dwóch mężczyzn prowadzących do samochodu drobną kobietę w nieokreślonym wieku. Miała na sobie cienkie paletko, na głowie beret i torebkę pod pachą. Tyle zapamiętał. Jeden z nich usiadł z lewej, drugi z prawej strony, kobietę wzięli między siebie. Samochód ruszył natychmiast. Kiedy przejeżdżali obok Wiktora zdążył tylko zauważyć, że kierowca kończy przełykać.

Portier w wydawnictwie był blady i roztrzęsiony, ale nadal dużo wiedział, bo kiedy Wiktor rzucił: „Pani redaktor Napiórkowska?”, natychmiast odpowiedział numerem pokoju. Osiemnastkę znalazł na pierwszym piętrze w końcu długiego korytarza. Zapukał trzy minuty po umówionej godzinie. Odpowiedziało mu ciche „proszę”.

Pokój był mały i skromnie urządzony. Biurko, trzy wąskie regały, dwa z nich wypchane skoroszytami, a w trzecim książki i półka na czajnik. Z portretów tylko Bolesław Bierut. W przeciwieństwie do małości pokoju, pani Maria była kobietą nadmiaru. Duże usta, potężny nos, wyraźnie zarysowana szczęka, a także cień oficerskiego wąsika. Oficerskiego, bo ciemny ślad wyraźnie zakręcał ku górze. Moc bijąca z twarzy skrywała istotę o głosie tak łagodnym, że i uśmiechu tak ciepłym, że natychmiast ją polubił. Była jednak wyraźnie zdenerwowana, bo czajniczek, z którego nalewała herbatę uderzał rytmicznie o filiżanki.

– Bardzo chciałam pana poznać, ale doprawdy nie w takich okolicznościach… Nasza koleżanka… Słodzi pan?

– Dziękuję nie. – postanowił nie pytać, co stało się koleżance.

– Przyznam, że jesteśmy pod wrażeniem pańskiego pisania. – powiedziała przesuwając filiżankę z herbatę w jego stronę. – Wiele sobie po panu obiecujemy w przyszłości…

– Jak dalekiej?

– To już od pana zależy. Nie wiem, czy pan wie, ale debiut stygmatyzuje pisarza. Jeśli jest średni, będzie do końca życia poklepywany po plecach. Nie wygląda pan na kogoś, kto by to lubił.

Wiktor uśmiechnął się. Skąd mogła to wiedzieć? Skórzana kurtka?

– Jest pan oryginalny w tym, tylko na pozór niedbałym stylu. Jeżeli miałabym pana do kogoś porównać, to przychodzi mi do głowy Kaden-Bandrowski. Zupełnie inny pisarsko, ale ta sama zamaszystość przy mocnej precyzji faktu…

Teraz dopiero, kiedy padło to nazwisko, uświadomił sobie, kogo przypomina mu pani Maria. Właśnie Kadena-Bandrowskiego. Jego twarz znał z fotografii. Nie pamiętał tylko czy na zdjęciu pisarzowi wręczano laur czy może on sam wręczał. Oczywiście pani Maria była ładniejsza.

– Znał go pan może?

– Niestety nie. Słyszałem tylko i widziałem zdjęcie w albumie, który miał mój dziadek.

– Na bycie uznanym trzeba wielu książek, a tym samym i wielu lat. Ale oczywiście od czegoś trzeba zacząć.

– Stąd właśnie moje opowiadania w pani rękach – starał się zrobić minę uczniaka, który prosi nauczyciela chociażby o trójkę minus, ale nie mogło wyjść dobrze, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie ćwiczył.

– Oczywiście podpiszemy z panem umowę i wypłacimy zaliczkę, a pan mając z czego żyć, jeszcze nam coś dopisze.

– Ile stron?

– To prawdziwie pisarskie podejście. Grafoman prosiłby o co najmniej tysiąc.

Uśmiechnęli się teraz oboje, a pani Maria jakby w porywie sympatii przyznała się do czegoś przedwojennego.

– Musi pan wiedzieć, że jako młoda pannica pomagałam Kadenowi przepisywać Czarne skrzydła. Także poprawiałam, co było do poprawy. Były dwie części, ale pracowałam tylko przy drugiej, bo umarła pani Zenobia, która przy mistrzu była wcześniej. To był wspaniały mężczyzna, niezwykle przystojny i miły dla kobiet…

Wiktora niespodziewanie obleciał strach, czy opowieść o Kadenie z ust jego bliźniaczki nie jest zbyt absurdalna i czy nie jest czasem omamem jego zranionej głowy. Po raz pierwszy zapragnął, aby nawiedził go ojciec i kilkoma dosadnymi słowami wytłumaczył, co tu się dzieje. Wykrakał w jakimś sensie, bo w tej samej chwili otworzyły się drzwi i stanął w nich mężczyzna w brązowym garniturze i przekrzywionym krawacie. Nie był to ojciec, ale ktoś z cierpiącym wyrazem twarzy.

 

 

– Pani Mario, czy mogę liczyć… – Mężczyzna zauważył Wiktora i zrobił ruch, jakby chciał się cofnąć.

Pani Maria zerwała się z krzesła, a więc i Wiktor wstał szybko.

– Panie dyrektorze, proszę poznać naszego przyszłego autora. Pochwalił pan jego opowiadania.

Cierpiąca twarz natychmiast się wypogodziła. Dyrektor zrobił dwa kroki w stronę Wiktora z wyciągniętą ręką. Jego uścisk nie był mocny, ale chciał za taki uchodzić. Wiktor już wcześniej przepytał o niego Renę. Albin Koncerz, solidny komunista. Wojnę zaczął we Lwowie, jako młodszy redaktor w „Czerwonym Sztandarze”, w Uzbekistanie był kontrolerem jakości w fabryce walonek. Do Polski wrócił z czerwoną armią i został jednym z dyrektorów Polskiego Radia. Teraz jest tutaj.

– Niech pan siada, nie zajmę wam dużo czasu. Ja tylko z pytaniem. Została pani, pani Maryjko jakaś pastyleczka?

Pani Maria sięgnęła ręką po torbę, którą trzymała na poręczy krzesła. Postawiła ją na biurku i rozpoczęła poszukiwanie. Złe to słowo, bo prawdę mówiąc, sięgnęła do torby i natychmiast wyciągnęła buteleczkę. Przeliczyła pastylki wzrokiem.

– Mam jeszcze siedem. Dwie mogę panu dyrektorowi dać…

– Wiedziałem, że mogę na panią liczyć. Użyję od razu – Koncerz sięgnął po wolną szklankę, nalał wody z czajnika i popił nią pastylki

– Mnie dwie by uśpiły – stwierdziła pani Maria.

– Dziesięć musiałbym połknąć. Nie sypiam w ogóle… – Dyrektor wyprostował się i od razu poprawił krawat, jakby samo zażycie leku dobrze mu zrobiło. Nachylił się nad biurkiem pani Marii i spojrzał na opowiadania Wiktora. – A co do pana, panie Wiktorze, mam nadzieję, że nie pomyliłem imienia?…

Wiktor zaprzeczył z uśmiechem, że na pewno niczego nie pomylił i ma świetną pamięć.

– I proszę mi wierzyć, że bardzo się cieszymy. Każde nowe pióro po naszej stronie, to radość. Z tego, co zauważyłem pisze pan bez emfazy, trochę w stylu Borowskiego. Czytał go pan?

– Niestety nie. Słyszałem, że nie żyje.

– Nieszczęśliwy wypadek. Pani Mario, czy mogę prosić jeszcze o jedną? Wszystkie oddam. Żona już załatwia receptę…

– Na pana odpowiedzialność panie dyrektorze, bo jak pan nam zaśnie na biurku… – Jeszcze jedno sięgnięcie do torby.

– Nie wiem, co mi jest, ale nie mogę się uspokoić. – Dyrektor tym razem rozgryzł pastylkę i połknął bez popijania wodą.

Wiktor nie mógł nie zauważyć, że ten człowiek boi się bardzo, a przecież czarny citroën BL nie będzie wracał specjalnie po niego. Na szczęście trzecia pastylka wyprostowała Albina Koncerza całkowicie.

– Żal po stracie Tadeusza, ale też trzeba zdać sobie sprawę, że skończył się czas pisania o złej historii. Trzeba nam patrzeć w dobre dzisiaj i jeszcze lepsze jutro.

Jak można stać się śmielszym, kiedy jest się szczodrym, najlepiej zaświadcza pani Maria, która wypowiedziała takie oto zdanie:

– A mnie się u pana Wiktora podoba powściągliwość w widzeniu rzeczywistości.

Dyrektorowi Koncerzowi po trzech przyjętych pastylkach nie wypadało się nie zgodzić, choć wiedział, co należało powiedzieć.

– Mnie także, nie na darmo przywołałem tu Borowskiego. Pamiętajmy jednak, że styl już nie obowiązuje, ważny jest sprawiedliwy osąd historii.

– Musi pan pamiętać, że teraz od pisarzy wymagamy więcej niż od Prousta, Flauberta i Wiktora Hugo, razem wziętych. – To znowu pani Maria, tym razem patrząc Wiktorowi w oczy. Nie wiedział czy czegoś nie wyśmiewała.

– Dam panu przykład – Koncerz trzymał się swojej wizji literatury – opisuje pan przedwojennego oficera bez ręki i nogi, którego w obozie w Pruszkowie częstuje pan papierosem. I co z tego zrozumie czytelnik? Współczucie dla sanacyjnego pachołka.

– Słusznie, bo współczułem człowiekowi bez ręki i nogi.

– To zrozumiałe, od czego wrażliwość pisarska. Tylko po co podkreślać, że to oficer sanacyjny? Niech to będzie chory dozorca, któremu sanacja ofiarowała gruźlicę, a powstanie odjęło nogę i rękę.

– Myślę, że autor ukazując go w tym stanie chciał ukazać upadek pewnej formacji, która przyczyniła się do przegranej wojny. Mam rację, panie Wiktorze?

– Coś podobnego miałem właśnie na myśli – Wiktor chętnie się zgodził.

– Kto wie, czy gdybym był pisarzem, nie myślałbym podobnie. Ale cóż, jestem tylko dyrektorem wydawnictwa, który za to wie, gdzie jest prawda albo przynajmniej, gdzie jej szukać. Pójdę już, bo chyba lepiej się czuję. Miło było pana poznać…

Koncerz podał Wiktorowi rękę i mocno nią potrząsnął. Wychodząc przypomniał sobie o czymś i już trzymają rękę na klamce powiedział do pani Marii:

– I co? Halinka okazała się kimś innym niż myśleliśmy. A ja już miałem wystąpić o nagrodę dla niej… Nie znam się widać na ludziach…

Kiedy wyszedł pani Maria pomilczała chwilę zanim powiedziała:

– To nasz nowy dyrektor. Jest z nami dopiero trzy miesiące.

Wiktor postanowił zaryzykować:

– A poprzedni? Żyje? – Trudno powiedzieć, czy powodowało nim szaleństwo, podobne do tego, jakie ukazał Romie, waląc szczotką w sufit ministra, czy może tylko wisielczy humor. Druga możliwość jest jednak trudna do wytłumaczenia u rycerza, który niedługo ma oddać życie w słusznej sprawie.

Na twarzy pani Marii pojawiło się kilka myśli wzajemnie się wykluczających. Była wśród nich także panika. Jednak ostatecznie wygrał spokój.

– Został przeniesiony, jeżeli o to panu chodzi. A obecnemu dyrektorowi pańskie opowiadania naprawdę się podobały. Szczególnie Jutrzenka. Sugerował nawet, aby była opowiadaniem tytułowym…

Jutrzenka? – Teraz Wiktor poczuł coś w rodzaju paniki. Nawet we śnie nie wymyśliłby takiego tytułu.

– To o samotnym czerwonoarmiście, który uratował z Wisły tonące dziecko, a ludzie z Armii Krajowej go potem rozstrzelali.

Oprócz głowy wszystko w ciele Wiktora zdawało się być zdrowe. Potwierdziły to zresztą badania, które przeszedł przed podjęciem pracy w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Jedna z pielęgniarek powiedziała mu na ucho, że jego wyniki badania krwi ktoś ważny w medycynie nazwał wzorcem metra. Teraz jednak poczuł trzepotanie serca, które razem z sercem podeszło mu do gardła. Do tego słabość w nogach i ciemno przed oczyma. To ostatnie zdarzało mu się czasem, ale tylko przy ataku wściekłości. Z największym trudem udało mu się nie pokazać po sobie, że być może przechodzi zawał serca.

Nigdy się nie dowiemy czy pani Maria zauważyła u niego symptomy jakiejkolwiek choroby. Pewne jest, że pożegnali się z okazywaną sobie sympatią. Umowę miano przygotować w ciągu miesiąca, co robiło wrażenie, jednak, jak się później dowiedział, umowa do Opowieści o prawdziwym człowieku Borysa Polewoja, była gotowa w ciągu jednego dnia. Co prawda pracowano przy niej po godzinach.

– Wszystko zniosę, nawet to, jak mnie nieudolnie przesłuchujesz, ale nigdy głupkowatej naiwności.

To mocne zdanie wypowiedziała Rena, kiedy wzburzony Wiktor wykrzyczał, że nie chce jej więcej przesłuchiwać i dusić. Nie mogła uwierzyć, że człowiek, którego, nie bała się tego słowa, pokochała, nie rozumie obowiązujących reguł, tak prostych do zrozumienia. Poświęciła się i w jeden wieczór napisała opowiadanie o zabitym przez akowców czerwonoarmiście, bo dobrze wiedziała, że dyrektor wydawnictwa prędzej zje własne ekskrementy niż opóźni Wiktorowi debiut.

Było to po ciężkim okresie, kiedy nakazano gazetom ogłosić radosną wieść o ukończeniu prac nad nową konstytucją. Wszystkie departamenty pracowały jeszcze pilniej, aby w porę dostrzec najmniejsze oznaki niezadowolenia lub tylko drwiny. W tydzień później, właśnie wtedy, kiedy pisała Jutrzenkę odbyła się uroczysta premiera baletu Czerwony Mak, którym w przyszłości mieli się zachwycić wszyscy ludzie pracy. Miała miejsce blisko żony ambasadora Sobolewa, a obok żony ambasadora Mongolii. A przecież nie poszła i do dawnego Domu Akcji Katolickiej na Nowogrodzkiej, który był teraz Operą, wysłała ukochaną panią Stasię, mimo że ta długo się wzbraniała. Wystroiła ją zresztą pięknie i dała pieniądze na powrotną taksówkę. Rezygnacja z ważnej premiery i pisanie w tym czasie opowiadania dla kochanka, powinna być najlepszym dowodem na ogrom uczucia, jednak nie można zapominać o jej znajomości ludzkich przypadłości. „Rosjanie i Chińczycy odróżniają tylko najważniejszych Polaków, a nasi są tak zajęci tym, aby dobrze wypaść, że widzą tylko tych od których zależy ich los”. To jej własne słowa wypowiedziane niedługo po premierze do Jakuba Bermana. Ten długo się śmiał i przekazał je w nieco zmienionym sensie człowiekowi, który się uśmiechnął i przekazał je po rosyjsku naprawdę wysoko. Niestety, nic nie wiadomo o tym, czy uśmiech wytrwał.

Innym powodem, dla którego jeszcze łatwiej było Renie zrezygnować z oglądania baletu, była rozmowa z jednym z choreografów, który opowiedział o tarciach w zespole. Tancerze wymalowani na żółto, z plastrami naciągającymi im oczy ku skroniom, ucieleśniali dążenia chińskiego ludu. Już na próbach klej się roztapiał i często tylko jedno oko było skośne, lecz nie to było przyczyną kłótni w garderobach. Poszło o dreptanie Chińczyków, którzy nie mieli tak efektownych piruetów, jak dzielni marynarze radzieccy w podskokach niosący im wolność. Rena, która z nieprzeniknioną miną potrafiła wysłuchać każdego przemówienia i wytrzymać na każdym zebraniu, w sprawach sztuki okazała się zbyt miękka. Obawiała się więc samej siebie. Nie był to strach, lecz właśnie obawa, że nie zapanuje nad swoją miną, a wtedy, choć nikt nie będzie na nią patrzył, wszyscy się dowiedzą o obrzydzeniu.

Oczywiście Wiktor przyznał jej w końcu rację, bo po pierwsze nie miał innego wyjścia, ale też obiecała, że kiedy wydawnictwo zacznie przygotowywać książkę do druku wycofa Jutrzenkę pod pretekstem, że nie spodobała się żonie Bieruta.

ANDRZEJ BART

Fragment większej całości.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek