HOME
Adam Poprawa

Mniejsze listy (4)

Nie tak długo po zmianie ustrojowej zgorszył Mrożek czytelników tygodnika „Polityka”. Zbliżała się połowa lat dziewięćdziesiątych, periodyk rozesłał ankietę, w której zapytał wybranych adresatów, przebywających od dłuższego lub mniej długiego czasu za granicą, o ich ewentualny powrót do kraju. Mrożek wahał się, czy odpowiadać; zdecydowawszy się napisał istotny i piękny esej, wyjaśniając, dlaczego planuje pozostać w Meksyku. Pojawiła się tam – zbyt mało dotąd rozważana, jeśli w ogóle – kwestia emigracji pisarza z Europy. Wiadomo, że wkrótce sytuacja w Meksyku stała się na tyle groźna, że państwo Mrożkowie wrócili jednak na Stary Kontynent, przenosząc się najpierw do Krakowa, później do Nicei. Nie (by tak rzec) krytyczne porzucenie Europy zbulwersowało odbiorców, poczuli się natomiast dotknięci problematyką chama.

„Jego definicją jest arogancja, absolutna pewność, że mu się wszystko należy, a nic go nie obowiązuje, więc wszystko należy mu się za nic. Nie szanuje cudzej egzystencji, ponieważ uważa, że świat został stworzony tylko po to, żeby mógł zaistnieć on i żadnej zagadki bytu wobec tego nie ma. Cham wie wszystko, wie wszystko najlepiej i nie musi się dowiadywać niczego. […] Dopiero komunizm wyzwolił chama. Zniszczył społeczeństwo, które go kontrolowało i zastąpił je państwem, które nic nie miało przeciwko chamowi. […] Komunizm odszedł, cham pozostał. […] A dlaczego miałby odejść? Teraz dopiero nastał jego czas. Bo tymczasem wiele się na świecie zmieniło” („Polityka” 1994 nr 15, s. 14).

Pisarz wyraźnie przy tym podkreślił, iż nie uważa chama za synonim chłopa. Skąd zatem obruszenie czytającej publiczności? Nie przypominam sobie próby wyraźnej, konkretnej polemiki (będę wdzięczny za korektę luk pamięci), tylko takie pokątne, że nie wypada, że Mrożek przesadził, że nie powinien… Może niedokładna lektura powodowała, że odzywały się zastarzałe uprzedzenia odbiorców? A nie były to jeszcze czasy ani nowej fazy chłopomanii (nazywanej zwrotem ludowym), ani coraz pozytywniejszego obrazu Polski Ludowej (który z upływem lat nie przestaje się rozjaśniać).

W antropologicznych rozpoznaniach jest Mrożek konsekwentny. Cofnijmy się zrazu o dwie dekady od odpowiedzi na ankietę, później zaś dwukrotnie o jedno mniej więcej dziesięciolecie. Tak tedy w dziennikowym zapisie z 25 lipca 1973 zaniepokoiły Mrożka śmiechy na widowni, usłyszane w kinie i na przedstawieniu baletowym. „Wielki chichot niedorostków toczy się przez świat. […] Może drwi się tylko z tego, co martwe? Jeżeli niedorostki chichocą z kultury, a dorośli skwapliwie im basują, to może dlatego, że kultura rzeczywiście jest martwa?”. Owszem, odniósł się Mrożek do swojej dawniejszej roli parodysty czy prześmiewcy, uznając, że ani tamte jego ironie, ani współczesne (wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych) przedsięwzięcia demistyfikacyjne nie posiadają blasfemicznej wagi. Odróżniłbym przecież dzieła pisarza i rysownika od uprawianych później przez wielu innych „parodii koncertu, belcanta, celebracji, kultury”, niemniej zostawiam to na inną okazję. Wracam do kategorii antropologicznej. Konstatuje Mrożek: „To wszystko ma charakter koszmaru. Najpierw wojna, skończyła się i już wierzyłem, że się skończyła. Potem Polska. Uciekłem i już wierzyłem, że uciekłem. Nieprawda. Dogoniło mnie. Wojna, Polska, tow. Lenin, dogonił mnie cham. O zemsto «dozorcy domowego». Łudziłem się, że uciekając z Polski, zostawię cię za sobą. Znalazłem się twarzą w twarz z chamem, gorzej tym razem, bo ten cham był umiejscowiony, określony. Tutaj cham wtargnął wszędzie, zamienił się we wszechobecną substancję i esencję obyczaju, stylu, języka, wszystkiego. Po co ja więc uciekłem? Co dalej? Co ja tam zrobię? Niewątpliwie, trzeba jakoś, jak to się mówi, ustosunkować się”.

W końcówce Mrożek ironizuje, przywołując w cudzym a potocznym stylu częsty model wysłowienia i mentalności, podporządkowujących jednostkę mniemaniom ogólnym. Ustosunkować się, czyli wyrobić sobie własny sąd. Bezokolicznik kryje jeszcze dodatkowe, i już zgoła niepożądane znaczenie: postarać się o odpowiednie stosunki w obiegu społecznym. Taki sens okazuje się już rozpaczliwym szyderstwem. Pozostańmy jeszcze przy pierwszym znaczeniu. Mieć więc własną opinię, nawet ją ogłosić – cóż z tego, gdy w nieustannym procesie chamiejącej równości uzna się ją za tyle wartą, co opinie innych. No i pozostanie wyłącznie w języku, bez wpływu na społeczną rzeczywistość. Przedstawiony w odpowiedzi dla „Polityki” problem chama uniwersalnego okazuje się wcześniejszy. I jeszcze wcześniejszy.

W długim liście z 18 kwietnia 1964 Jan Błoński pisał Mrożkowi o rozmowie na temat jego twórczości, mówił zaś z Jerzym Kwiatkowskim. „I on powiada tak: nigdy nie pisałem o Mrożku, bo nie chciałem kłamać, a widzę, że tak w gruncie rzeczy, to jest on nie tyle antyustrojowy, ile po prostu antyludowy, on nie cierpi ludu”. Czyżby Kwiatkowski zapomniał, że w 1957 ogłosił w „Życiu Literackim” znakomitą recenzję Słonia, w której, najprawdopodobniej jako pierwszy, porównał celnie Mrożka z Kafką? (A w ogóle Kwiatkowski zatroskany w 1964 o klasę ludową, z tego się robi jakaś wsteczna ironia historii, jeśli zważyć, jak modne jest to pojęcie dzisiaj). Mrożek, datując epicką epistolarną odpowiedź na 25 kwietnia – 7 maja tamtego roku, przyznał Kwiatkowskiemu rację, proponując bardziej złożone rozumienie pojęcia, którym posłużył się krytyk. A zatem „już lepiej będzie zamiast «lud» powiedzieć «masa», masa rozpętana, która nie uznaje żadnych obowiązków i domaga się wszystkich praw (to już oczywiście czysty Ortega y Gasset, ale co ja na to poradzę, ostre objawy nienawiści do masy odczułem jeszcze, zanim słyszałem o istnieniu Ortegi), rozpasana, ekspansywna, przekonana, że należy się jej wszystko za nic. Zjawisko ogólnoświatowe […]”.

 

 

W 1951 zatem reporter Mrożek najpewniej nie czytał jeszcze Buntu mas. Jako etatowy pracownik redakcji „Dziennika Polskiego”, publikował tam artykuły potwierdzające ówczesną ideologię (aczkolwiek da się w nich znaleźć miejsca, które można interpretować jako świadectwa niejednoznaczności autorskich intencji). Ale pisał też rzeczy krótsze, manifestujące właśnie intensywną niechęć do masy ludowej. Może i trochę dziwne, że takie teksty mogły się w socrealizmie ukazywać; chyba zwierzchnicy wraz z cenzorami uznawali, że ogólnie chodzi o wychowanie społeczeństwa socjalistycznego i piętnowanie międzywojennych pozostałości. A szczegółom zbytnio się nie przyglądali. I dobrze. W numerze z 17 stycznia, na ostatniej stronie gazety w rubryce „Szpilki” (tworzyli ją różni autorzy), ukazał się tekścik A który wypije – tego się nie bije, sygnowany Mroż, to jeden z kryptonimów używanych przez Mrożka. Przepisuję w całości (dwie następne publikacje również, zachowując oryginalną interpunkcję): „Jesteśmy narodem towarzyskim i miłującym bliźniego swego. Nie wszystkich jednak miłujemy jednakowo, niektórych bardziej. Oto przykład:

Czas akcji obojętny. Miejsce – wóz tramwajowy. Wsiada pasażer. Zresztą nie czyni tego po raz pierwszy, bo już uprzednio w-siadał wprost na trotuarze, czasem także leżał. Powodem było daleko idące obezwładnienie zmysłu równowagi przez nadużycie napojów wyskokowych.

Wesoły pan z miejsca staje na nodze drugiemu pasażerowi, następnie szarmanckim ruchem opiera się na kapeluszu jakiejś staruszki. Ponieważ staruszka właśnie nosi kapelusz na głowie, więc reaguje zrozumiałą uwagą, w grzecznych słowach podkreślającą niewłaściwość podobnego zachowania się w publicznym miejscu.

Chcecie usłyszeć teraz uwagi współpasażerów?

Proszę:

– Co z tego, że pijany, wolno mu! (Z zazdrością).

– Swój chłop. Każdemu się zdarzy. (Z uznaniem).

– Młodość musi się wyszumieć! (Filozoficzno-dowcipnie).

– Ta się odzywa, bo jej żal! (Dowcipnie).

W tramwaju wytworzyła się serdeczna wprost atmosfera. Popił, bo popił, ale jaki za to sympatyczny! Z takim trzeba pomalutku, z takim trzeba jak z ptaszyną…

Nieprawda! Z takim trzeba w myśl przepisów MKE zabraniających przewozu osób nietrzeźwych. Z takim trzeba w ramach akcji przeciwalkoholwej.

Dlaczego pijani do nieprzytomności cieszą się tkliwą sympatią niektórych przechodniów? Jak długo to jeszcze potrwa? O ile odpowiedź na pierwsze pytanie jest łatwiejsza, o tyle na drugie – bardziej istotna”.

Autor nie tyle krytykuje zachowanie pijaka (co oczywiste), ile zastanawia się nad przyzwalająca reakcją współpasażerów tramwajowych. Owszem, urzędowo odwołuje się do regulaminu, bardziej go jednak zajmuje społeczna mentalność. Tekst zgrabnie napisany, z ironicznym przywołaniem religijnego przykazania, z próbą neologizmu („w-siadał” – za pierwszym razem wsiadanie się nie udało, skończyło się lądowaniem na chodniku). Jasne, czytam ten drobiazg z perspektywy późniejszych dokonań pisarza, niemniej da się uznać takie publikacje Mrożka za nawiązanie do popularnych w XIX wieku szkiców fizjologicznych.

 

 

6 lutego 1951 Mroż. (tak, tym razem z kropką) napisał Jest wyjście!, rzecz o masie w domu handlowym: „Po kręconych, niezbyt szerokich schodach wije się tłum. Jedni wstępują, drudzy zstępują. Wszyscy zgodnie następują dobie nawzajem na nogi; tłoczą się. Wskutek przeciwnych kierunków tych wędrówek, powstaje ścisk i niekiedy nawoływania. Są to schody w PDT przy ul. Anny.

Drzewiej bywało, że przy schodach stał woźny, który uprzejmie zwracał uwagę: tędy jest wejście, a wyjście – tam!

Istotnie. Druga klatka schodowa (ta od ul. Anny) jest prawie pusta. Wychodzą tamtędy tylko wtajemniczeni lub wiedzeni instynktem. Bo trudno przypuścić, żeby ktoś, kto wie, którędy się wychodzi, znajdował przyjemność w przepychaniu się przez owe tragiczne schody. Chyba, że…

Chyba, że jest to człowiek, po którym można się wszystkiego spodziewać. Takich można spotkać w dniach wzmożonego ruchu przed kasą np. na II piętrze, gdzie czasem formuje się olbrzymia kolejka. (Wpłacanie należności trwa dokładnie 32 minuty). Tacy wzgardliwie pomijają kolejkę, dyskretnie doczepiają się do okienka. Bardzo trudno ich stamtąd odczepić. Dziwne. Niby nie ryją, niby nie chrząkają… a jednak – jakieś reminiscencje świata zwierzęcego”.

W Krakowie nie ma (nie było też wtedy, o ile wiem) ulicy Anny, tylko Świętej Anny. Dwukrotna dekanonizacja postaci jest niewątpliwie efektem motywowanej ideologicznie oficjalną antyreligijną i antykościelną obsesją. Zastanawia użycie przez Mrożka prościutkiego archaizmu „drzewiej” przy wspomnieniu uprzejmego woźnego – był on tam rzeczywiście w okresie po otwarciu krakowskiego PDT-u, czy też autor odsyła do (może wyobrażonych) przedwojennych czasów? Niedługo w Półpancerzach praktycznych pojawi się subiekt, też przecież niesocjalistyczny zawód.

A 10 marca 1951 ogłosił Mroż. Głąby w śródmieściu: „Mowa o głąbach kapuścianych. Gdy jesienią idziemy przez pola, widzimy całe zagony kapuścianych głów.

Jednak, aby zobaczyć taki zagon głąbów niepotrzebna jest koniecznie jesień ani pole. Wystarczy w sobotę po południu pójść do Klubu Międzynarodowej Książki i Prasy przy ul. Jagiellońskiej. Kogo tam spodziewamy się spotkać? Obywateli obojga płci i różnego wieku, którzy w skupieniu zajmują się lekturą.

Kogo spotykamy? Tak zwanych «facetów». W tych sobotnich i wieczornych godzinach Klub jest okupowany przez «facetów» o fryzurach «hydraulicznych» (ondulacja wodna), manierach nad wyraz swoistych, dających się wyrazić mottem: «Czy widzieliście kiedy takiego przystojnego Tarzana jak ja? I w ogóle zejdźcie mi z drogi, bo mogę wam napluć do kapelusza!»

Nie trzeba dodawać, że tych milordów nie interesuje lektura. Zachowują się – powiedzmy – żywo, zajmują większość stolików, czyniąc sobie z klubu bazę wypadową na pobliski deptak czy bekowisko, uniemożliwiając niejednokrotnie normalnym ludziom zajęcie miejsca i przeczytanie książki lub gazety, pomimo, że podobno w tym celu został tak pięknie i kosztownie wyposażony Klub Książki”.

Mrożek nie eufemizuje odrazy, bez większego ryzyka można założyć, iż natchnęła go raczej muza negatywna: takie właśnie emocje widoczne są w tekście upominającym się o funkcjonowanie publicznej instytucji zgodnie z jej przeznaczeniem. Zgoda, autor współczuł niewątpliwie czytelnikom, a raczej niedoszłym czytelnikom, którym lektura została praktycznie uniemożliwiona, wpierw jednak musiały go oburzyć plebejskie praktyki. Warto zauważyć, że Mrożek w 1951 skończył dwadzieścia jeden lat, lecz nie młodość dochodzi do głosu w przytoczonych szkicach fizjologicznych. Prawda, stały za dziennikarzem autorytet gazety, a także socrealistyczna pedagogika; po wielu latach najistotniejsza jednak w tych tekstach okazuje się dezolacja antropologa.

ADAM POPRAWA

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek