HOME
Anna Piwkowska

Mój Nieborów (III)

Halina czyli Hestia

Kiedy Halina Mikołajska przyjechała po raz pierwszy do Nieborowa, była już legendą. Z archiwalnych ksiąg meldunkowych, które przeszukałam, wynika, że pojawiła się tu w lecie 1979 roku, na chwilę przed karnawałem „Solidarności”. Ale ja pamiętam przede wszystkim zimy z Mikołajską, które w moich wspomnieniach wyświetlają się jak jeden długi film z przewagą bieli. Choćby tę w 1980 roku. Styczeń i luty… Wszędzie leżał śnieg, biały i srebrny jak włosy wybitnej aktorki, a przy nieborowskim stole królował jej tajemniczy czar. To był zresztą czas, kiedy posiwiała i zaczęto ją nazywać „Białą”. Aby oddać cały jej urok, przywołam wiersz Janusza Szpotańskiego z tego czasu, napisany specjalnie dla niej:

 

DO BIAŁEJ

Halinie Mikołajskiej

Niechaj innych zachwyca purpura wspaniała,

soczysta zieleń lasu i niebios szafiry!

Ja dla nich poetyckiej nie nastroję liry.

Gardzę tą pstrokacizną! Mnie zachwyca Biała!

 

Jak Hindus, co w otchłannej grąży się nirwanie,

lub słupnik, co na słupie zamienia się w słup,

godzinami bym klęczał na białym dywanie,

w jej białym buduarze, u jej białych stóp.

 

Niech z nepalskim owczarkiem atrakcyjna Bonja

swym śmigłym jaguarem do Paryża zdąża —

szaleć z Bonją w Paryżu to trywialny cel!

 

O ileż milej w białym salonie rococo

białym płynem z kielicha mącić sobie oko

i Białej intensywną kontemplować biel!

 

Fot. Janusz Sobolewski. Za książką: E. Axer „Z pamięci”, Warszawa, Iskry, 2006.

 

Działaczka opozycji, wspaniała aktorka i piękna, urocza kobieta poświęciła nam, tak zwanej „młodzieży nieborowskiej”, sporo uwagi, choć jej pojawienie się było ważne dla wszystkich chyba gości. Pobyty Mikołajskiej obrosły z czasem wyjątkowymi wspomnieniami. Stanowiliśmy wówczas w Nieborowie zgraną paczkę, którą mój Ojciec w Opowieści o Nieborowie opisał z lekkim przymrużeniem oka, ale też trafnie.

„Mieliśmy w owym czasie w Nieborowie grono zaprzyjaźnionej ze sobą młodzieży ze środowiska warszawskiego. Upodobało ono sobie nadzwyczaj spędzanie wakacji letnich i ferii zimowych w pałacu i parku nieborowskim, otoczonych zresztą nie mniej pięknymi terenami rekreacyjnymi obrzeży pobliskiej Puszczy Bolimowskiej. Niewątpliwą atrakcję stanowiły również konie, trzymane wówczas w stajni pałacowej i przystosowane do jazdy wierzchem, a także raj dla psów-ulubieńców, wśród których prym wiedli Benita, Dagan i Uduś. Do tej grupy wielce przeintelektualizowanej młodzieży należeli: Krzyś Lorentz, Asia i Ania Piwkowskie, Pusia Rottermundówna, Ania i Maciek Miłobędzcy, Marta Białostocka, Justyna Baczówna, Małgosia Szakowska, Andrzej Wende, Mirek Budzyński, Małgosia i Kasia Karwowskie, Dorota Płomińska, Agata Chełchowska. Po pełnych atrakcji dniach spędzanych na łonie przyrody, wieczorami zbierali się w Bibliotece przy kominku, gdzie toczyli długie dysputy metafizyczne, przeciągające się nieraz do północy. Dzisiaj są to już dojrzali ludzie, niekiedy o ciekawych osiągnięciach własnych, którzy dalej trzymają się razem, pomni na związki młodości przeżytej w szczególnej atmosferze nieborowskiego pałacu”.

Pomna na związki z czasów młodości piszę rano esemesa do Krzysia Lorentza: „Napisz mi coś o H. M. Proszę. Z zapachem perfum, kolorem i fakturą sukien (chociaż pamiętam rozkloszowaną brązową spódnicę, malowniczą chustę w kolorową kratę zarzuconą na kożuch i brązowe szpilki)”.

Krzyś odpowiada: „A Mama Kangurzyca? Pamiętasz?”.

Ja: „NIE!!! A na czym polegał konflikt któregoś lata między Florą i Julią Hartwig? To była jakaś rozmowa i chodziło o pryncypia. Pamiętasz? Byłeś oburzony na Florę i tylko to pamiętam! Piszę o Nieborowie subiektywnie, nie obiektywnie, na obiektywnie nie ma szans. Ale długo patrzyliśmy na Nieborów wspólnie”.

Krzyś: „H .M. Zielona sukienka wpadająca w odcień oliwkowy z naszytą kieszenią z przodu. A jeszcze cudny komplet wełniany – sukienka i płaszczosweter z ogromnym kołnierzem, beżowe. Konfliktu nie pamiętam”.

 

Krzysztof Lorentz i Anna Piwkowska

 

Moja bliska przyjaciółka, Justyna Bacz, też pamięta piękną zieloną suknię. Co ciekawe, zapamiętał ją Artur Międzyrzecki… W piątek 11 grudnia 1981 roku, na dwa dni przed wprowadzeniem stanu wojennego zapisał w dzienniku, że wśród zgromadzonych na obradach Kongresu Kultury Polskiej w Teatrze Dramatycznym byli między innymi Andrzej Kijowski, Tadeusz Mazowiecki i Halina Mikołajska „w zielonej sukni, z fryzurą białowłosej markizy”.

Halina Mikołajska doceniała wagę stroju, także w rolach życia. Nawet w tych najbardziej dramatycznych jego momentach. W Sylwestra 1988 roku, tuż przed ostatnim uderzeniem śmiertelnej choroby, Marian Brandys notuje w swoich zapiskach: „Stary rok zakończył się sympatycznie. […] Wspaniała forma Haliny. Piękna, uśmiechnięta, pełna inwencji towarzyskiej. W czarnej atłasowej sukni przetykanej złotą nicią wyglądała jak królowa z bajki”.

Osiem lat wcześniej nam także objawiła się w pałacowych dekoracjach Nieborowa niczym królowa z bajki i szybko zawładnęła naszymi sercami i wyobraźnią. Pamiętam, jak gromadziliśmy się wokół niej w Bibliotece. Ona na zielonej kanapie pod lampą, my często na dywanie u jej stóp, zasłuchani w opowieści. Już wiedzieliśmy, czym jest KOR; ta wiedza unosiła się w nieborowskim powietrzu od lata 1977 roku, kiedy to starszy od nas Maciek Miłobędzki zarządził przepisywanie „Komunikatów” KOR-u na stojącej w kancelarii mego Ojca maszynie do pisania. Wynieśliśmy ją na trzecie piętro do Wieży, gdzie pilnie stukaliśmy w klawisze, ale atmosfera była zupełnie nie konspiracyjna, za to bardzo wakacyjna. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie dopiero pojawienie się przy nieborowskim stole Haliny Mikołajskiej i Tadeusza Mazowieckiego było impulsem do poważniejszego myślenia o tym, co się wówczas działo w Polsce. Chodziłam wtedy z Ojcem i moją siostrą Joanną, czasem także z Mamą, na wszystkie ważniejsze premiery teatralne. Był to czas odkrywania Czechowa i gorączek z przejęcia po spektaklu. Tak było w przypadku Mewy w Teatrze Ateneum z młodą Krystyną Jandą w roli Niny Zariecznej, pod koniec grudnia 1977 roku i rok wcześniej, gdy obejrzałam Wiśniowy sad w Teatrze Współczesnym. Dyrektorem teatru, a jednocześnie przyjacielem Mikołajskiej, był Erwin Axer, kolejny wieloletni gość Nieborowa, korzystający z gościnnych pokoi od lat pięćdziesiątych aż do swojej śmierci 5 sierpnia 2012 roku. Towarzyszyła mu zwykle wybitna scenografka Ewa Starowieyska. Tworzyli parę stylową, błyskotliwie inteligentną, dowcipną i bardzo wobec siebie czułą.

W Wiśniowym sadzie w teatrze Axera podziwiałam Mikołajską w roli Raniewskiej, choć utożsamiałam się całym sercem z Anią, którą wówczas grała młodziutka Joanna Szczepkowska. W znakomitej biografii Joanny Krakowskiej o Mikołajskiej znajduję opis więzi jaka łączyła w tamtych latach Halinę Mikołajską i Erwina Axera. Mikołajska w roku 1977, gdy nasiliły się wobec niej represje z powodu głębokiego zaangażowania w działalność KOR-u, notowała: „Erwin z niezwykłym uporem i godnością bronił mnie do tej pory, narażając siebie i teatr na różnego rodzaju przykrości i «upośledzenia», o czym wiem nie od niego, ale drogą pośrednią”. To dzięki przyjaźni Axera i jego konsekwentnej postawie wobec ówczesnej władzy nigdy nie utraciła etatu we Współczesnym, a w lipcu 1981 roku, gdy trwał karnawał „Solidarności”, stanęła na scenie Współczesnego jako pani Alving w Upiorach Ibsena. Dyrektor i jego aktorka spotykali się także przy nieborowskim stole.

Znowu dzwonek powiadomienia. Nowy esemes od Krzysia, a w nim zdjęcie mosiężnej popielniczki, dużej z wygrawerowanym szlaczkiem. Taka sama popielniczka przez długie lata stała na stoliku w nieborowskiej Palarni. Paliła Mikołajska, palił Axer, palili Mazowiecki i Juszczak. Namiętnie paliła profesor Ada Jaworska i Aleksander Gieysztor. Paliła pani Ewa Lorentzowa, profesor Jerzy Szapiro i Robert Jarocki. Palił Kapuściński i Mrożek. Kto wówczas nie palił? W Nieborowie papieros po obiedzie i kolacji to był rytuał towarzyszący długim rozmowom, czasami namiętnym dyskusjom.

Krzyś: „Kupiłem na aukcji staroci”.

Odpisuję: „A Ty jeszcze palisz? Czy to tylko wspomnienie po Dunhillach? Pamiętam, były w czerwonym i w zielonym pudełku. Które z nas miało takie papierosy w latach osiemdziesiątych i skąd? Były cienkie i brązowe. W każdym razie zaciągaliśmy się jedynie dla gestu. Przynajmniej ja”.

Krzyś odpowiada od razu: „Prawie nigdy nie palę, jeszcze elektroniczne, ale bardzo słabym stężeniem wapuję. A to będzie na drobiazgi na biurku albo w przedpokoju. Ona pachnie jak w Palarni”.

Od razu dopadły mnie zapachy Palarni. Mocny zapach brązowej skórzanej kanapy i foteli, perfumy pań, dym z papierosów zmieszany z zapachem obiadu, biszkoptu na deser i poobiedniej kawy. Jeszcze zapach pasty, bo codziennie rano podłoga w palarni i drewniane schody prowadzące na pierwsze piętro były solidnie pastowane. Dzisiaj przy rannej kawie napisałam patrząc na popielniczkę – znalezisko, przysłane przez Krzysia, i myśląc o tamtej, z nieborowskiej Palarni: „To jest mosiądz, prawda?”.

Krzyś zaraz odpisał: „Tak. Przed wojną chyba robiono ten sam wzór z brązu, także złoconego – znalazłem taką w internecie, z herbem grawerowanym. Też bez sygnatury, nie wiadomo kto to produkował. Te są chyba z lat 50. Były jeszcze kubeczki na papierosy z tym samym brzegiem. Nawet miałem taki w ręce, ale nie chciałem go”.

Ja: „W Nieborowie nie było kubeczków”.

Krzyś: „No właśnie. A poza tym na ołówki był za mały”.

 

 

Gdy w styczniu 1980 roku Halina Mikołajska przyjechała po raz kolejny do Nieborowa, dla nas, młodzieży nieborowskiej, to było wydarzenie i przeżycie nie tylko niezwykłe, ale także kształtujące. Inteligentna, błyskotliwa, zabawna, trochę nas wszystkich uwodziła. Ja i moje przyjaciółki, Justyna Bacz i Małgosia Szakowska, byłyśmy wtedy rok przed maturą. Chłopcy – Krzyś Lorentz i Maciek Miłobędzki, już wtedy studenci, przeprowadzali wielką aktorkę po śniegu, z pałacu do pawilonu „na telewizję”, w pantoflach na obcasach, w kożuchu zarzuconym na ramiona, mocno trzymając ją z obu stron pod ręce. Pamiętam śmiech, zachwyt, dużo ślizgania – trochę naprawdę, a trochę na pokaz, dla zabawy. Był wtedy w Nieborowie także Tadeusz Mazowiecki. Dla nas, z jego perspektywy dzieciaków, zawsze uroczy i skłonny do rozmowy. Nazywaliśmy go Naszym Smokiem, bo był powolny, charyzmatyczny i jak smok tajemniczy. A także baśniowy. Chodziło chyba o skrzydła, które wtedy ukrywał, stulone. Miał je rozwinąć 12 września 1989 roku, gdy powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego. Wieczorami zasiadaliśmy w nieborowskiej Bibliotece. Mikołajska w zielonej sukni na zielonej kanapie pod lampą. Czytała nam, skupionym wokół, wiersze drukowanego w drugim obiegu Miłosza, Wata, Barańczaka i Herberta. Przekazywała nie tylko nieocenzurowaną literaturę, ale była także uosobieniem nieocenzurowanego świata. To wtedy po raz pierwszy usłyszałam wiersz Miłosza Który skrzywdziłeś. Z tamtej zimy zachowało się charakterystyczne wspomnienie Andy Rottenberg. Opowiadała Piotrowi Parandowskiemu (co ten zapisał w swojej książce Goście Nieborowa), że w styczniu 1980 roku, kiedy przyjechała na kilka dni do Nieborowa była świadkiem pewnej sceny. Prawie pusty Nieborów, zarówno pałac jak i pawilon, gdzie Anda z mężem dostali pokój. Po kolacji poszli do sali telewizyjnej na parterze pawilonu, aby obejrzeć „Dziennik”. Nieoczekiwanie zastali tam grupę około dziesięciu osób zajętych rozmową. By im nie przeszkadzać usiedli w tylnym rzędzie. Towarzystwo momentalnie opuściło salę. Anda zdążyła rozpoznać Tadeusza Mazowieckiego i Halinę Mikołajską. Innych nie zapamiętała, nie byli jeszcze powszechnie znani. Mówiło się, że to było tajne zebranie KOR-u „u Mikołajskiej” w Nieborowie.

Zanim pojawiła się w Nieborowie, jej postać przewijała się czasami w rozmowach gości, zwłaszcza w opowieściach Erwina Axera. Axer tak ją opisywał we wspomnieniu opublikowanym w „Dialogu” w 1989 roku: „[…] twarz o rysunku kamei, piękna głowa, którą lekko na bok przechylała, osadzona na łabędziej szyi, szczupłe, dość długie ramiona, kształtne, proporcjonalne dłonie, tak ważne na scenie, głos bogaty, o zabarwieniu indywidualnym, ćwiczony, o skali szerokiej, giętki także w śpiewie, dykcja łatwo sięgająca dalekich rzędów, z leciutką skazą, która dyskwalifikuje słabych artystów – wielkim przydaje czaru, bo jest częścią ich osobowości – pozwoliły jej grać wszystko niemal”. Związana przyjaźniami z ludźmi ze świata sztuki, literatury i polityki a także Kościoła, żona Mariana Brandysa, natychmiast wpisała się w aurę Nieborowa, a metafizyczny, nieborowski sejsmograf przyznał jej rolę królowej i czarodziejki. Przynajmniej ja tak ją postrzegałam. Pamiętam wieczór, gdy odgrywała dla nas w Bibliotece monodram według Józefa i jego braci Tomasza Manna, z którym wówczas występowała w różnych miejscach w Polsce, ale także w Paryżu, Kopenhadze, Sztokholmie i Londynie. Nosił chyba tytuł O długim czekaniu. Oprawę muzyczną do tego nieborowskiego przedstawienia przygotował Krzyś, korzystając z luksusowego na owe czasy sprzętu, jakim był magnetofon kasetowy Sony, przywieziony z Waszyngtonu przez Danutę i Edwarda Iwaszkiewiczów. Krzyś wybrał na tę okazję między innymi Das Wohltemperierte Klavier Bacha w nagraniu Światosława Richtera… Widzę Mikołajską, jak w pewnym momencie wstaje i opiera się lekko o kominek recytując fragment o tym, jak Jakub napotkał przy studni Rachelę, jak ją pokochał, a potem tę straszną noc, gdy zorientował się, że stary podstępny Laban zamiast Racheli przysłał mu w noc poślubną starszą z sióstr – niekochaną. Pamiętam gest ręki wielkiej aktorki, lekki grymas ust, gdy teatralnie spuentowała: „To była Lea”. Bił od niej blask. Wszyscy poczuliśmy ten nabokovowski dreszcz na plecach. Dreszcz zachwytu, zgrozy i wzruszenia. Poczuliśmy zawód Jakuba, ale także siłę jego miłości, gdy zgodził się służyć za Rachelę kolejne siedem lat.

Był także jeden niezapomniany wieczór, gdy w Wieży Gałczyńskiego, gdzie mieszkała, czytała dla kilkorga gości wiersze Barańczaka z drugiego obiegu i Miłosza z szarozielonego tomiku wydanego przez Niezależną Oficynę Wydawniczą NOWA. Recytowała wtedy także mój ulubiony Walc Miłosza. Wpisywał się w krajobraz nieborowskiego pałacu. „Już lustra dźwięk walca powoli obraca / I świecznik kołując odpływa w głąb sal. / I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza, / Sto luster odbija snujący się bal”. A potem nagła zmiana nastroju, dźwięk gniewu i bólu. „Jest rzeka na wpół lodami przykryta / I niewolnicze na brzegach pochody, / Nad siną chmurą, ponad czarne wody / W czerwonym słońcu, błysk bata”.

To były prawdziwe „lekcje Mikołajskiej”, które nas kształtowały, obok rozmów przy nieborowskim stole i „domowych klechd”, czyli opowieści rodzinnych. Małgosia Szakowska do dzisiaj wspomina, że gdy miała piętnaście lat usłyszała wypowiedziane przez mojego Ojca mimochodem zdanie, że „przecież Związek Radziecki nie będzie trwał wiecznie”. Śmieje się, że to było dla niej prawdziwie obrazoburcze objawienie. Nie będzie to chyba nadużycie, kiedy powiem, że może za sprawą kontaktu z Mikołajską, idei które nas wtedy przeniknęły, jesienią 1981 roku, już studenci, wszyscy stawiliśmy się na strajku na Uniwersytecie Warszawskim. Polonistyka strajkowała u siebie, od strony Oboźnej. W Audytorium Maximum siedzieli matematycy. Staliśmy z Krzysiem „na bramce” i wpuszczaliśmy strajkujących studentów na wykłady Michnika i Kuronia, albo na filmy, które wyświetlano wieczorami.

Rozdyskutowana strajkująca młodzież… Justyna Bacz do rana śpiewała i grała z Kubą Michalskim na gitarze Cohena i Kaczmarskiego. Pamiętam bitwę na śnieżki, Wojtka Pieniążka, który strajkował na wydziale etnologii i przyszedł pożyczyć Małą Apokalipsę Konwickiego. Miałam ją od „Budzyka”, mojego przyszłego męża, który nie strajkował, bo nie był jeszcze studentem. Pracował w „Więzi”, przychodził pod bramę Uniwersytetu z czekoladą „Luksusowa” i wychodziłam do niego na przepustki. Na strajku nocowaliśmy w sali numer 4 na wydziale polonistyki, razem z Jurkiem Sosnowskim, jego dziewczyną Danusią i Magdą Jaworską, która później, w roku 1984 została pierwszą Miss Polonia. Okrzyknięto ją najpiękniejszą Polką i nagrodzono koroną. Potem studiowała filozofię i napisała ciekawą książkę Być albo nie być Miss. Bardzo się na strajku zaprzyjaźniłyśmy. Magda zginęła tragicznie w 1994 roku.

Kulminacją i największym przeżyciem naszego „solidarnościowego” strajku okupacyjnego rozpoczętego 12 listopada była obecność przy pacyfikacji Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, której studenci-podchorążowie rozpoczęli strajk 25 listopada, protestując przeciwko podporządkowaniu uczelni wojskowym przepisom i domagając się autonomii oraz objęcia uczelni ustawą o szkolnictwie wyższym. Było bardzo zimno, prószył śnieg, staliśmy w zbitym tłumie obserwując brutalną interwencję ZOMO, nad budynkiem szkoły pojawiły się helikoptery. Baliśmy się, ale byliśmy także niesamowicie podekscytowani wspólną tam obecnością, krótko mówiąc studencką solidarnością. Władze wówczas zdecydowały się na siłowe rozwiązanie protestu i pacyfikację WOSP.

11 grudnia 1981 roku w piątek, po naciskach i prośbach ówczesnego rektora profesora Henryka Samsonowicza studenci Uniwersytetu Warszawskiego zakończyli strajk. Czuć było, że coś się szykuje i że nasi profesorowie zwyczajnie się o nas martwią, niepokoją. Spakowałam swój wojskowy plecak, który kiedyś należał do Tomka Jastruna, a który dostałam od mojej przyszłej ciotecznej teściowej, aktorki i reżyserki Jadwigi Marso. W jaki sposób ona weszła w posiadanie tego plecaka, w którym być może przewożona była paryska „Kultura”? Nie pamiętam. Dość, że plecak „po Jastrunie” robił wrażenie, podobnie jak moje bohaterskie trzewiki i perkalowa spódnica w sprane różyczki, którą uszyła mi Mama. Spódnicę nosiłam do czarnego, męskiego, „egzystencjalnego” swetra. Dar od Magdy, która zwinęła go ojcu. Sweter nosiłam przez trzy lata studiów. „Budzyk” napisał taki wierszyk o tamtych czasach:

 

Zachęcającym gestem

skinęła w moją stronę.

Nie miała nic pod swetrem

w pasy szaro-zielone.

 

Rym wymusił zmianę koloru legendarnego swetra. Pakowałam więc „plecak Jastruna” i czekałam na matematyków, którzy na prośbę Krzysia mieli zabrać mnie samochodem do domu na Żoliborz. W końcu przyjechali. Za kierownicą siedział Maciek Strzembosz, Krzyś przyszedł po mnie i zapakował mnie wraz z plecakiem do samochodu. Odwożono wiele osób, w samochodzie było ciasno i wesoło. Odjechaliśmy coś śpiewając. Za dwa dni, 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny. A już w styczniu aresztowano za działalność opozycyjną w stanie wojennym grupę matematyków, w tym naszych przyjaciół Krzysia Lorentza i Krzysia Kucharskiego. Chodziłyśmy z Magdą na rozprawy i byłyśmy świadkami wspaniałej mowy obrończej Władysława Siły-Nowickiego. Studentów wypuszczono z więzienia po pół roku. Pamiętam, że w więzieniu siedziały także dziewczyny. Władysław Siła-Nowicki porwał salę swoim wystąpieniem, a ja zapamiętałam tę frazę: „Nie mogę pojąć – grzmiał – jak to się stało, że ci młodzi chłopcy o płomiennych oczach i te piękne dziewczyny w ogóle się tutaj znaleźli?”.

 

 

No właśnie, jak to się stało, że wielka dama sceny polskiej, Halina Mikołajska, trafiła w grudniową, pierwszą noc stanu wojennego do aresztu śledczego na Grochowie, potem 15 grudnia przerzucono ją helikopterem razem z Anką Kowalską i Władysławem Bartoszewskim do Jaworzna, następnie 10 stycznia więzienną suką po kilkunastogodzinnej podróży przewieziono ją do ośrodka internowania w Gołdapii, a następnie do Darłówka? Z internowania wyszła 29 kwietnia 1982 roku. Można także zapytać jak to się stało, że 16 grudnia 1981 roku w Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” zginęło dziewięciu górników? Byliśmy wtedy całą rodziną w Nieborowie, dostaliśmy specjalną przepustkę, aby spędzić święta razem z Ojcem. Pokoje gościnne były nieczynne, co chwila brakowało prądu, były przerwy w ogrzewaniu. Park tonął w śniegu, na którym widać było tylko ślady zwierząt. Tak ponurego świątecznego nastroju nigdy potem nie przeżyłam. Czuliśmy się ograbieni z nadziei, przerażeni krwawymi wypadkami w „Wujku”, pełni niepokoju „co dalej”?

Rok później, w zimowy wieczór stanu wojennego, poszłyśmy z Magdą Jaworską do Teatru Polskiego, aby obejrzeć Halinę Mikołajską grającą w Wyzwoleniu Wyspiańskiego w reżyserii Kazimierza Dejmka. Premiera odbyła się 15 lipca 1982 roku. Przedstawienie stało się po kilku miesiącach legendarne, choć odczytywane przez publiczność wbrew intencjom Dejmka, który zrobił przecież przedstawienie pełne ironii i sarkazmu, próbując obnażyć myślowe stereotypy i szkodliwe narodowe mity. Jednak publiczność szalała, urządzając Mikołajskiej owacje po każdym wyjściu na scenę. Ta była zażenowana i głęboko przybita tym, że już nigdy nie usłyszy „prawdziwych” oklasków będących hołdem dla jej scenicznej gry, nie zaś dla patriotycznej, opozycyjnej działalności. Tamta zima tak jak poprzednia była ostra i śnieżna. Wokół świateł latarni na Krakowskim Przedmieściu krążyły duże płatki śniegu, była zawieja. W światłach, na scenie, wspaniała Mikołajska – Hestia wypowiadała słowa: „Weź topór – zrób czyn”. A Stary Aktor mówił: „Mój ojciec był bohater a my jesteśmy nic”. O tym przedstawieniu Dejmka Paweł Konic napisał: „Otóż na niektórych przedstawieniach w Teatrze Polskim – mieliśmy wszystkie elementy wiecu. W pierwszym punkcie: oklaski na kwestie wyrwane z kontekstu znaczeń przedstawienia czy owacje, w których uznanie dla interpretacji roli przez wybitną artystkę przechodziło w aplauz dla jej działalności pozascenicznej. […] Jedyne ścisłe, obiektywne stwierdzenie, jakie mogę zrobić, to to, że niektóre przedstawienia Wyzwolenia przestawały być teatrem politycznym, jakim zresztą w stosunku do kwestii polskiej jest cały teatr Wyspiańskiego i jakim jest przedstawienie Dejmka, natomiast stały się wiecami. A skoro już jesteśmy przy wiecach, niech mi będzie wolno zakończyć okrzykiem: «Refleksja polityczna – do teatru!», «Walka polityczna – na wiece!»”.

Powtarzała się w nieborowskich opowieściach historia, że kiedy Mikołajska przyjechała do Nieborowa po internowaniu, w listopadzie 1982 roku, od kilku dni przebywał tam już minister Tejchma. Bo stół nieborowski choć owalny, był przecież stołem okrągłym, gościł czasami postaci z różnych stron politycznej barykady. Mój Ojciec tak opisał to spotkanie dysydentki z przedstawicielem aparatu władzy: „Po jej przyjeździe (Mikołajskiej) przyszedł do mnie (Tejchma) i z przepraszającym wyrazem twarzy oznajmił, że musi wyjechać do Warszawy w pilnych sprawach służbowych. Potem pośpiesznie opuścił Nieborów. Zapamiętałem ten incydent, wielce nietypowy, kiedy prominent reżimu w tak elegancki sposób ustępował pola dysydentce. A może miał już dość ataków ze strony partyjnego betonu za swój liberalizm?”.

To słowo „liberalizm” w stosunku do Józefa Tejchmy znowu stawia pytanie o postawy tamtych czasów i charakterystyczne dla części inteligencji „dwójmyślenie”. Tejchma, za Gomułki członek Biura politycznego KC, po wypadkach grudniowych 1970 notuje w bibliofilsko wydanych Refleksjach:„Strzelanie do robotników było czymś tak niewybaczalnym dla partii robotniczej, że nie trzeba było szukać innych źródeł mojej determinacji udania się do Gomułki z żądaniem, by odszedł”.

Gomułka składa rezygnację, Tejchma zostaje. W roku 1974 obejmuje tekę ministra kultury, którego to stanowiska nie dostaje Mieczysław Rakowski, choć też się o nie ubiega. Pełni funkcję ministra w latach 1974-1978 oraz 1980-1982. Po jego śmierci przypomniano, że „najbardziej charakterystycznym przejawem jego «liberalnego» myślenia o kulturze jest obrona Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy”. Być może, jednak prysnął z Nieborowa przed Mikołajską. Z kolei Zofia Kucówna opowiadała w „Wysokich Obcasach” w lutym 2009 roku o swoich spotkaniach z Mikołajską w Nieborowie w latach osiemdziesiątych: „Halina, jak zawsze zajętą sprawami opozycji, każdego wieczoru po kolacji prowadziła zażarte dyskusje z profesorem Andrzejem Ryszkiewiczem. Pan profesor, trzeźwy racjonalista, opowiadał się za pragmatyzmem i racjonalizmem, a Halina, gorąca romantyczka, walczyła o wartości moralne”.

Faktycznie były to porywające rozmowy, w których jak w soczewce odbijała się cała niejednoznaczność tamtych czasów i postaw polskiej inteligencji. O tym pobycie Mikołajskiej w listopadzie 1982 roku mam jeszcze wspomnienie Krzysia Lorentza, który zapamiętał moment, kiedy był w Nieborowie tylko ze swoją mamą Ewą Lorentzową i Haliną Mikołajską. Zdarzały się takie okresy, że na początku tygodnia było jeszcze pełno gości, a potem wszyscy się rozjeżdżali i pałac pustoszał. Szczególnie w listopadzie, który był miesiącem od lat przeznaczonym na remonty i pracownicze urlopy. Ale zawsze ktoś zostawał, nawet gdy trzeba było przystać na zimne kolacje i obiady w pobliskiej restauracji „Na Rozdrożu”. Wtedy jednak kuchnia jeszcze działała, musiał to być więc początek listopada. Znowu próbujemy z Krzysiem uporządkować wspomnienia więc esemesy krążą wieczorem między Żoliborzem a Bielanami.

Krzyś: „H. M. była też w listopadzie 82, ale wtedy nic się nie działo, bo byliśmy tylko w trzy osoby w Nieborowie. To znaczy dla mnie się działo, bo co rano zanosiłem jej kawę i śniadanie, siedziałem przy jej łóżku i słuchałem kolejnych fragmentów tekstu, który pisała”.

Ja: „To wtedy ponoć wyjechał Tejchma, gdy się dowiedział, że przyjechała. O czym pisała?”.

Krzyś: „Ten tekst jest chyba zupełnie nieznany, znam go ja jako pierwszy recenzent i znał chyba Raszewski. Miała to dać Muzeum Teatralnemu. O kulturze i stanie wojennym. Były tam cudownie zjadliwe fragmenty o kolaborujących kolegach. Ona miała świetne pióro. To było świadectwo historyczne, które zamówił u niej Raszewski. Mogło być nawet obłożone zastrzeżeniami udostępniania”.

Ja: „No właśnie. Czy my jesteśmy Ostatnimi Strażnikami Grobowca?”.

Krzyś: „Wszyscy ludzie tak mają. Poza wybrańcami bogów oczywiście. Sędzia Szerer mówił mi, że żyje za długo, bo wszyscy pamiętający to, co on umarli. Czapski też tak czuł. Miłosz też tak mówił. Kto poza mną ma w oczach nieokorowany pień sosny podpierający przez dwie skrzyżowane deski sufit Sali balowej? Telefon na korbkę w Szatni pod Orłami?”.

Krzyś ma nade mną przewagę, bo pamięta Nieborów jeszcze sprzed remontu w roku 1968. Przyjechał tam po raz pierwszy z rodzicami w 1964 roku. Miał cztery lata. Rozłączamy się, bo chcę jeszcze zadzwonić do Piotra Mitznera i zapytać o pisany w Nieborowie tekst Mikołajskiej. Piotr mówi, że może coś na ten temat wiedzieć Joanna Krakowska i przy okazji dorzuca swoją anegdotę o Halinie Mikołajskiej. Przywoziła do ich domu w Podkowie Leśnej Mariana Brandysa, który nagrywał tam swoje wspomnienia na dyktafon. Dyktafon się ciągle psuł, ale Mikołajska była świetnym inżynierem. Zawsze go potrafiła naprawić. Była także kierowcą swego męża. Gdy parkowali przed domem Mitznerów, w niewielkiej odległości za nimi zawsze zatrzymywał się jakiś samochód. Kierowca cierpliwie czekał i gdy wyruszali z powrotem ruszał za nimi. Przypomina mi się opowieść Achmatowej o różnych „Wasiach”, którzy mokli w ogrodzie Domu nad Fontanką, znudzeni i zmarznięci, bo przeważnie nic się nie działo. Piotr obiecuje przysłać mi adres mailowy do Joanny Krakowskiej, czyni to natychmiast po rozmowie, i jak to on dorzuca jeszcze jakże aktualny wiersz Antoniego Słonimskiego, również gościa Nieborowa, o tym, że warto uciec od gwaru miasta w nieborowskie lasy.

 

PAMFLET

 

Plunąć by na to wszystko i zatrzasnąć drzwi

Od tych cholernych naszych heroicznych czasów.

Szkoda może ostatnich już pogodnych dni,

Mazurskich jezior, Obór, nieborowskich lasów.

Niemęska to jest sprawa schodzić z pola bitw,

Lecz chciałoby się wytchnąć, odejść choć na chwilkę

Od politycznej giełdy, klik, mafii i sitw

I na stronie sam z sobą poszeptać jak Rilke.

Albo pisać mistycznie skandynawskie nudy,

Że chłop, że Bóg, że kosmos huczy w liściach drzew,

Cóż, kiedy mam alergię taką do obłudy,

Że cholera mnie bierze, zalewa mnie krew.

Gdy czar rzuca na biedną Tytanię Oberon,

Gdy nie spędzony kijem ze sceny Tartuffe!

Świat ginie! – krzyczą tchórze, więc kto jeszcze żyw,

Na pożar Rzymu lutnię ma stroić jak Neron?

Gdy argentyński klerk, paryski odszedł mistrz,

A bigot, przyszły wódz, czeka u drzwi ambasad,

Chwal ludzką myśl, obrońco kartezjańskich zasad,

A głupstwo, fałsz i mit szyderczym piórem niszcz!

 

Genialny w swoich diagnozach Słonimski, zdziwiłby się zapewne widząc, jak bardzo aktualny jest dzisiaj jego wiersz sprzed wielu lat i sprzed wielu ustrojów. Nie ufając pamięci, ale ciekawa co Mikołajska pisała w 1982 roku w Nieborowie, sięgam jeszcze raz do świetnej książki Joanny Krakowskiej Mikołajska. Teatr i PRL. Faktycznie autorka wspomina List Haliny Mikołajskiej do Zbigniewa Raszewskiego, maj – grudzień 1982 [list na życzenie adresata rozwinięty w opis przeżyć w okresie internowania]. Odpis zachował się w archiwum domowym Haliny Mikołajskiej. To chyba nad tym tekstem pracowała w Wieży Gałczyńskiego, gdy Krzyś przynosił jej śniadania do łóżka.

W listopadzie 1982 roku spotkała się z Mikołajską w Nieborowie jeszcze inna wybitna kobieta, profesor Irena Huml, historyk sztuki i profesor nauk humanistycznych. Dzieło jej życia to między innymi prekursorskie badania nad sztuką użytkową od przełomu XIX i XX wieku po czasy współczesne. Jako jedna z pierwszych podejmowała temat polskiego rzemiosła artystycznego, designu, tkaniny artystycznej, biżuterii, ceramiki i szkła artystycznego. Do Nieborowa przyjeżdżała od lat sześćdziesiątych. Prywatnie mama Justyny Bacz, była mi bardzo bliska. Justyna przysłała mi dzisiaj wieczorem fragment jej pamiętnika dotyczący tamtego pobytu:

 

Nieborów, 8 listopada 1982

Wracam do pamiętnika. Jestem od tygodnia w Nieborowie, gdzie przyjechałam, aby zanurzyć się w intelektualnej atmosferze i zająć wreszcie pisaniem. […]

Dziś jednak chcę zanotować atmosferę wieczoru, który spędziłam słuchając opowiadania p. Haliny Mikołajskiej, aktorki, prawie postaci symbolicznej znanej ze swojej działalności w obronie spraw robotniczych, członka KOR (Komitetu Obrony Robotników), później działaczki „Solidarności”. Należała ona do pierwszych internowanych, wypuszczona na wolność po pięciu miesiącach. Niezmiernie interesujące były jej refleksje na temat czasu spędzonego w odosobnieniu i reakcji na sprawy rozgrywające się wokół niej, zarówno z jej udziałem, jak i bez niego.

Opowiadała o tym np., że odmawiano podpisania tzw. lojalki (deklaracji lojalności) nawet w krańcowo trudnych wypadkach zagrożenia własnego życia (dwie internowane, które w czasie transportu uległy wypadkowi i doznały wstrząsu mózgu). Objawy wstrząsu długo nie ustępowały więc lekarz z międzynarodowego czerwonego krzyża zalecił przewiezienie chorych do szpitala, gdzie znajduje się oddział neurochirurgii: chorym podsunięto jednak deklarację uzależniającą od tego ich przewiezienie. Odmówiły. P. M. nie zna ich dalszych losów. Wstrząsnąć musi każdym zamierzone, antyhumanistyczne postępowanie, choć jest ono częstym zjawiskiem.

Najbardziej ciekawe były jednak jej refleksje natury psychologicznej. Analiza reakcji w sytuacji, kiedy człowiek czuje się zamknięty, nawet jeżeli dom ma normalne okna i drzwi oszklone, gdzie pozornie jest kontakt ze światem. Drobiazgi stają się ważne, a nawet b. ważne. Wcale nie zimno, brak należytego wyżywienia, lecz właśnie możliwość zdobycia lampki do czytania czy przywileju nie wstawania na apel, wreszcie umiejętności opanowywania się, kiedy wyczytują imię i nazwisko, aby podać pocztę, a czynią to w sposób prowokujący, pokazując swoją władzę.

Mowa też była o nadchodzących rocznicach i ewentualnych demonstracjach i o ich celu oraz pozytywach i negatywach. Wieczór na pewno wyjątkowy, jak i osoba, która była jego pierwszą gwiazdą.

 

Tak, Halina Mikołajska z pewnością była gwiazdą pierwszej jasności w nieborowskim planetarium. Dużo później dowiedziałam się, że przed śmiercią zdążyła wziąć jeszcze udział w pierwszych prawie wolnych wyborach 4 czerwca 1989 roku. Zaniesiono ją do punktu wyborczego na noszach. Umarła 17 dni później.

ANNA PIWKOWSKA

Fragment książki „Mój Nieborów”przygotowywanej dla Państwowego Instytutu Wydawniczego.

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek