HOME
Jacek Hajduk

Nad Owidiuszem (18)

Jeden z moich mistrzów, nieżyjący już Stanisław Burkot, wielki znawca polskiej prozy XIX i XX wieku, powiadał, że istnieją dwie możliwe strategie lekturowe. Pierwsza polega na tym, że najpierw czytamy dostępną literaturę przedmiotu, a następnie – z całą tą wiedzą – sięgamy po interesujące nas Dzieło. I druga – odwrotna: zaczynamy od Dzieła, nie czytając wcześniej niczego, co mogłoby wpłynąć na nasz odbiór, i dopiero później rozglądamy się dookoła.

W codziennej praktyce lekturowej sprowadza się to do pytania: czy zanim weźmiemy się za daną książkę, powinniśmy wiedzieć o niej to, co inni, czytający ją przed nami, wyczytali z jej kart?

Szkoła ułatwia nam sprawę: podręcznik (bądź nauczyciel) mówi nam expressis verbis, z czym będziemy mieli do czynienia, „co autor miał na myśli” i co należy wpisać na formularzu maturalnym. Ma to zapewne jakieś swoje zalety – np. zapoznaje ucznia z kanonem literatury; trzeba też zająć czymś klasę przez 45 minut… Ma jednak zasadniczą wadę – w istocie uniemożliwia nawiązanie wtedy (a często, na skutek zduszenia myślenia krytycznego, także i później, w życiu dojrzałym) poważniejszej więzi z tekstem.

Przychodzą mi teraz do głowy dwa utwory (choć dotyczy to setek innych), których dopiero samodzielna, dojrzała lektura pozwoliła uchwycić mi ich sens nie-szkolny.

Pierwszy to Romeo i Julia – sztuka, którą dopiero po latach przeczytałem naprawdę, bez szkolnego filtra, i zdumiony odkryłem, że niekoniecznie jest to wstrząsająca i rzewna „tragedia miłości”, ale raczej błyskotliwa, przewrotna gra z konwencją – niemal parodia tragedii, w której Szekspir igra z patosem, teatralnością i naiwnym sentymentalizmem. Drugi to Iliada – dzieło, które tradycja każe nam czytać jako epos rycerski, pochwałę cnót wojennych i heroicznego oddawania życia za ojczyznę i ideały; tymczasem w mojej lekturze – podobnie jak w odbiorze tłumaczy Homera, Józefa Wittlina i Ignacego Wieniewskiego (czy nie pod ich wpływem?) – odsłoniła się przede mną jako rozdzierający dramat wojny, pełen bólu, gniewu (nie tylko tego małostkowego) i milczącego wołania o pokój.

Nie kto inny przecież, ale Achilles (i właśnie w Iliadzie!), ów archetyp rycerza, wyznaje Odyseuszowi:

 

Jedna nagroda, czy ktoś od bitwy stroni, czy walczy;

Mężny rycerz i tchórz tej samej czci zażywają,

Śmierci ulega po równi mąż uznojony i nicpoń,

Żadna z tego mi korzyść, żem się tak srodze nacierpiał,

Raz po raz narażając swe życie w zapasach wojennych.

 

I nieco dalej:

 

Jeśli zaś bóg Ziemiotrzęsca przesławny da dobrą przeprawę,

Mogę na trzeci już dzień żyznoskibną Ftyję zobaczyć.

Wielem tam bogactw zostawił, gdym tu – niestety – wyruszył.

 

Co więc istotnie myśli największy spośród greckich bohaterów walczących pod Troją? Czy aby na pewno jest demonem wojny, któremu marzenie o sławie pośmiertnej odbiera rozum? A i w późniejszej Odysei ten sam Achilles – choć już nieżyjący – mówi do tego samego Odyseusza:

 

O nie zachwalaj mi śmierci, Odysie, mój ty świetlisty!

Wolałbym raczej, jak rataj, na cudzej znojąc się roli,

Biednemu służyć mężowi, co z trudem wyżywić się może,

Niźli tu pośród umarłych królować wszystkim umrzykom!

 

Nie widzę tu – w przeciwieństwie do przeważającej większości badaczy Homera – braku konsekwencji między dwoma eposami w konstrukcji bohatera. I nie widzę w Iliadzie – w przeciwieństwie do powszechnej wykładni – apoteozy wojny. Ale cóż, mi już wolno. Niechby tylko spróbował uczeń szkoły średniej!

Metamorfozy mają w dziejach kultury zachodniej – na szczęście dla poety i dla nas, jego czytelników – wiele żywotów równoległych, i właśnie może jako dzieło trudne i niejednoznaczne nie podzieliły losu wessanych, przeżutych i wyplutych z niesmakiem „lektur szkolnych”. Nie znaczy to jednak, że tradycja nie znalazła dla tego utworu poręcznej szuflady: zbiór mitów.

Czym wszakże jest dzieło naszego rzymskiego poety jeśli nie Krótkim zebraniem METAMORFOZ albo PRZEKSZTAŁTOWAŃ OWIDYUSZA ku używaniu Młodzi, i łatwemu poięciu Mitologii SŁUZĄCE (wyd. 1805, Warszawa)?

 

 

Ot, zbiór bajek.

Owszem (o czym już pisałem): zachód po-antyczny poznawał mity Greków i Rzymian głównie za sprawą Metamorfoz. I owszem, owa pieśń ciągła (carmen perpetuum), obejmująca dzieje „od początku świata aż po nasze czasy”, wpłynęła w ogóle na myślenie Europejczyków o „kulturze grecko-rzymskiej”. Opowieść o przemianie to jednak tego dzieła warstwa zewnętrzna, autorski trick, pomysł na świeże ujęcie znanych przecież od wieków tematów.

We wstępie do Metamorfoz, które w serii BN ukazały się w 1996 roku, Stanisław Stabryła pisze: „W ostatnich dziesięcioleciach podejmowano wielokrotnie próby wykazania, iż poemat Owidiusza ma przemyślaną strukturę, ujętą w harmonijny system z określonymi punktami centralnymi, symetrycznym układem poszczególnych części, a w konsekwencji jednorodną tendencję i ogólną wymowę. Jednak nawet najbardziej pomysłowe koncepcje zmierzające do odkrycia w Metamorfozach uporządkowanego układu opartego na proporcji i symetrii nie doprowadziły w efekcie ani do odnalezienia w tym utworze nadrzędnej idei porządkującej, obejmującej wszystkie jego ważniejsze aspekty, ani też kryterium jednoczącego wszystkie elementy tworzące jego strukturę”.

Kiedy czytam Metamorfozy w uniesieniu – to wierzę, że napisał je w uniesieniu wielki poeta; ale gdy studiuję je na chłodno – zachodzę w głowę: jak stworzyć je mógł jeden, rozumiany biologicznie, człowiek… I z tą niedającą spokoju niewiedzą już zapewne zostanę. Wszystko bowiem, co napisano o Metamorfozach (a napisano sporo!) – jest, bardziej lub mniej przekonującą, zawsze tylko fantazją autora danego (włącznie z tym) komentarza. Z dwóch strategii lekturowych, o których mówił Burkot, to ta druga – tj. Dzieło najpierw! – jest nie tylko, wobec ogromu opracowań i komentarzy, jedyną w istocie możliwą do zastosowania w czasie przeciętnego żywota, ale też tą, która zabiera czytelnika prosto do celu – czym (i gdzie) by on nie był.

Jak dzieła naprawdę wielkie, Metamorfozy domagają się lektury samotnej, nieuprzedzonej, wolnej od zewnętrznych podpórek. Nie dają się sprowadzić do jednej wykładni, nie poddają się systematyzacji, nie chcą być „zrozumiane” raz na zawsze – a może nawet: w ogóle. Wymykają się.

Literatura jest trudem, który autor – zawsze odsłaniający się tylko w małej części – i czytelnik – zawsze konkretny, pojedynczy, szukający w Dziele także siebie samego – podejmują wspólnie. Spotkanie ich nie jest ani łatwe, ani nawet pewne; wymaga dobrej woli, cierpliwości, czasem też wielkiej odwagi. Ale jeśli do niego dochodzi – choćby na moment – zostaje ślad, nieuchwytny, lecz trwały. Jakby na chwilę słowo odzyskiwało swoją wagę.

JACEK HAJDUK

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek