Sonet ósmy cyklu drugiego: „Nic. Tylko piłki”
Tacie – w zaświatach
Jerzemu – w drodze
Kiedy piszę te słowa, 1 lutego 2026 roku, mój Tata, Lwowianin i dziennikarz sportowy, nie żyje od dwóch tygodni. Dwa ostatnie dni przeżył pod tlenem. Dźwięk koncentratora tlenu to najbardziej kojący dźwięk, jaki znam. Słuchaliśmy go jeszcze w domu długo po tym, jak Tata przestał widocznie oddychać, a pulsoksymetr pokazywał zanikające tętno. Przeżyliśmy, Tata i ja, razem, na tym niedoskonałym świecie, 55 lat. Kiedy układałam tytuł tego cyklu interpretacji, myślałam raczej o leżących pod tlenem w pandemii, myślałam o zmarłym w grudniu 2020 roku moim wspaniałym Profesorze i Przyjacielu, wybitnym mediewiście, historyku idei i antropologu literatury, Dariuszu Cezarym Maleszyńskim. Nie myślałam, że Pod tlenem – 55 sonetów tyle – i tak nagle – znaczy. I że sonetowi o piłce będę się przyglądać z sierocej perspektywy.
Suwerenna mądrość poezji, której jestem świadoma od wielu lat, i tym razem się ujawniła, olśniewająco.
Okazało się, że piszę słowa o sonecie, jaki Rilke opatrzył dodatkowym epigrafem: In memoriam Egon von Rilke. Cały cykl Sonetów do Orfeusza, w obydwu swoich częściach, jest poświęcony młodziutko zmarłej tancerce, ale ten jeden sonet, „wyrażający przemijalność” („das die Vergänglichkeit ausdrückt” [1]), postanowił poeta opatrzyć dodatkową dedykacją.
Kim był Egon von Rilke? Najpierw dzieckiem, które żyło zaledwie siedem lat (1873-1880), dalej synem Jaroslava von Rilke (1833-1892), radcy prawnego i notariusza w Pradze [2] – starszego brata ojca Rainera Marii. Zatem Egon to kuzyn, brat stryjeczny Rilkego, zmarły w dzieciństwie. Prócz upamiętnienia w omawianym tu sonecie, posłużył też poecie jako wzorzec postaci zmarłego dziecięco Erika Brahe w Maltem (1910), najprawdopodobniej o nim również mowa w Czwartej Elegii z Duino – „der Knabe […] mit dem braunen Schielaug”, co Stefan Napierski pięknie spolszcza jako „chłopaczek ów o ciemnym zezie” [3]. W przytaczanym liście do matki z 24 stycznia 1924 roku poeta pisze, że często myśli o postaci młodo zmarłego kuzyna, towarzysza zabaw dziecięcych i że wraca do niego pamięcią, zauważa, iż pozostaje dla niego Egon „nieopisywalnie wzruszający” („unbeschreiblich ergreifend”), jako ten, który uosabia smutek i bezradność kondycji dziecięcej („das Traurige und Hilflose des Kindseins”).

Sonet, zwany nierzadko sonetem o piłkach, powstał między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot i dotyka królewskiego tematu Rilkego – dzieciństwa (a także opozycji: dziecko / dorosły) oraz kwestii zasadniczej dla szeroko pojętej nowoczesności – kwestii nieprawdziwej strony cywilizacji miejskiej, jej fałszywej tonacji: ogrody, gdzie grano w piłkę, byłyby wówczas oazami na wielkomiejskich pustyniach. Dzieci rzucające piłkę i czekające, aż któreś z nich ją złapie i znów – owym wspaniałym łukiem – odrzuci, są jak najbardziej prawdziwe, ich zabawa nie mieści się ani w regułach świata dorosłych, ani w domenie przyśpieszającej nowoczesności, życia w pędzie, życia nieuważnego. Dziecko to najdoskonalsze, bo bezwiedne, wcielenie formuły homo ludens. Przemijanie, przyspieszone nagle, a dotykające dziecka niejako w samym środku zabawy, jego łuk życia prędki jak lot rzuconej – i już za chwilę spadającej – piłki, przywołuje śmierć wszechobecną, śmierć-podszewkę tego, co beztroskie i ludyczne.
Wszyscy polscy tłumacze zachowali osobną dedykację poety dla Egona von Rilke, umieszczając ją – podobnie jak to jest w oryginale – pod tekstem sonetu i zachowując brzmienie pierwotne „In memoriam Egon von Rilke” (tak Mieczysław Jastrun, Adam Pomorski, Andrzej Lam – to chyba słuszniejsza decyzja) lub dając spolszczenie „Pamięci Egona von Rilke” (tak Bernard Antochewicz):
Jastrun:
Wy, nieliczni towarzysze zabaw dzieciństwa, tak odległego dzisiaj,
w ogrodach miasta porozpraszanych,
jak podobając się sobie i stroniąc odszukiwaliśmy się,
i jak z szepczącym liściem baranek
rozmawialiśmy milcząc. Naszej radości przygodnej
nie był nikt właścicielem. Czyją była w istocie?
I jak gubiło się wszystko pod krokami przechodni
w długiego roku trwodze i tęsknocie.
Wozy nas okrążały obco, głucho się oddalały,
domy nas otaczały twardo, lecz nieprawdziwie – żaden z nich wtedy
nie znał nas. Cóż więc istniało w końcu
we wszystkim? Nic. Tylko piłki. Ich łuki, ich lot wspaniały.
Nawet nie dzieci… Lecz jedno niekiedy,
ach, znikające, wchodziło pod piłkę spadającą.
Antochewicz:
O, dzieciństwa minionego nieliczni druhowie
w rozproszonych ogrodach miasta was widzę,
jak się znów odnajdując, spodobaliśmy się sobie
i, jak jagnię z mówiącym liściem
rozmawialiśmy milcząc. A gdy świat naszą radość budził,
do nikogo nie należała. Czyją więc była w końcu?
Jakże się rozpraszała wśród spieszących ludzi
i w trwodze długiego roku.
Wozy otaczały nas obco, mijając pośpiesznie,
domy osaczały nas ciasno, lecz nieprawdziwie, –
i żaden nas nie znał. Więc co było prawdziwe we wszechświecie?
Nic. Tylko piłki. Ich łuki wspaniałe, przedziwne.
Także nie dzieci…, lecz czasem jedno stawało szybko,
acz, odchodzące pod spadającą piłką.
Pomorski:
Garstko wspólników zabaw dziecięcych w ogrodzie,
w parkach śródmiejskich: pośród chowanek
wabiąc się wzajem, ale bocząc się w zgodzie,
jak ten z karteczką wymowną baranek
milczkiem mówiliśmy. To zaś, co radość budzi,
brało się znikąd. Nie z nas, skądś z boku.
I znów rozproszy się w tłumie spieszących się ludzi,
w niepokojach długiego roku.
Obce pojazdy sunęły zewsząd, o biada!
mur kamienic szedł na nas, twardy a nierealny, –
któryż z nas dom kiedy znał? We wszechświecie
cóż było prawdą? Nic. Lot. Łuk triumfalny
piłki. Nie dzieci nawet… Jedno z nich przecie,
ach, znikome, wybiega do piłki, co spada.
Lam:
O wy nieliczni już dzieciństwa towarzysze
w miejskich ogrodach rozrzuconych wkoło:
jak myśmy się znaleźli, poznali się bliżej,
i jak baranek ze wstęgą mówiącą,
mówili, milcząc. Gdyśmy się cieszyli,
radość była niczyja. Któż z nas miał ją?
Tak między ludźmi, którzy gdzieś spieszyli,
upływał w lęku każdy długi rok.
Wozy krążyły obco wokół nas, by zniknąć,
domy nas osaczały, nierealne, – żaden
nas nigdy nie znał. Co w tym świecie było?
Nic. Piłki tylko. Ich łuki wspaniałe.
I dzieci też nie było… Jedynie na chwilę
weszło jakieś czasem pod spadającą piłkę.
Sonet jest prosty jak zabawa dziecięca. Jak gra w piłkę. Ci tłumacze – Jastrun i Pomorski – którzy dodają od siebie przerzutnie, jakich nie ma w oryginale, naruszają reguły tej zabawy. Wers „Nic. Tylko piłki. Ich łuki wspaniałe” w wygłosowej strofie – najlepiej brzmi u Antochewicza i Lama – jest jak dobry rzut piłki, dobrze złapany. Jeden dodaje słowo „przedziwne”, drugi zmienia szyk z prostego „Tylko piłki” na inwersyjny „Piłki tylko” (dlaczego? – nie wiadomo), ale to drobiazgi wobec drastycznego naruszenia samej struktury wersu, jakie pojawia się u Jastruna i Pomorskiego – przez translacyjnie amplifikowaną przerzutnię. Pomorski robi coś jeszcze – kładzie na pierwszym planie semantycznym i akcentuje lot, a nie piłkę: „We wszechświecie // cóż było prawdą? Nic. Lot. Łuk triumfalny / piłki” – wprowadza zatem przerzutnię międzystroficzną, potem zmienia punkt ciężkości wersu z „piłki” samej na jej „lot”, i wreszcie – w kolejnej dodanej w przekładzie przerzutni międzywersowej – proponuje ryzykowną metaforę.
Co znaczy akcent na „piłkę”? Akcent na reguły gry dziecięcej? Taka prostota, bezprzerzutniowa właśnie (choć pamiętamy, że w innych sonetach są łamania wersów, nieraz bardzo finezyjne), bezpretensjonalna w szyku, jest strictedziecięca. I tylko mimochodem wspomina się tu o śmierci dziecka, jak o niechcianym spalonym, jak o piłce, która z miejsca zabaw wytoczyła się na ruchliwą ulicę (i dziecko po nią nieostrożnie wybiegło…). Ale przecież to temu dziecku, towarzyszowi najbardziej beztroskich chwil w życiu, Rilke przypisuje sonet.
Pamiętam lato 1982, gdy trwał Mundial w Hiszpanii, a my rozgrywaliśmy w wielkopolskim Sierakowie, codziennie przed południem mecze, jakie miały być po południu transmitowane w telewizji; graliśmy na wielkiej, pięknej łące – do jednej bramki, usytuowanej między dwiema brzózkami. Mieliśmy po dwanaście, trzynaście lat, ale pomysłodawcą tych rozgrywek był mój – wówczas ponad czterdziestoletni – Tata. Codziennie cała ekipa dziewczyn i chłopaków stukała do nas, do letniego domku, i zapraszała: „Panie Andrzeju, gramy?”. Sama lubiłam być na lewej obronie. Rok starszy ode mnie kolega świetnie piąstkował w bramce. A Tata – nie sędziował nawet. Grał z nami. Wszyscy wiedzieli, że kiedy jest na miejscu, trzeba grać fair. Był najmłodszy z nas duchem, mimo że o pokolenie starszy. Dziecięca radość jego gry w piłkę jawiła się jako – niekwestionowana.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] W liście do matki z 24 stycznia 1924 roku. Cyt. za: Ingeborg Schnack, Rainer Maria Rilke. Chronik seines Lebens und Werkes. 1875-1926. Register. Ergänzungen zu den Jahren 1878-1926, s. 892.
[2] W roku 1873 ojcu Egona nadano tytuł szlachecki („Ritter von Rüliken”).
[3] Rainer Maria Rilke, Elegie duinezyjskie. Przekład autoryzowany Stefana Napierskiego, przy współpracy Witolda Hulewicza, wstęp Marjanny Thalmann. Warszawa, Nakładem Księgarni F. Hoesicka, 1930, s. 19.