HOME
Ewa Bieńkowska

Rzym, wiosna 2026

Przedwiosenne późne popołudnie. Zachmurzone, z odsłaniającymi się czasem płatami błękitu. Jestem w Rzymie, moją dzielnicą jest rione Monti. Przez godzinę trzyma mnie w swojej władzy doświadczenie, którego nigdy nie zaznałam z taką siłą. Miasta, które nią promieniują, muszą spełniać kilka warunków. Należy do nich długi wiek i współżycie historii ze współczesnością, dawnego i dzisiejszego. To nie są muzea pod niebem, ich starość niekiedy wydaje się żywa; niekiedy się kryje. Nie muszą to być miasta ludne, ale tutaj tak jest. I momenty, gdy odnajduję mimo wszystko miejsca opuszczone (na chwilę opuszczone!) są wyjątkowo cenne – bo zaraz ten stan, ta prywatność zostaną nam odebrane. Przejście rozćwierkanej wycieczki młodych mniej zakłóca spokój niż pary turystów o nawiedzonym obliczu, zatrzymujące się przed każdym portalem.

Takie doświadczenie z pewnością można powtórzyć, wracając do tych samych miejsc, ale wtedy trzeba liczyć na odtworzenie zbyt wielu okoliczności naraz, podobnej aury i podobnego stanu ducha. Ale czy coś takiego naprawdę da się powtórzyć? Mamy taką szansę, jak długo będzie istniał ten fragment rzeczywistości, pozostawiony sobie, bez nadmiernych zabiegów ocalających… Oznacza to, że godzimy się na powolny rozpad, na powrót składników do stanu pierwotnego, bez napięć, bez zróżnicowań, co w końcu oznacza zbliżanie się do stanu nieistnienia. Tak nam, studentom wydziałów humanistycznych, tłumaczono kiedyś słowo entropia, na którą wszystko jest skazane. Trwanie, bez ludzkiej interwencji, jest nieskończone, ale w tym sensie, że oznacza niezauważalne i nigdy całkiem dokończone postępowanie ku wyciszeniu, wyrównaniu.

 

 

Gdzie tego doświadczam? Odpowiadam: Rzym, dzielnica Monti, via Baccina, początek trzeciego tysiąclecia. Już określając czas i nazywając miejsce, tak przemawiające do mnie – daję znak, że znajduję się wewnątrz historycznego systemu, którego początek możemy wskazać, natomiast niepodobna w żaden sposób przymierzyć się do idei jego końca. Minęło dwa tysiące lat, odkąd ta epoka, dość późna w skali ziemskiego czasu, organizuje naszą wyobraźnię, wkręca się w zakamarki naszego życia… A ta jeszcze wcześniejsza, z którą mam tutaj co krok do czynienia? Przecież i z niej czerpiemy pamięć, oceny moralne, historyczne analogie, zależności między zjawiskami. Nawet percepcję zwykłych rzeczy, nadawanie nazw, organizowanie czasu i przestrzeni czerpiemy z tych odleglejszych źródeł.

Zaraz! Jakie to „systemy” mam na myśli, przypisując im tak rozległe kompetencje? Są dwa tu, gdzie jestem. Nakładające się na siebie, przenikające wzajemnie: Rzym starożytny i Rzym chrześcijański. Przełom sprzed mniej więcej dwóch tysięcy lat zaczął się wraz z grupą ludzi, szybko się rozrastającą, skupiającą się w tych samych miejscach, świętującą te same chwile. Ta grupa ludzi narzuciła system organizacyjny, któremu dane było długie trwanie, bo przy drobniejszych zmianach zachowuje swoją identyczność. Mimo różnic są podobieństwa między oboma systemami, drugi dużo nauczył się od pierwszego i okazał się w sumie sprawniejszy; w pewnej chwili utożsamił się z tym, co otrzymało kiedyś nazwę „cywilizacji przodującej”. Miał odpowiadać na wszystkie pytania i wyznaczać każdemu jego miejsce na Ziemi i poza nią. Opanował więc (miał przynajmniej takie założenie) wszystkie płaszczyzny jednostkowe i zbiorowe, dotarł do najgłębszych warstw odczuwania. Zarówno u ludzi wykształconych, jak i prostych zapanował nad myśleniem z wyjątkową siłą, trudno było myśleć inaczej, na własną rękę czy korzystając z obcych źródeł. Nie wiem, skąd zachowałam w głowie wierszyk-piosenkę rozpisującą ciąg liczb naturalnych na odpowiadające im rzeczy podstawowe: „Powiedz, co jest jeden? Co jest dwa? Co jest trzy?…”. Odpowiedź była oczywista dla wszystkich: Jeden jest Bóg, Dwie są natury Chrystusa, Trzy są Osoby Boże, Cztery cnoty kardynalne… Można tak długo. Materiału nie zabraknie, będzie zawsze pod ręką. Składniki mają wyrażać się liczbowo – dla zaprowadzenia ładu w sprawach ludzkich i ponadludzkich. „System” został rozprowadzony po planecie, postępując za handlem i podbojami, tak jakby te przyziemne rzeczy zostały pomyślane tylko po to, by dać okazję do syntezy: ujednolicenia ludzi na globie ziemskim, a zwłaszcza ich obyczajów i wyobraźni.

Idę wąską i krętą ulicą. Bezludną w tej chwili. Ściany o brudnordzawej powierzchni odsłaniają tu i tam surową cegłę, z biało obrzeżonymi prostokątami drzwi i okien, które sobie odpowiadają aż w głąb ulicy, tam, gdzie skręca. Czyżby była niezamieszkana? Gdybym sama nie pochodziła z tego świata, gdybym nie pamiętała, o co w tym systemie chodzi, mogłabym się czuć jak przeniesiona we śnie w zupełnie niepodobne, z niczym mi się niekojarzące miasto. Tu kiedyś coś się musiało rzeczywiście dziać. Aby odnieść tak całkowitą przewagę, nowy system działał jak pożar. Coś się stało i wiadomość o tym przenosiła się od drzwi do drzwi, z okna w okno, wnosiła ruch od progu do progu. Dla niektórych był to dokument cesarski, dla innych, pewnie znacznie mniej licznych, nowina, że rychło zapanuje sprawiedliwość. Po tym pierwszym zderzeniu mamy niewiele pozostałości. Zostały ślady, z których dzisiaj z trudem odczytujemy pierwszą ideę. Na przykład w kościele San Clemente na Lateranie albo w San Lorenzo in Miranda na Forum oba systemy zamieszkały razem, lecz całkowicie się ignorując. Ale znaków, nawiązań jest pełno. Trzeba nauczyć się je czytać. Tak mogłyby wyglądać myśli przybysza z obcej planety, zwiedzającego obce miasto. Rozpoznaje on, że są zagadkowe w wyznawanych treściach, ale za to czytelne w strukturze i organizacji przestrzeni.

Zwalniam kroku. Przypominam sobie, jak w czasie studiów na filozofii zachwycał mnie pomysł istotowego poznawania rzeczy. Oczyścić spojrzenie tak, by uchwycić istotę… I naraz czuję, że ten pomysł chwieje się na krawędzi fikcji. Kształty, barwy, odległości; ich rozmieszczenie jest zarazem prawdziwe i nieprawdziwe, bo są podwójne, są i nie są sobą. Pewne budynki – i jest ich dużo – noszą nazwy dla podkreślenia, że mają dodatkowe istnienie, ważniejsze od istnienia materialnego. Może to być kościół, nieduży i pusty, ogłaszający ponad wejściem swoją nazwę – ta może budzić zdziwienie, gdy spojrzymy na nią wzrokiem obojętnego przechodnia. Nazwy niektórych budowli są pomyślane, jak gdyby wedle jakiejś dziecinnej logiki. Nie poprzez osobę, której ma być oddana cześć, lecz przez jakiś przedmiot, który z nią kontrastuje albo przez cechę wobec niej zewnętrzną. Budzi to we mnie rodzaj refleksu poetyckiego, bliskiego przekory. Nie szukam daleko. Mam faworytów, cztery okrągłe kościoły, ustawione po dwa w dwóch wyjątkowych punktach Miasta. Dwa są u brzegu Forum Trajana (mieszkam obok), dwa u wejścia na majestatyczną Piazza del Popolo. Świątynki z niedużymi kopułami, z których każda różni się pewnymi szczegółami od drugiej, a wszystkie znamionują równowagę i swobodę rzymskiego baroku. Nad Forum Traiani, o dobre piętro wyżej (zabytki są zwykle tym niżej, im są starsze, tkwiły pod poziomem ulicy i trzeba było je wykopywać), w niedużej odległości od siebie stoją bliźniacze budynki, cały ich wdzięk jest w kopułach, narzucających przechodniom od razu grę pod tytułem: znajdź możliwie największą liczbę różnic! Ich imiona? Proszę: Kościół Najświętszego Imienia Maryi i Matki Bożej z Loreto. Na Zatybrzu spotykamy Marię Siedmiu Boleści i rzeczywiście, na rzeźbiarskim przedstawieniu widać siedem pokaźnych mieczy rażących w drobną pierś Madonny. Czemu pobożny artysta chciał dać pierwsze miejsce: mieczom, bólowi, obrazowi macierzyństwa? Osoba Cierpiącej doznaje abstrakcyjnego oddalenia, co staje się jeszcze jaskrawsze, gdy kłaniamy się jej Sercu albo jej Imieniu, albo jej Miłosierdziu. Taki stosunek do nazw abstrakcyjnych określano wśród średniowiecznych filozofów „realizmem”: słowo (pojęcie) samo z siebie jest czymś realnym… Zastanawiałam się często czy jest to może odruch obronny? Aby nie mieszać zbyt mocno obu sfer: ludzkiej i boskiej?

 

 

Poniżej pozostaje świat zgniecionej potęgi: szczątki kolumn, pilastrów, łuków, murów, mozaik. Pokonało ją coś małych rozmiarów, kopułka jak balonik powietrza. Czuwa nad wyciągniętym z podziemia olbrzymem, kolumną Trajana, gdzie spiralnym ruchem posuwa się w górę pochód siły. Jeśli chrześcijaństwo nie mogło przekreślić, unicestwić jakichś rzeczy mu obcych, umiało je przekształcić i przyswoić. Oba małe kościoły są zwycięskie, w samym rozplanowaniu przestrzeni, w przeciwstawieniu kształtów. Duch przeciw nagiej sile? To nie tak. I tamta siła była konstrukcją inteligencji i woli ładu; i duch nie rezygnował z mięśni – z siły i pieniędzy. Dodam, że podobna sytuacja powtarza się jeszcze raz: na obrzeżu Piazza del Popolo. Podobieństwo jest podwójne: i funkcji, i estetyki. Okrągłe świątynki czuwają u wlotu dwóch ważnych ulic na ważny plac miasta, ozdobiony zdobycznym obeliskiem. Tutaj rozpoczynał się wymarsz legionów. Nazwy kościołów, Santa Maria in Montesanto, Santa Maria dei Miracoli, tak dalece przesuwają centrum swego hołdu, że została zatarta obecność istoty ludzkiej, kobiety, matki, którą te dziwne nazwy chcą zatrzeć, przesuwając zainteresowanie z tego, co istotne (osoba) na coś względem niej zewnętrznego. Przyzwyczailiśmy się do tego w świecie katolickim: imiona, sanktuaria, serca, miecze zadające rany, nawet olej, w którym święty był męczony, mogą być przedmiotem kultu. Ludzi niewychowanych od małego w tym języku takie pomysły zadziwiają i trudno tu się obronić przed myślą o jakimś animistycznym przesądzie…

 

 

A może jest jeszcze inaczej? Ulica pozostawiona sobie, nazwa niedająca się wyraźnie odczytać z tablic w gęstniejącym mroku (w Rzymie są one z tego samego kamienia co ściany i pismo płytko jest ryte) podsuwają myśli o treściach, które je wypełniały, a w jakimś momencie opuściły te formy. Miasto już wtedy uważano za wieczne i nadal nosi to miano. Przez dwa tysiące lat odnoszono je do pewnej chwili, fantastycznej i rzeczywistej, symbolicznej i trywialnej. Ta chwila przełamywała czas na dwoje, na rachubę wstecz i rachubę do przodu; ku Narodzinom i ku Końcowi świata. Tu, gdzie się znajduję, każda miarka ziemi, każdy kamień położony na kamieniu, postawiony świeżo fundament, wzniesiony mur, wyodrębniony kształt miał przypominać właśnie o tym, co zastąpiło porządek rzymski i odtąd, z wszystkimi rzeczami świata miało się odnosić do nowego rachunku. Pewien protestancki filozof w XX stuleciu nazwał to zwięźle: Od Stworzenia do Apokalipsy. Wędrujemy, my, całość gatunku ludzkiego, od pierwszego do drugiego punktu. To niejako program historiozoficzny sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej! Odtąd wszystko, w każdym momencie istnienia nieprzeliczalnego, nieogarnionego kosmosu, odnosi się do tej kalkulacji.

Każda budowla, droga, kamień brukowy nosi w sobie dodatkową metrykę, świadectwo przynależności do tego, co stało się kiedyś, przed wiekami… Musimy sobie wyraźnie uświadomić: jesteśmy w świecie, który mówi o swojej zależności od czegoś innego. Skręcająca ulica, niewysokie domy po obu stronach, co jakiś czas ustępujące miejsca płaskiej fasadzie opuszczonego kościoła, w ciemności zgęszczającej się przede mną. Rzeczy chcą przypominać o tym, na czyją chwałę, na czyją pamiątkę zostały stworzone. Mamy więc, w największym skrócie, punkt wyjścia i jakiś niepewny punkt dojścia sprawy, która mnie tutaj osaczyła. Od założenia Miasta ku nieogarnionej jego przyszłości (chwały i potęgi?) Od początków nowego systemu, który wybrał to Miasto dla rozpowszechnienia na całą ziemię Dobrej Nowiny. Dwie fantazje? Dwa wysiłki opanowania, nazwania granic stawianych temu, co jest: początek i rozwiązanie. To ostatnie będące razem wielkim strachem i jakąś (kosmiczną?) apoteozą. Rzym kończył się strachem przed barbarzyńcami. Wcześniej na tym terenie, pagórkowatym i ożywionym przez rzekę, bystrą zimą i na wiosnę, ustalono na zawsze inny początek i inny koniec. Liczenie czasu od założenia Rzymu to też jakieś rozwiązanie. Jego unicestwienie – przynajmniej w tej postaci, w jakiej się dotąd liczył – było również nieuniknione. Dlatego ważny był rachunek ab Urbe condita, wobec którego wszystko, cokolwiek się przydarza, miało być ustawione.

I naraz to stare zaklęcie przestaje się liczyć, traci siłę wywoławczą, zastąpione zostaje innym, młodszym: Anno Gratiae lub Anno Salutis Mundi – roku takiego i takiego. Świat chrześcijański potrząsa liczbą, która buduje rzeczywistość wokół siebie. Zaczęło się niepozornie, w którymś roku panowania jakiegoś imperatora. Jeśli jakakolwiek rzecz nie ugięła się przed tą liczbą, oznacza to po prostu, że nie istniała, albo należy do innej przestrzeni – do wyobraźni, czyli do historii bez metryki, co na jedno wychodzi. Świat skłamany, wymyślony, niepodporządkowany jednemu aktowi narodzin, w zasadzie nie powinien był istnieć, gdyby rzeczami rządziło bez wyjątków jedno jedyne prawo. Aż dziw, że historia, nareszcie uporządkowana przez chrześcijaństwo, nie wykluczyła odgórnie wydarzeń tej pierwszej, rzymskiej, która zawsze mogła się stać konkurencją, choćby znacznie słabszą, nieposiadająca tak potężnych podpór. Kłamstwa fantazji, czyli snujące się wokół całkiem innych współrzędnych, zostały pozostawione w spokoju, z myślą, że nie mogą już być groźne. Była to decyzja przedwczesna i lekkomyślna. Przyjdą czasy, gdy nowy system z jego fantastycznym początkiem w nieznanym miasteczku na Bliskim Wschodzie, będzie traktowany na równi z legendami o założeniu Miasta, a datowanie spraw ludzkich w latach Zbawienia straci swój specjalny sens, czyli sens po prostu.

Jestem w Rzymie, więc wszystko odnosi się do rzeczywistości rzymskiej. Dawniej do jedynej skali, jaką ludzie wtedy znali: chronologia panowania rzymskich władców. I cała ta legenda o tym, jak się Rzym tworzył i jak rósł w potęgę, której nie można było postawić na równi z żadną inną. Symbolizuje to parę miejsc stłoczonych na niewielkiej przestrzeni miasta: Kapitol, Forum, Bramy i Drogi w różne strony świata, brukowane wielkimi kamieniami, jak gdyby przemierzali je ludzie o skali znacznie większej niż nasza. A chyba naprawdę byli mniejsi? Szczególnie udane ludzkie wytwory zawsze otrzymywały wsparcie ze strony potęg nadludzkich. Jak więc mierzyć wiek rzeczy, które od zawsze nazywano wiecznymi? Ziemia i sklepienie niebieskie nie trzymają się takich samych kodeksów jak to, co wychodzi z naszych rąk. Trzeba pogodzić się z tym, że panuje nad nami dwuwładza. Każda jej część działa wedle własnych kompetencji, a ogrom jej zakresu usuwa za każdym razem za horyzont, w niepamięć, tamtą ludzką połowę albo zamienia ją w cień. Czym jest prawo nadane, czym jest świętość wtrącająca się w sprawy ludzi wobec potężnych sił destrukcji lub genezy? Wobec wybuchu wulkanu zmiatającego z powierzchni całe miasta lub wobec nakazu spajającego ze sobą mężczyznę i kobietę?

Jest słynna sentencja z kamienia nagrobnego, która się zachowała i w zdumiewająco dokładny sposób pokazuje, jaka jest naprawdę miara człowieka. Jak w zeszycie szkolnym z maksymami łacińskimi. „Nie było mnie. Byłem. Nie będzie mnie”. Gdyby Rzym miał być takim zeszytem zapisywanym przez Boga albo przez Jego skrybę, trzy tryby czasu nigdy by się ze sobą nie rozdzielały, nie dałyby się zapisać jako coś, gdzie jedno oddziela się od drugiego i trzeciego. Może coś takiego: czwarty ewangelista (ten, który nie był Rzymianinem) próbował oddać to w swojej księdze. Świat przeminie, ale Słowo nie przeminie. Nie dlatego, że jest ponadczasowe (co by to miało być?), lecz ponieważ jest ze wszystkich czasów.

Wracam do mojej magicznej ulicy (zresztą nazywa się tak zwyczajnie…). Czas, który się na niej zatrzymał, wydaje mi się z obu porządków naraz: jest ziemski, telluryczny, pod władzą rzymskiej Tellus. W półmroku substancja jej wyraźnie nosi na sobie znamiona kamienności, otchłanności: jest jak przetkana żyłkami żelaza, kolor brudnobrunatny. Ma ślady dawności, długiego przebywania w głębi podziemnej macicy, a potem długiego schnięcia na powierzchni. Kamienie są jakby puszyste od zużycia, zarazem wabią do dotknięcia i powstrzymują rękę. Doświadczyłam, więc wiem: dotyk kłóci się z intuicją i najprzykrzejsze jest wrażenie złudzenia, czy nawet oszustwa: nie tego oczekiwałam. Wyobraźnia podpowiadała dotyk sypki i jedwabisty, jakby w wyniku negocjacji z twardością, oporem skały. Pozostał mi jeszcze odruch położenia ręki na czcigodnej kolumnie jednego z rzymskich forów, to rodzaj hołdu zmieszany z odczynianiem lęku. Ludzie wznoszący mury z wąskich cegieł z gliny byli naszymi przodkami. Można powiedzieć, że właściwie nas wymyślili, nasze klasy szkolne, nasze trybunały, nasz klasycyzm, nasze fantazmaty podbojów. Nasz nacjonalizm, który za świętość uznaje ziemię i przodków.

Oczywiście, moja tajemnicza ulica nosi, na przykład, imię Alessandrina i domyślam się, że chodzi o jednego z papieży o imieniu Aleksander. Cała dzielnica Monti roi się od papieskich nazw: Via Clementina, Urbana, Paolina, Leonina, Sixtina. Otwierają inny sposób liczenia czasu, inny, bardziej konkretny rodzaj świętości. Prawdę mówiąc, gdy tutaj przyjeżdżam, hołd dla rzymskiej starożytności jest zwykle krótki, choć szczery – chcę szybko zabrać się do czegoś innego. Sprawa poważna otwiera się, gdy zaczynają mnie ciasno otaczać inne odniesienia, inne formy. Zwłaszcza że w Rzymie będzie to rodzaj oblężenia, od którego nie ma ucieczki. Trwa oblężenie przez imiona papieży i przypisywane im zasługi, wypisane na frontonach. A co robią ogromne ekrany telewizyjne przykrywające niemal jedną trzecią fasady Santa Maria Maggiore (drugi ekran jest od strony absydy), najpiękniejszej fasady kościelnej Rzymu, cudu wdzięku mimo monumentalności. Złościłam się głośno. Jak może to zaakceptować papiestwo, tak uważne na honor swoich symboli? Odpowiedział mi śmiech (czy warto dodawać: to był mój śmiech…) „Pieniądze, lube pieniądze, wy macie czarowną siłę!”. Góry napisano i wyśpiewano o ekranach na Santa Maria Maggiore w XIX-wiecznej warszawskiej komedii muzycznej. Od dwóch tysięcy lat to się nie zmieniło, zawsze znajdzie się argument za położeniem pieniędzy na pierwszym miejscu. Jak się dziwić, kto ma się zająć przetrwaniem parafii, małych oratoriów i kaplic, śladów tradycji i obyczajów… Co innego wielkie budowle, z których utrzymania w dobrej formie z pewnym powodzeniem wywiązuje się państwo.

Niestety, kosztem przyjezdnych, skazanych stale na oglądanie placu budowy w miejscu cudów architektury. A przecież niektórzy czekali latami, czasem byli zmuszeni odłożyć podróż na niewiadomą przyszłość. I naraz jaki zawód. Są wreszcie tutaj, stoją przed jednym z tych ziemskich-nadziemskich fenomenów, których kształt, raz dostrzeżony jak z ukosa w szkolnej wycieczce, został utrwalony na siatkówce, w zwojach mózgu. W tej postaci pozostaje na zawsze, jeśli nie dotknie nas amnezja. Jeśli tak, można się zdziwić, po co koniecznie powtarzam przeżycie, tak czy owak już zachowane. Tu znowu wkracza tajemnica trudna do rozwikłania, choć oczywista jako fakt. Dlaczego potrzebujemy powrotów i powtórzeń? Należą one do innej ekonomii niż ta, której podlega widzenie czy nawet utrwalanie. Wiedział o tym Stendhal, wiedział Proust i Paul Morand…

A teraz wyobraźcie sobie koszmar: przyjeżdżam, prowadzona jednym pragnieniem: zobaczyć na nowo! A kiedyś w sytuacji bardziej podstawowej: zobaczyć po raz pierwszy. Idziemy na spotkanie z bijącym sercem. Ulubiony, wyczekiwany kształt jest ściśle oblepiony rusztowaniami, na których panoszą się reklamy – wyraziste, doskonale pomyślane, tak jak nigdy dzieła sztuki nie będą, nawet w miejscach im poświęconych. Budowle na szczycie Kapitolu, w których maczał palce Buonarroti — ten zuchwały projekt połączenia dawnego z nowym, dziś przykryty deskami, jak wykreślony z planu miasta. Sant’Agnese in Agone, która chroni delikatnym ramieniem Piazza Navona, przykryta szachownicą rurek i szmat. Santa Maria in Trastevere, gdzie nie tyle pracują ludzie, lecz uwijają się pracowite maszyny. A co powiedzieć o wejściu do prastarej bazyliki San Clemente, która w całości poświęcona była mozaikom w absydzie i dosłownie przestawała istnieć, odcięta od nich. Tak właśnie jest: nic nie pozostało widzialne z zielono-złotej czaszy, gdzie Krzyż stawał się naraz symbolem czegoś pogodnego, w czego bliskości świat pięknieje i raduje się. A czasem – nieczęsto, na szczęście – potykamy się o coś zaplanowanego na długą przyszłość. Wyasfaltowane ścieżki zamiast żwiru na Monte Celio, na Palatynie. Niezapomniany wstrząs, gdy po raz pierwszy po dłuższej przerwie zobaczyłam Wyspę na Tybrze, troskliwie odnowioną, ale opasaną jaskrawobiałym marginesem cementu – może dla bezpieczeństwa? Wymuszam na sobie wewnętrzny gest przyzwolenia – z niezgody można się zwierzyć tylko w gronie najbliższych. Przecież odnawianie jest koniecznością…

Stary Rzym pozostanie takim work in progress, nigdy niezakończonym. To, co zostało ukończone w pierwszej fazie robót, gdy dobiegamy końca cyklu, wymaga pilnie odnowy i tak bez końca. Beczka Danaid, skała Syzyfa, którą się w sumie cieszymy: to będzie dla wnuków. Ale wnukowie otrzymają tę samą sytuację posuniętą naprzód o jeden ząbek. Jest to sprawa, która się toczy na okrągło między mieszkańcami miasta, przyjezdnymi i tym, co nazywamy patrymonium: nasza własność w bezustannym zawieszeniu, dar nigdy nieprzekazany. Miasto o tym wszystkim wie, ale jest miastem ziemskim. Na XIII-wiecznej mozaice powinno być pokazane jako stolica ciemności, pomimo grobów świętych i mimo sukcesji apostolskiej. Zawsze znajdą się tacy, którzy nie zaakceptują takiego naginania spraw. To wymieszanie światła i ciemności też będzie należało do historii. Nie tylko współczesnej, która pozostawiła po sobie modelowe przykłady, jak to chciano osiągnąć gwałtem Królestwo Boże i stoczono się w ciemność. Po stronie starożytności było to prostsze: ludzie chcieli w oczywisty sposób tego, co ziemskie i nie kryli się z tym. Może dlatego dzisiaj patrzymy chłodno na ich symbole. Ale i tu nie potrafiono zachować sytuacji czystej – rozdzielenia cnoty i interesu – i zamęt tego rodzaju został bezstronnie pokazany w salach watykańskich. Cóż takiego widzimy na słynnych freskach w Stanze di Raffaello? Wojna dwóch konkurentów o władzę nad imperium. W decydującej konfrontacji po jednej ze stron wśród znaków legionów rzymskich wyrasta na polu bitwy znak nowy, z zupełnie innego świata, znak, który nie miał prawa tu się znaleźć, w konfliktach o władzę cesarską. Przywłaszczony i zwycięski – Krzyż. Od tego przywłaszczenia zaczęła się nowa historia.

Moja mała ulica, mroczniejąca z każdą chwilą, jest zakładniczką tej sprzeczności. Jest z tej ziemi, z tego kośćca, ale na co innego nastawiona. Wyobrażam sobie, że po podboju przez armię Wiktora Emanuela nowy XIX-wieczny Rzym – stolica nowoczesnego Królestwa – przyznawał się chętniej do wzorców antycznych. Konflikt z Kościołem był zażarty i stopniowo stawał się kompromitująco staroświecki. Można było obserwować Francję, gdzie Republika uwikłała się w najgłupszą, ale nieuniknioną w tamtych warunkach wojnę między żywiołami świeckim i duchownym. Widocznie trzeba było przez to przejść, żeby ustawić na nowo rzeczy, które chciało się ocalić. A jak jest teraz? Czy potrafię w głowie rozdzielić i na nowo połączyć tę najdziwniejszą mieszaninę rzeczy z innych substancji, innych horyzontów – spotykających się w napięciu, i ostatecznie z dobrosąsiedzkimi intencjami. Zwłaszcza po imponującym barbarzyństwie rywalizacji o imperium, która przerażała Augustyna, obserwującego scenę światową z afrykańskiej Hippony. Przerażała tak dalece, że poczuł się zmuszony do zderzenia dwóch wrogich sobie państw, wprowadzając – dajmy na to, że nie całkiem świadomie – dualizm nadziemskich zasad dobra i zła, dualizm, którego chrześcijanie tak się panicznie bali. I czy ostatecznie upartym pytaniem, na które nie potrafili odpowiedzieć, nie była tajemnica Genesis, to Wielkie i Straszne wprowadzone razem w świat? Nie było to opisywanie abstrakcji, lecz doświadczenie, które trzeba zostawić Bogu do rozwiązania.

Rzym, Monti, Wielkanoc 2026 roku

EWA BIEŃKOWSKA

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek