Trudno nam dzisiaj wyobrazić sobie życie w dawnych czasach, na przykład sto lat temu, a tym bardziej jeszcze wcześniej, w „ciemnej epoce” przed epokowymi wynalazkami Edisona czy Łukasiewicza. W muzeum, na obszernym strychu, podzielonym drewnianymi przepierzeniami na trzy części, urządziliśmy ekspozycję związaną z życiem codziennym pod koniec XIX i na początku XX wieku. Tu najczęściej słyszymy westchnienia „jak dobrze, że nie żyjemy w tamtych czasach” czy „jak ciężko było kiedyś”. Wśród eksponatów jest wiele sprzętów lub urządzeń używanych w gospodarstwach domowych, ułatwiających życie codzienne, które… znamy i którymi posługujemy się nadal, choć już w wersji elektrycznej i automatycznej. Zanim opiszę kilka z nich — dygresja.
60 lat temu…
Obecnie nawet krótkie, kilkugodzinne awarie, a w konsekwencji brak prądu, wywołują w nas zaniepokojenie. Nie wiemy, co robić. Ale dobrze pamiętam czasy bez prądu i coroczne wakacje w dzieciństwie spędzane u babci, która w 1945 roku w ramach tzw. „repatriacji” została przesiedlona z Podola do wsi koło Pleszewa. Do łóżka chodziliśmy spać, gdy tylko zapadał zmrok, „z kurami”, z lampą naftową, którą, gdy tylko wleźliśmy pod puchowe pierzyny, ktoś ze starszych zabierał. Spaliśmy bowiem na siennikach wypchanych słomą, a ta, jak wiadomo, jest łatwopalna, więc do rana panowała całkowita ciemność. Na kuchni opalanej drewnem babcia czy ciotka gotowały nam proste i smaczne potrawy, niektóre z nich serwujemy w naszej Oberży i cieszą się dużym powodzeniem (choćby zupa z młodej kapusty podkiszanej przez kilka dni, młode ziemniaki duszone w śmietanie z szalotką, czy pierogi z czereśniami). Pamiętam pieczenie chleba w piecu chlebowym, ubijanie masła w drewnianej maślnicy, bo czasami my, dzieci, musieliśmy też to robić, a jeszcze gorsze było odwirowywanie w centryfudze śmietany od mleka. Rzecz jasna, niezbyt nam się to podobało, ale nagrodą była pajda świeżego, pachnącego chleba ze świeżym masłem! Pamiętam pranie na blaszanej tarze, prasowanie żelazkiem z żarzącymi się węgielkami, czy grzanie wody do kąpieli w dużej balii ustawianej w nasłonecznionym miejscu na podwórku (tak wtedy wykorzystano energię słoneczną!). W lecie zapasy spożywcze składano w zawsze zimnej piwnicy, podobno „za Niemca” była to Eiskeller, czyli lodownia. Babcia mieszkała w dużym „poniemieckim” gospodarstwie, w którym pozostały rozmaite udogodnienia jak ręczna pompa do pompowania ze studni źródlanej wody wprost do kuchni (i dalej do obory, do długich koryt do pojenia krów), młockarnia napędzana maszyną parową czy sieczkarnia „napędzana” przez konie w kieracie, który nam służył za karuzelę. Ale pamiętam równie dobrze wielkie poruszenie w domu i we wsi, gdy w latach 60. XX wieku pojawiła się ekipa „drucików” – jak powszechnie nazywano pracowników budujących linię energetyczną. Przyjechali, oglądali, mierzyli i odjechali, ale potem, wzdłuż drogi od strony Pleszewa, wyrósł szpaler drewnianych słupów, na których z czasem zawisła pajęczyna drutów. No i w końcu zaświeciła pierwsza we wsi żarówka. Dom mojej babci był na skraju wsi, więc jako pierwszy został podłączony do linii. Od tego czasu nie spaliśmy już w ciemnościach, których jednak trochę się baliśmy! Ze światłem przyszła nowoczesność – siermiężna, w PRL-owskim wydaniu, a „efektem ubocznym” pracy elektryków była zwiększona kilka miesięcy później ilość urodzeń w okolicy (ale to inna historia, którą wówczas się nie interesowałem…).

W 1755 roku szkocki profesor William Cullen przeprowadził eksperymenty sztucznego schładzania, ale nie stworzył maszyny do wykorzystania tego procesu, co nastąpiło w 1834 roku, gdy Amerykanin Jacob Perkins, nazwany też „ojcem lodówki”, opatentował pierwszy działający system chłodzenia sprężarkowego. W 1876 roku niemiecki inżynier Carl von Linde opracował proces skraplania gazów, co pozwoliło na stworzenie wydajnych lodówek wykorzystywanych w browarach. Wcześniej, w XIX i na początku XX wieku popularne były więc lodówki na lód – drewniane (później metalowe) szafki jedno- lub dwudrzwiowe, z dobrze izolowanymi ściankami (drewno, glina) i dwoma komorami wyłożonymi blachą. W większej z nich przechowywano produkty spożywcze chłodzone lodem trzymanym w mniejszej, szczelnej komorze. Wymagały regularnego uzupełniania lodu, który powoli topniał (dlatego w dolnej części lodówki był kranik, do wypuszczania roztopionej wody) dostarczanego z tzw. lodowni (ziemianek) i po I wojnie światowej zostały wyparte przez domowe lodówki elektryczne (Domestic Electric Refrigerator) zaprezentowane po raz pierwszy w 1913 roku przez Freda W. Wolfa.
… i znacznie wcześniej, bez wynalazków Łukasiewicza, Edisona i innych
A jak wcześniej, sto czy dwieście lat temu, radzono sobie i jak bez prądu wykonywano prace domowe? Wiele eksponatów zgromadzonych w naszym muzeum – głównie na strychu, a także w części mieszkalnej – to sprzęty do produkcji masła i serów, do gotowania, prania i maglowania, kolekcja wag, gofrownic, co pozwala snuć opowieści o tym, jak żyło się bez prądu.

W spiżarce, na XIX-wiecznej drewnianej lodówce „bez prądu”, stoi krajalnica do chleba z korbką, obok leżą trzy modele ręcznych „mikserów”. To proste, ale przydatne urządzenie wymyślił i pod nazwą Egg Beater opatentował w 1856 roku w Baltimore Ralph Collier, zawodowy kucharz, który chciał sobie i innym ułatwić i przyspieszyć proces ubijania jajek. Wkrótce, bo w 1885 roku, pojawiły się w sprzedaży miksery wyposażone w silniki elektryczne.
Dwa wieki temu, gdy budowano chałupę w Warnowie, nikomu nie śniły się ani żarówki elektryczne, ani nawet lampy naftowe, a oświetlenie izby nie było ani wystarczające ani łatwe, bo jedynie za pomocą żywicznego łuczywa lub ognia dającego słabe oświetlenie.
W przeszłości prano zazwyczaj w wodzie bieżącej – rzece, strumieniu, potoku, a u bogatszych gospodarzy w wielkich drewnianych baliach lub kamiennych basenach. Ale w jednym i drugim przypadku prano przy pomocy kijanki, czyli kija (stąd nazwa), wąskiej drewnianej deszczułki lub krótkiej, niekiedy zdobionej, łopatki z krótką rączką. Z czasem kijanki zostały wyparte przez tary do prania, po mazursku zwane rajbeskami (z niem. reiben – trzeć), wykonane z drewna, blachy lub szkła, ale niezależnie od materiału zawsze z falistą powierzchnią. W naszych zbiorach mamy kilkanaście egzemplarzy różnych rodzajów.

Na poddaszu eksponujemy m.in. kolekcję sprzętów i urządzeń do prania – kijanek, balii i kotłów do gotowania prania, są tu rozmaite pralki, wyżymaczki, różnego typu maglownice (magle) oraz żelazka – wszystkie, rzecz jasna, bez prądu i elektroniki.
Już w XVIII wieku w bogatych domach pojawiły się znacznie bardziej zaawansowane technicznie urządzenia: pralki w kształcie drewnianych, klepkowych kadzi lub balii, z drewnianymi wirnikami poruszanymi za pomocą ręcznego mechanizmu korbowego. W muzeum mamy też takie urządzenie, ale również znacznie bardziej zaawansowaną XIX-wieczną metalową pralkę… bębnową! Jest to Denckamann’s Dampf Wasch Maschine, pralka wykonana z blachy (od wewnątrz bielonej), ustawiana na płycie kuchennej, w której gotowanie oraz pranie odbywały się w wykonanym z metalowej siatki obrotowym bębnie z poziomą osią i zamykaną klapą do wkładania do niego brudów. Konstrukcyjnie i co do zasady działania (grzanie i gotowanie, ruch obrotowy i tarcie) przypomina współczesną „małogabarytową” pralkę automatyczną ładowaną od góry. Założyciel firmy Ferdinand Denckmann Hamburg opatentował w 1878 roku spinki do mankietów, a kilka lat później, 13 kwietnia 1884, wzór parowego, obrotowego „kotła do gotowania i prania” (Waschkochtopf) [1], który w gazetach z 1887 roku jako „wynalazca i jedyny producent”, reklamował jako „niezastąpiony” do prania „za pomocą pary, bez tarcia i dotykania”, co „pracowitej praczce zajmie około trzech godzin niezbyt ciężkiej pracy”.


XIX-wieczna pralka bębnowa, poprzedniczka pralki automatycznej, choć liczy około 140 lat, jest nadal sprawna i w razie potrzeby gotowa do użycia! Na zdjęciu obok: jej gazetowa reklama z 1887 roku.
Dawniej do wygładzania wypranej pościeli używano prostych magielnic ręcznych, zwanych też wałkownicami: składały się z karbowanej deski – szerokiej, grubej i dość ciężkiej (by nacisk był większy), za pomocą której wielokrotnie w tę i we w tę wałkowano pościel nawiniętą na gładki wałek. Czynność ta trwała długo, była powtarzana wielokrotnie, stąd słowo „maglowanie” weszło do języka potocznego jako działanie powtarzane do znudzenia i do uzyskania pożądanego efektu. Później ktoś wpadł na pomysł, aby umieścić dwa drewniane wałki w drewnianym stelażu i obracać je przy pomocy korbowego napędu ręcznego lub nożnego. Z czasem stelaż drewniany zastąpiono żeliwnym, ale wałki nadal były drewniane, z mechanizmem regulującym siłę nacisku, tak jak w stojącej w muzeum magielnicy znanej firmy Miele (założonej w 1899 roku przez Carla Miele i Reinharda Zinkanna, początkowo produkującej centryfugi – wirówki do śmietany, od 1910 roku pralki z silnikiem elektrycznym). Do większych sztuk pościeli czy obrusów używane były duże, ciężkie magle skrzyniowe (obciążone kamieniami, by siła nacisku była większa), poruszane ręcznie lub napędem korbowym. W latach trzydziestych XX wieku pojawiły się magle elektryczne, które z czasem udoskonalano, aż do takich, jakie są używane obecnie, co jednak nie znaczy, że starsze magielnice trafiły od razu do lamusa. W muzeum mamy najprostszą wałkownicę, czyli drewniany wałek i karbowaną deskę, na której wyryto datę: 1955. 30. III.

Kolekcja żelazek liczy kilkanaście modeli, różniących się kształtem, ozdobami i sposobem grzania. Na zdjęciu (od lewej): trzy żelazka ogrzewane żarem, dwa z „duszą” – jedna z nich widoczna – to szary kawał metalu, obok niewielkie i masywne żelazko rozgrzewane na płycie kuchennej oraz trzy z „kominkami” – na węgiel drzewny. Są też metalowe podstawki pod żelazka, a poniżej widoczne są cztery rodzaje magli – od lewej: prosta wałkownica ręczna, magle korbowe – drewniany, a obok metalowy firmy Miele oraz widoczny fragment dużego magla skrzyniowego (zamiast kamieni leżą w nim rozmaite wałkownice ręczne).
Maglowanie maglowaniem, ale niektóre rzeczy, zwłaszcza części garderoby, trzeba było wyprasować. Do tego już w XVIII wieku używano żelazek wykonanych z żelaza, stąd ich nazwa, z metalowymi lub drewnianymi rączkami, osadzonych często w ozdobnych uchwytach odlanych z metalu, np. w kształcie roślinnych ornamentów czy morskich potworów lub delfinów. Najczęściej żelazka rozgrzewano żarzącymi się węgielkami, dlatego niekiedy miały kominki do odprowadzania dymu, ale były też żelazka z tzw. duszą, czyli masywnym metalowym wkładem, żeliwną sztabką, rozgrzewaną prawie do czerwoności w ogniu, a następnie wyjmowaną pogrzebaczem z żaru i wkładaną do żelazka. Mniejsze od nich były żelazka odlane z pełnego metalu, które rozgrzewano wprost na płycie kuchennej. Pojawiały się też dziwne wynalazki, jak żelazko na gaz lub na naftę (oba były rzadko używane, jako niebezpieczne w użyciu, nie mamy ich w zbiorach). Przełom nastąpił, gdy Henry W. Seeley z Nowego Jorku wymyślił, a następnie 6 czerwca 1882 roku opatentował żelazko podgrzewane spiralą elektryczną, a już dziesięć lat później na rynku pojawiły się żelazka wykorzystujące opór elektryczny do regulacji temperatury, czyli żelazka z termostatem. Doskonale pamiętam, jak żelazkiem rozgrzewanym żarem wyjmowanym z pieca babcia lub ciotka prasowała w soboty ubranie na niedzielne wyjście do kościoła, a my dzieci czasami pilnowaliśmy, żeby węgielki nie wygasły i kręciliśmy nimi w powietrzu, tak jak ministranci rozpalają kadzielnice.
W tamtych czasach nasze ubranka często były szyte przez mamy, a w większości domów stały maszyny do szycia, oczywiście z napędem nożnym, nie elektrycznym. Najbardziej niezawodne i cenione były maszyny Singera, genialny i epokowy wynalazek amerykańskiego przedsiębiorcy i konstruktora Isaaca Merritta Singera (zm. w 1875). Co prawda to nie on pierwszy wymyślił mechaniczną maszynę do szycia, ale jego opatentowana 12 sierpnia 1851 roku maszyna okazała się najbardziej niezawodna, a założona w 1857 roku firma I. M. Singer & Co. produkowała je na masową skalę. Początkowo były to modele przemysłowe, potem do użytku domowego. Szybko okazało się jednak, że maszyna kosztująca sto dolarów za sztukę jest zbyt droga dla przeciętnej rodziny, dlatego Singer… zwiększył produkcję, co pozwoliło na drastyczne obniżenie ceny, a dodatkowo wprowadził sprzedaż ratalną na zasadzie podobnej do dzisiejszego leasingu. Dzięki temu jego wynalazek stał się jednym z pierwszych produktów globalnych, maszyny Singera były produkowane także w Ameryce Południowej, Europie i Azji, co otworzyło drogę do produkcji ubrań na masową skalę. Wszystkie maszyny posiadały innowacyjny na tamte czasy wybity numer seryjny (po 1900 roku z prefiksem literowym), pozwalający na określenie roku i miejsca produkcji, a nawet liczby wyprodukowanych sztuk: w muzeum mamy dwie maszyny Singera: jedna z 1877 roku, wyprodukowana w Elizabethport w New Jersey (USA), druga z 1898 roku powstała w Clydebank w Szkocji.
Do bardzo popularnych dań, a raczej deserów, należą także dzisiaj wafle, z francuskiego zwane goframi, robione w domach lub sprzedawane w wielu miejscach, zwłaszcza popularnych turystycznie. Gofry znane były już w Skandynawii od VII wieku, gdzie wafle uzyskiwano nad ogniem w metalowych formach. Używana obecnie nazwa „gofry” pojawiła się w XII-wiecznej Francji, a tak nazwane wafle szybko stały się popularnym przysmakiem sprzedawanym podczas ulicznych świąt i odpustów. Od tego czasu znane są również metalowe gofrownice, których wewnętrzną stronę ozdabiano w XIV wieku i później cytatami z Biblii, herbami rodowymi, symbolami czy scenkami rodzajowymi, które odbijały się na wypiekanych waflach, choć najpowszechniejsze miały charakterystyczny wzór plastra miodu lub kształt serduszek układających się w kwiatek. W 1869 roku w Stanach Zjednoczonych Cornelius Swartwout opatentował obrotowe „żelazko do gofrów” (Waffle-Irons) ułatwiające pieczenie wafli z obu stron. Urządzenie składało się z połączonych zawiasem dwóch okrągłych form, w których piekło się najpierw jedną stronę, a potem drugą, obracając urządzenie na zamocowanej osi. W 1911 roku firma General Electric opatentowała gofrownice zasilane prądem. Obecnie używa się niewielkich maszynek pokrytych kosmiczną technologią, czyli teflonem. W muzeum mamy kolekcję żeliwnych gofrownic do pieczenia na „żywym” ogniu. Wafle z nich miały charakterystyczną formę kraciastego serduszka z ciasta przygotowanego zgodnie z wytłoczoną na górnej części urządzenia recepturą (chyba dla dużej rodziny) z 1 kg mąki, 2½ l mleka, 6-8 jajek, 375 g masła oraz łyżki drożdży. Gofrownicę rozgrzewano na ogniu do odpowiedniej temperatury, wnętrze formy smarowano kawałkiem słoniny lub olejem, wlewano ciasto i pieczono przez czas odmawiania modlitwy Zdrowaś Mario do słów „błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus”, po czym odwracano formę i do zakończenia modlitwy pieczono drugą stronę. Wafle wypiekane na Warmii zgodnie z tą starą recepturą zostały 17 marca 2017 roku wpisane na listę polskich produktów tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi jako „gofry pruskie”, bo, jak uzasadniano: „wszakże kulinarna tradycja jest zlepkiem tradycji kulinarnych dwóch narodów: Niemców i Polaków”.

Część kolekcji „żelazek do gofrów”, czyli gofrownic. Różnią się one wielkością i wzorem. Oprócz „serduszek” jest też urządzenie do wypieku wafli prostokątnych.
Jak widać, w życiu codziennym i prowadzeniu gospodarstwa domowego używano już dawniej wielu sprzętów i urządzeń, znanych do dzisiaj. Są to wynalazki pochodzące sprzed stu lub więcej lat, obecnie zostały „tylko” unowocześnione, zelektryfikowane, zautomatyzowane, no i powstają z innych materiałów (nie zawsze trwalszych…)!
KRZYSZTOF A. WOROBIEC
[1] W Ameryce pierwszą parową pralkę bębnową opatentował w 1851 roku James King. Siedem lat później Hamilton Smith wynalazł pralkę z bębnem obrotowym. W 1899 roku pojawiły się pralki o napędzie elektrycznym, a w 1937 roku z automatami utrzymującymi temperaturę i programatorem. Amerykańskie pralki miały jednak inną konstrukcję i inaczej był w nich mocowany i obracany bęben.